| Write | Graphics | Movie | Home |
O mnie
Jako były student kierunku zarządzania, z którego zrezygnowałem w pełni świadomie, dziś widzę jak dobrze wykorzystałem swój czas. Nie rezygnuje z nauki, łączę ją z pracą na „niewolniczym etacie” oraz własnymi pomysłami na przyszłość. Smakuje nowości, bo od nich uczę się najwięcej. Jestem marzycielem, który odnajduje swój dom w kinie. Od najmłodszych lat obcowałem z regałami pełnymi książek, nic więc dziwnego, że przeszłość zapukała z tej strony. Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez przeczytania, choćby jednego rozdziału lub kilku artykułów. To spaja umysł z ciałem, poczucie własnej wartości. Nie uniknę błędów, nie wyzbędę się strachu, bo wiem, że to moja droga. Kreuje swój świat bo wiem na jak wiele rzeczy mam wpływ, nie obudzę się w czyimś śnie...
Po długim czerwcowym weekendzie gdzie niektórzy myśleli tylko o tym żeby się zresetować od codzienności, moim priorytetem było skupić się na pracy ponad etatowej. Od dłuższego czasu zastanawiałem się jak połączyć dobre z pożytecznym. Wystarczyło wsparcie chatu GPT. Przez kilka tygodni debatowania i tworzenia materiałów z gotowych zdjęć, mam coś na kształt reklamy. Choć ciągle eksperymentuje i zmieniam pierwotny zarys to podzielę się z wami swoim produktem.
Jako Tapicer z już pięcioletnim stażem pracy, wiem doskonale jak wiele materiału kończy jako odpad poprodukcyjny. Nie wykorzystane skrawki materiału to smutna codzienność. I choć wyliczam elementy składające się na łóżko i skrupulatnie rozkładam na długości tkaniny to zdarzają się puste miejsca. Segregacja odpadów pokazuje skale narastającego problemu. Co dla jednych jest do wyrzucenia, tam drugi znajdzie potencjalny zysk, a w tym wypadku również dbanie o środowisko. Większość skrawków nadaje się do wykorzystania, a przy tym może ożywić każde wnętrze. Poduszki – skromny element wnętrza wypełniający go energią jak w feng shui. Niepozorne rozmiary dodatku w rzeczywistości jako pierwsze rzucają się w oczy domownika. To co miało być ich największą wadą, inny materiał niż ten zastosowany na łóżku czy kanapie, jest ich największą zaletą! Jednolita poduszka zlewa się z otoczeniem, dlatego poduszka w innym kolorze, a nawet fakturze dzianiny kontrastuje przez co naturalnie wyciąga całą siłę nadrzędnego koloru. Ozdoba i funkcjonalność w jednym wielofunkcyjnym produkcie. Cena puszystej poduszki jest lepsza niż samej poszewki w popularnych sieciówkach.
Definicja hasła „Zero Waste” jest dla mnie nowością ale ideologia jaka za nią stoi już głęboko sięga w wychowanie. „Nie wyrzucaj – wykorzystaj” nawet postać z bajki dla dzieci wie, że można a nawet trzeba zmniejszać generowanie odpadów. Wspierając mnie w tym pomyśle jesteście dojrzali i rozumni a skutkiem ubocznym jest bycie ekologicznym. Wspólnie dbamy nie tylko o swój komfort ale o dobro ogółu.
Film dokumentalny w kinie który przyciąga tłumy musi poruszać wyjątkowy temat. W rzeczy samej Szeptuchy to temat na pograniczu światów, tego co widać i co ukryte przed wzrokiem. O mały włos nie dostałbym się na salę. Zapisałem sobie wydarzenie na fejsbuczku aby nie zapomnieć daty. Nie zrobiłem więcej dlatego zaskoczony byłem powiadomieniem z rana o zbliżającym się terminie. W ciągu jednego dnia odbyć się miały dwa pokazy filmu z czego jeden był ze spotkaniem z reżyserem filmu. Bilety można było zakupić wcześniej ponieważ wykupiono już niemal wszystkie dostępne miejsca. Ten seans który interesował mnie najbardziej był już wyprzedany. Zostało podejrzeć salę na wcześniejszy. Znalazłem cztery ostatnie wolne miejsca. Przeszedłem przez etap wybierania i zarezerwowałem sobie bilet. Cały dzień wyczekiwałem tej chwili. Na koniec pracy wyleciałem jak poparzony. Liczyło się tylko aby się wystroić i trafić do kina przed czasem. Tłumy stały przed kinem czego mogłem się spodziewać. Nie spodziewałem się jednak słów kasjerki na widok mojego „zarezerwowanego” biletu. Ten bilet jest już sprzedany. Nie było żadnej rezerwacji, zamiast opłacić go online i mieć pewność wejścia, odebrałem błąd w okienku za szanowne opłacenie przy okienku. Dzień bez wtopy jest dniem straconym. Pojawiła się jednak szansa ocalenia moich mizernych starań. Wolne krzesło z powodu anulowania biletu. Nie myśląc długo zgodziłem się bez względu na to gdzie miałbym siedzieć. A siedziałem na samym środku w ostatnim rzędzie, doskonale widząc całą salę. Po każdej ze stron miałem wolne dwa miejsca i dość długo oczekiwałem na swoich sąsiadów. Pierwsi pojawili się kulturalni starsi państwo którzy zajęli miejsca po mojej lewicy. Po prawej usiadły dwie młode dziewczyny, szczelnie wypełniając swoje miejsca. Taka różnorodność była na sali podczas seansu. Do tak szerokiego grona odbiorców trafiła tematyka Szeptuch.
Film zaczął się od wytłumaczenia pojęcia Szeptuchy. Jest to bardzo oryginalna nazwa którą trudno przetłumaczyć na inny język, a którą można opisać jako Szepczący modły. Ludowy uzdrowiciel szepcząc - modli się za chorego. Jasno i wyraźnie wypowiadane prośby z punktu naukowego powinny mieć większy wpływ ale szepty przypisuje się intymnemu zbliżeniu które są słuchane po drugiej stronie. Kultywowanie jest obecne na Podlasiu, na dawnych terenach Rusi dlatego jest mocno związany z Prawosławiem. Porównania ich roli do Szamanów w największym stopniu odpowiada mojemu rozumowaniu. Uzdrowienia wymaga dusza, a wtedy ciało odzwierciedla tę kurację. Przeprowadzono kilka wywiadów z Szeptuchami, w tym z jednym Borowym dziadem. Kilka przedstawicielek demonstrowało metody jakimi wyciągają choroby takie jak Wiatr, przestrach i urok. Największe wrażenie robi siła wiary w ich umiejętności. Choć krążą historię potwierdzające ich uzdrowienia to w filmie skupiono się na naukowych zaletach osób parających się modłami. Sam znam osobę która korzystała z „usług” najsławniejszej Szeptuchy, Pani Wali z Orli. To był jeden z główny powód przyjścia do kina, kolejnym jest ciekawość bliska wścibskości w sprawy tajemnicze. Pani Wala nie zgodziła się na wywiad i została jedynie wspomniana w całym dokumencie. Z wypowiedzi reszty dowiedziałem się znacznie więcej niż chciałem. Usłyszałem wtedy znajome słowa z dzieciństwa i musiałem je zweryfikować w domu. Ta historia nie musiała się tu kończyć.
Mama potwierdziła, że babcia używała zwrotu Kołtun ale ona pamięta zgoła inne powody niż ja. Według niej tu chodziło dosłownie o kołtuny na głowie, natomiast według mnie dotyczy zachowania. Coś w stylu przestań się Kołtunić mogło mieć głębszy sens. Odświeżenie pamięci i rzucenie światła na nowe „fakty” zbudowało silną chęć zainteresowania się tematem. Choć wiele pasuje do w tej układance to jednak sprzeczne jest z religią katolicką. I ten temat był poruszony w filmie. Katolicy są przyjmowani przez Szeptuchy nawet jeśli ich własna religia jest na takie uzdrowienia zamknięta. Na wioskach częstotliwość komunikacji między ludźmi jest na większa. Może z plotek albo ze zwykłej ciekawości, babcia dowiedziała się co te słowo znaczy. To moja własna próba wytłumaczenia pochodzenia Kołtuna w słownictwie babci. To wszystko prowadzi mnie do odwiedzenia pewnego miejsca o którym mowa była w dokumencie. Kaplica nad świętym źródłem niedaleko Kleszczel to również wybrane miejsce pochówku jednej z Szeptuch. Nic mi nie wiadomo aby posiadał zdolności „zamawiania” ale na pewno nie zaszkodzi pomodlić się w tym miejscu. Nawet jeśli tylko przejadę się i spędzę miło czas bliżej natury to będę mógł postawić kropkę.
Sala Dream miała zabrać mnie i córkę w świat czarów za sprawą filmu Akademia Pana Kleksa. Klasyfikując wyobraźnie jako źródło czarów, zaszkodziłbym Hogwardowi w pozyskiwaniu utalentowanych uczniów. Próżno szukać konkurencji dla Uniwersum JK Rowling. Świat czarodziejów i magii doczekał się wielu form. Za sprawą Harrego Pottera ruszyła ekspansja książek, a wraz z ich popularnością, doczekaliśmy się adaptacji filmowych. Każdy tom zekranizowano, a wraz z dojrzewaniem postaci z każdym rokiem, patrz częścią, rozszerzał się gatunek filmowy o nowe kategorie. Popyt był wysoki a na rynku Brakowało nowości. Maratony filmowe w telewizji zataczały kolejne pętle, goniąc własny ogon . Czas posuchy został przerwany za sprawą Trylogii o Fantastycznych Zwierzętach. Uważam, że to gra Hogward:Legacy przypomniała światu z jakim dobrem przyszło nam obcować. Odbicie się od sławnego Harrego Pottera to pozwolenia sobie na zwiedzanie otwartego świata znanego z literatury i ekranu. Trafiłem w punkt przecięcia się ukończenia przeze mnie gra i dystrybucji w kinach Akademii Kleksa. Spróbuje odpowiedzieć na pytanie czy W polskich realia może powstać uniwersum z potencjałem równym Hogwardowi?
Do Akademii Pana Kleksa trafiają dzieci z potencjałem twórczy, czerwony pasek nie jest punktowany. Młoda dziewczynka Ada porzuciła dzieciństwo na rzecz skrupulatnego planowania swojego bycia. Wybór stylu życia łączy się z traumatycznym dla rodziny odejściem ojca. Ada dostaje zaproszenie do szkoły od pulchnego jegomościa o nieznanej przeszłości. Czyżby sympatyczny gajowy dorabia jako przedstawiciel wśród mugoli? Rzeczywistość jest okrutniejsza jak znienacka zabrudzony płaszcz gołębimi odchodami. Ptak Mateusz w ludzkiej postaci... Właściwie to człowiek w postaci ptaka przybierający formę prawie ludzką ma zareklamować Najlepszą Szkołę Magii. Choćby Hogward znajdował się na szczycie potencjalnych placówek edukacyjnych, to wątek Ojca powiązanego z samym profesorem Ambrożym Kleksem, przekonał dziewczynkę. Za sprawą układu taneczno-muzycznego przenosimy się do świata baśni i bajek.
Piotr Frączewski tym razem w roli tajemniczego sąsiada, dyrektora na emeryturze z lat 80 poprzedniego milenium. Z tonem i barwą głosu Piotra mało kto może konkurować ale jeśli chodzi o ekspresje to kupił zainteresowanie wszystkich uczniów. Na zajęciach dzieci operują swoją wyobraźnia, to ona jest źródłem czarów. Siłę wyobraźni i trzeźwość na wyższych klasach można zmierzyć dmuchając w ekran otrzymanych zegarków. Wyprawka szkolna odhaczona więc pora, aby Kot pokazał pazury.. czy też czary. Magiczna inkantacja to „A co by było gdyby?”, wywołało u mnie ciarki i dumę płynącą z tej mądrości. Szeroki wachlarz możliwości rozwoju poznawczego, w opozycji do ofensywy pod postacią Expelliarmus i Avada Kedavra. Możliwe stało się wszystko i wystarczy brać garściami i tworzyć nieskończenie wiele zabaw. Do zabawy potrzebne są dzieci wchodzące ze sobą w korelacje. Nastąpiło ograniczenie w ilości drugoplanowych bohaterów. Adzie wystarczała przyjaźni z wyjątkowym chłopcem niż kolegowanie się z uczniami z całego świata. Jako obserwatorzy mamy wgląd na dziejące się tam rzeczy ale na zasadzie rolek, na które poświęcono tyle samo czasu co my uwagi.
Chciałbym móc powiedzieć, że rozmach filmu Akademia Pana Kleksa był porównywalny do Harrego Pottera, zbyt daleki byłbym od prawdy wygłaszając takie słowa. Potencjałem wygrali choć jest on nienamacalny, ponieważ istnieje jedynie w myśli, w ziarenku zakopanym w urodzajnej ziemi, które wykiełkuje w swoim czasie. Trudno tu o rzetelne porównanie, gdy na usta ciśnie się dopracowany projekt z imieniem głównego protagonisty w tytule. Może gdyby skupić się na treści i rozwoju jednego dobrego pomysłu mielibyśmy fantastyczną serię, a nie dziesiątki sztampowych komedii romantycznych. Zdarza mi się przechodząc obok telewizora, zatrzymać się na Księciu Półkrwi czy Czarze Ognia i oglądać, aż do reklam, które wytrącają mnie ze stanu zawieszenia. Warto wierzyć w pomyślny obrót spraw i uruchomieniu swojej fabryki pomysłów, bo Co by było gdyby....
Z dzieciństwem może być związanych wiele wspomnień. Ulubiona bajka jak najbardziej pasuje mi do tej kategorii. Jestem wychowany na Cartoon Network w wersji angielskiej i tamte kreskówki pamiętam doskonale. W podstawówce już jako starszy chłopak tak jak inni koledzy mieliśmy godzinę, w której robiliśmy przerwę od podwórka. W tamtych czasach to nie było normalne aby wracać do domu w środku zabawy. Naturalnym jednak było obejrzeć kolejne dwa odcinki Smoczych kul na Rtl7. Rodzice mieli okazje podać coś do jedzenia dla chłopców. To jak wciągający był to tytuł świadczy właśnie skala popularności. Po wielu latach dowiaduje się od rówieśników, że także oglądali przygody Son Goku. Głównie zapamiętaliśmy walkę z kolejnymi głównymi przeciwnikami. Przypomina to streamy z gier – kolejne podejście do bossa w towarzystwie wiernych widzów. Odcinków najdłuższej serii „Z” było ponad 300 z podziałem na akty z innym arcywrogiem na samym końcu. Wiadomo, przeplatane było to dialogami i jak ja to widzę dzisiaj „pyskówkami na poziom mocy”. Na akcje nie można było narzekać. Walka działa się na ziemi i w powietrzu, ciosy fizyczne jak i te z czystej energii Ki, wybuch coraz to większych terenów i wszechobecna śmierć i ból. To ostatnie podkreśla z czym tu mamy do czynienia. Gdy bohaterowie ginęli w walce zbierano smocze kule dzięki którym można było przyzwać smoka spełniającego życzenia. Tytuł bajki zobowiązuje ale wokół tego kręci się historia młodego i zmienionego w dziecko Goku. Dla mnie jednak nie sama fabuła miała znaczenie a właśnie walka z niemożliwymi do pokonania wrogami. A w „Zetce” świetnie to było pokazane. Transformacje zwiększały siłę i tak co odcinek szala zwycięstwa przechyla się między dobrem, a złem. Chociaż atak grupowy w porę zażegnałby większość zagrożeń to bohaterowie kierowali się dumą, honorem i ciekawością. Łatwo wtedy o kłopoty, gdy przykładowo wiara Goku w siłę syna prowadzi do pomocy w regeneracji jego przyszłego przeciwnika. Vegeta jako postać z bardzo złożona naturą jest fascynujący do oglądania. Zawsze drugi jako narcystyczny nerwus - jego ekspozycja emocji była tak prawdziwa, że wierzyłem mu bez słów. Znalazłem w nim wiele z siebie i potrzeba przeżywania jego małych zwycięstw i wielkich porażek dawała ukojenie i zawziętość. Vegeta był swego czasu mini bossem ale tak jak i inni „złote” przeszedł na jasną stronę nawet jeśli kierowały nim zgoła inne pobudki. Cała drużyna jest ulepiona ze starych rywali co realistycznie pokazuje jak faceci okazują szacunek za podjęcie rękawic w uczciwej walce. Z tą uczciwą walką w Dragonball-u było różnie. Son Goku musiał stawiać opór w nierównych walkach, samemu nie prosząc o pomoc. Jest w tym coś mistycznego i może rozumieją to tylko kosmiczni wojownicy. W walce i po porażkach ich siła rośnie bo na błędach najlepiej progresować. Motyw przezwyciężania samego siebie, aby poradzić sobie z obecną trudną sytuacją. To brzmi jak doskonały dramat i nic dziwnego, że gustuje w filmach gdzie prawdziwa walka toczy się za drzwiami świadomości, bo ciało uległo pod naporem nieprzewidzianych wydarzeń.
W tym roku razem z córką zdobyliśmy łącznie 10 medali. I to jest powód do świętowania. Zaczęliśmy w maju, by zakończyć sezon w listopadzie. Święto odzyskania Niepodległości to doskonały do tego czasu. Medal super biegacza wymagał od niej wzięcia udziału w co najmniej 4 biegach z 6 dostępnych dla dzieci. Nakombinowałem się aby poustawiać widzenia z Nastką. Nawet w ten weekend musiałem stanąć na rzęsach aby się wyrobić na jej wczesny start. Jej radość oddaje każde zmęczenie. Wraz z medalem super biegacza wręczano dyplomy. Mała już wie co chce z nimi zrobić. Zabierze wszystkie medale do przedszkola w poniedziałek, kiedy można przynosić swoje zabawki. Rozpierała ją duma i faktycznie było z czego, w sumie uzbierało się 1000 metrów dla zaledwie 5 latki. Każdy bieg odbywał się w innej aurze ale to nie przeszkadzało dzieciakom. W bieganiu właśnie o to chodzi, walczymy ze sobą, a nie z przeciwnościami. Moje starty schodzą na dalszy plan. Naturalnie dziecko będzie chciało biegać tak jak ojciec, ilość medali na wieszaku robi wrażenie, a w samym 2023 mogę dorzucić pięć kolejnych. Moje wspomnienia zwiążę pamiętliwą niespodzianką. Na 8 kilometrze spotkałem Piotra, przyjaciela ze szkolnych lat. Ostatni raz widziałem go dwa lata temu na tym samym biegu. Dobre towarzystwo zawsze jest w cenie a wspólne wbiegnięcie na metę utrwala się na wieczność. Zakończyłem sezon z dobrym wynikiem na 10 kilometrów i mogę od siebie wymagać więcej w przyszłym roku.
Nachodzi mnie po całym dniu kwestia wyborów. Głosowanie jest jak granie w totolotka. Po wrzuceniu głosu do urny następuje zamknięcie maszyny losującej i każdy kto wszedł do gry snuje plany na przyszłość. Bo łatwiej wierzyć w mrzonki niż wziąć w garść swoje sprawy. Nieważne czy masz system czy obstawiasz chybił trafił, twoje marzenia nie zostaną spełnione. Oddałeś odpowiedzialność za swoje decyzje na wyborach, będziesz psioczył albo ślepo wierzył tym czy innym. Jeśli bym Ci powiedział, że telewizja kłamie to oczami swojej wyobraźni zobaczysz znienawidzoną stację. I tylko to was łączy bo w szerszej perspektywie widać więcej niż poparcie i dezaprobatę – kontrolę. Tak silnie oddziałuje przekaz medialny, że jeśli masz inne zdanie to jesteś wrogiem. Musisz pójść na wybory bo nie ma innej drogi. Ruszmy trochę wyobraźnię, zabawmy się „co by było gdyby”. Co jeśli każdy z upoważnionych do głosowania poszedłbym na komisje, odebrał kartę i wyszedł nie głosując? Co gdyby żaden polityk nie dostał głosu? Utopia, anarchia czy masowe zwolnienia polityków mają prawo pojawić się w Twojej głowie. Nie dowiemy się tego póki przyjmujemy wciąż tę samą pigułkę od Morfeusza.
Przy okazji wizyty na cmentarzu można się spotkać z daleką rodziną. To zwykle beztroskie chwile spędzone na gawędach o niczym. I tej ustalonej normy społecznej nie wolno naruszyć. Dlatego winno się rozmawiać kwadrans, nie dłużej. Ja śmiałem złamać tę zasadę i wybrałem się na obiad do rodziny ciotecznej od strony matki. Po długiej podróży chciałem odpocząć i naładować baterię przed kolejnym wyjazdem zza miasto. Kiedyś się mówiło, że telewizja to okno na świat. Znam mieszkania gdzie jest to wręcz członek rodziny, którego się słucha, ogląda i rozmawia z nim. Nie jestem u siebie więc nie wnikam co kto lubi robić w swoich czterech ścianach, zwłaszcza będąc na emeryturze. Mój charakter nie pozwala milczeć na każdej płaszczyźnie, czasami sarkazmem wywołam emocjonalne reakcje aby dowiedzieć się co siedzi komu w głowie. Jeśli ktoś się jeszcze nie domyśla w jakim temacie będę pisał to jest to polityka. Omawianie wyników wyborów z jeden ze stron jest komiczne. Partia mająca na smyczy jedną słuszną telewizję, z paskami „prawdy” i „rzetelnym dziennikarstwem” . Nazwa zaczyna się na literkę T i każdy już wie o kim mówię. No i właśnie siedziałem podczas obiadu a na wprost leciał TVN. Dostrzegam zdziwienie na twarzach, powiedziałem coś z pełną buzią co było nie zrozumiałe? Pasek z „faktami” tu nie pasuję? Przecież dokładnie w niedzielę podczas programu bodajże na żywo, na dole drukowanymi literami było napisane, że Opozycja wygrała wybory. Ja nie śledzę mediów ale surowe fakty znam i chyba mamy tu nadinterpretację na rzecz własnych wyborców. Moja próba zwrócenia uwagi na ten błąd spotkała się z podniesionym głosem i przypięciu łatki tych drugich. Jestem uczulony na hipokryzję a obiad był smaczny, czy to nie pora już iść? Czasami trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, bo rozmowa może z merytorycznej zejść na fizyczną.
Tinder jako Meatmarket. Portale randkowe odeszły do lamusa, dzisiaj rządzą aplikacje do zawierania nowych znajomości. Mówiąc o znajomościach mam namyśli relacje damsko-męskie, choć słyszałem pogłoski, że aplikacja służyła szerszemu gronu ludzi się spotkać. Jak się bliżej temu zagłębić to powiedziała mi to dziewczyna z Tindera. I to wielkie niezdecydowanie w kwestii prostego opisu jest kwintesencją mojego posta. Jestem jej krytykiem, ale i uczestnikiem dlatego mówię o swoich błędach i wadach. Poznanie dziewczyny w moim położeniu uważałem za bliski zeru. Żyłem w zabieganiu, w domu spałem a resztę dnia spędzałem w pracy. W weekendy córka, a jeśli zdarzył się wolny dzień to wolałem go spędzić w domu i odpocząć od wszystkiego. Umiejętności podrywania nie wykorzystywane schowały się w cieniu. W głowie miałem sprawy przyziemne a to mało pomocne w zagadaniu i zrobieniu dobrego pierwszego wrażenia. Czy to nie dla takich ludzi wymyślono Tindera? Mam wolną chwilę to wejdę i przejrzę kandydatki. Jak się spasujemy to mogę wysłać wiadomość. Proste i szybkie czyli dwa wymagane atrybuty. Pierwsze co oceniamy to wygląd – zdjęcie profilowe i jeśli zainteresowanie rośnie to kolejne w albumie. Spodobało się nam to co widzimy i chcemy się dowiedzieć czegoś z opisu. Jak już wspominałem jest to dla ludzi którzy mają mało czasu i duże wymagania, pierwsze zdjęcie musi przekonać do siebie. Dlatego Tak/Nie jest wysyłane co sekundę bycia w „poczekalni” Tindera. Przypomina mi to TikToka i przesuwanie filmików, które nie trafiły do nas. Czy to treść, kolor, muzyka czy inny element mający w danym humorze czy porze dnia znaczenie. Sporo zmiennych i sporo różnorodności. Wygląd wygrywa nad rozumem. Skupiamy się na ciele i twarzy, a potem szybko dajemy „w prawo”. Gdy dostaniemy wiadomość z aplikacji, że znaleźliśmy parę, zaczynamy sprawdzać dokładniej osobę i wtedy wychodzą kwiatki. „Szukam partnera na wesele:)” albo „Ig -11223344” albo „Szukam prawdziwej miłości” oraz „Mam dziecko ale poszukuje kogoś z pustą kartą”. Chciałbym aby to był margines jednak jest tego pełno co mówi dużo o popycie w danym kryterium. Tinder w odróżnieniu od konkurentów o dziwo wyróżnia się prestiżem – co trzecia dziewczyna studiuje medycynę albo prawo. Jak się mają do siebie ostatnie dwa zdania – kłócą się ale nie do końca. Na tym właśnie polega problem, bo pustota zdarza się czyhać w najbardziej kreatywnej osobie. Na randkach widziałem zachowania odbiegające od znanych mi norm. Zaakceptowałem regulamin nie czytając tego co zapisano małym druczkiem. Trzeba zadać sobie jedno zajebiście ważne pytanie – Jak bardzo jest się zdesperowanym?
Wyprowadzka z rodzinnego domu to wielka rzecz, dojrzała decyzja i wszechogarniająca wolność. Z minusów należy wspomnieć o kosztach jakie trzeba ponosić z tytułu bycia na swoim. Ta historia tyczy się głównie pieniędzy, bo to przez nie dochodziło do większości ciekawych anegdot. Początkiem starań była zmiana pracy na bardziej opłacalną. Odszedłem z biura za minimalną, a trafiłem na cyklinowanie z tygodniówkami na poziomie wypłaty. Systematycznie zacząłem przeglądać ogłoszenia na OLX. Nauczony po dwóch przygodach z wynajmem tego, że wiem czego szukam i znajdę to w dobrej cenie. Po miesiącu znalazłem mieszkanie na skraju osiedla Nowe Miasto, w spokojnym sąsiedztwie i prawie zamkniętej wspólnocie lokatorskiej. Dużo zieleni i mostek nad stawem w samym centrum zagajnika. Mieszkanie na parterze z dużym balkonem przekonało mnie do siebie w parę sekund ale nie dawałem po sobie poznać w jakiej euforii jestem. Oddzielny pokój z przeznaczeniem dla córki, która wtedy skończyła roczek, mieszkała w Białymstoku i była pod moją opieką połowę czasu. Parking na szlaban do którego miałem dostać kluczyki to rekompensata braku piwnicy. Cena również była dobra, jedynie wyposażenie lokalu było wątpliwej jakości. Z matematycznego punktu widzenia wyszło, że znalazłem to czego szukałem. Szybko podpisałem umowę najmu, wpłaciłem kaucje w wysokości połowy należności za miesiąc i dostałem kluczę do ręki. Zabawy z przewożeniem było co niemiara, zwłaszcza, że dysponowałem wówczas Volkswagenem Polo. Jak zwykle bez proszenia o pomoc, zrobiłem pewnie z 20 kursów zanim udało mi się wszystko przetransportować. Przez te lata trochę się skarbów nagromadziło. Wiadomo, że im więcej naszych tobołów stoi w zasięgu wzroku tym lepiej się czujemy w danym pomieszczeniu. Pokój Anastazji wyglądał obłędnie, ciuchy i zabawki miały wreszcie swoje miejsce. Na drzwiach zawiesiłem imię wycięte laserem w plexiglass i sklejce jeszcze za czasu wcześniejszej pracy. Po drugiej stronie tapczanu ustawiłem łóżeczko i zrobiłem dla nas wspólną sypialnie. To były czasy gdy jeszcze zasypiała mi na kolanach i odkładałem ją delikatnie do siebie, a na każdy jej ruch budziłem się. Nie minęły dwa miesiące, a pierwszy kryzys nastąpił. Z dnia na dzień zostałem zwolniony z pracy z powodu uknutej intrygi i plotek. Ciężko było się z tym pogodzić ale honor nie pozwalał mi błagać o powrót do pracy z taką „ekipą”. W obecnej sytuacji nie mogłem sobie pozwolić na wolne od zarabiania, trzeba było działać na własną rękę. Korzenie się jeszcze głęboko nie wbiły ale zrywanie umowy najmu uważałem za ostateczność która nie wchodziła wtedy w grę. Wróciłem do swojego starego zajęcia sprzed lat czyli dekarstwa. Wykonałem kilka telefonów i czekałem aż pierwsza opłacalna robota wpadnie na moje konto. Będąc na rynku zaledwie chwilę nie mogłem się spodziewać całorocznego obłożenia. Po trzech pokrytych dachach nastała posucha. Musiałem zacząć współpracę ze starym szefem który uczył mnie fachu krycia domów. Nie wchodzi się do tej samej rzeki dwa razy, efektem było ponowne szarpanie się o pieniądze do ostatniego dnia. Mój terminarz był wypełniony rachunkami ze sklepów i stacji paliw. Musiałem planować wydatki, aby mi i córce starczyło na jedzenie. Głowa pękała od kombinowania ale utrzymanie się na swoim to był priorytet. Po półrocznym ciśnieniu na horyzoncie pojawiła się szansa. Dostałem cynk od znajomego, że są potrzebne ręce do ciężkiej pracy w stolarce. Dogadałem się jak to przeprowadzimy i bez luki w wypłacie przeszedłem z jednego stanowiska na drugie. Nie mogłem lepiej trafić z czasem. Córka poszła do przedszkola i potrzebowałem dodatkowych pieniędzy na jakie nie mogłem liczyć gdzie indziej wcześniej. Pracy było na tyle dużo, że nadgodziny stały się dla mnie chlebem powszednim. Pracowałem dłużej, gdy córką była akurat z mamą. Odkułem się i mogłem pozwolić sobie i córce na więcej. Uczęszczanie Nastki do przedszkola szybko przyniosło zauważalne efekty, mała wystrzeliła werbalnie. W mieszkaniu zdało się słyszeć rozmowę, a nie tylko monolog. Gdy miałem wszystko uporządkowane z finansami nastąpiła drugi duży kryzys. Dzień po moich urodzinach spotkałem się z byłą na poważnej rozmowie. Czułem w kościach co ma zaraz nastąpić. Kolejna wyprowadzka tym razem córki z Białegostoku. Zaskoczony byłem brakiem zobowiązań alimentacyjnych dlatego dogadałem się na 3 wspólne weekendy w miesiącu, w których odbieram i odprowadzam córkę na własny koszt. Mieliśmy sformalizować kontakty z córką u mediatora. To miało być zabezpieczenie dla mnie i dla niej. Znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji wymagającej ode mnie odpowiedzialnych i trudnych decyzji. Nie mogłem polegać na starym aucie, bo wyjazdy pod Warszawę wiązały się z kosztami, niematerialnymi również. Brak środków na lepsze auto zmusiło mnie do wzięcia kredytu gotówkowego, czyli dodatkowego stałego kosztu na moje barki. Nie to jednak było największym wydatkiem, okazało się nim paliwo którego tankowałem grubo ponad 200 litrów miesięcznie. 50 godzin w tygodniu pracy stało się normą i absolutnym minimum. Dorabiałem w wolne soboty i w razie potrzeby na drugą zmianę w tygodniu. Czas jest dobrem który utraciłem na bardzo długo. Jedna niedziela w miesiącu to był rarytas. Mieszkanie dla dwójki stało się noclegownią w tygodniu i hotelem dla rodziny na weekend. Trwałem w tym ponad rok co pogłębiło tylko moją depresje. Życie przypominało rollercoaster, było szybkie i z odchyleniami emocjonalnymi. W międzyczasie łapałem się chałtur dzięki którym łapałem drugi oddech. Na pół roku wynajmowałem pokój do pracy dla znajomego z polecenia, korzystał w dzień z ciszy, a na noce jeździł do dziewczyny. Układ idealny, gdyż ciągle się mijaliśmy. Umiejętne planowanie wydatków, zmniejszanie kosztów życia i większa stawka w pracy, ustabilizowała, a nawet pozwoliła odkładać kilka stówek miesięcznie. Z końcem 2022 roku kolejny kryzys zapukał do mych drzwi. Tak właściwie to zostawił 4 awiza i to z sądu. Dużo po czasie dowiedziałem się, że mam sprawę alimentacyjną i zabezpieczenie na okres trwania postępowania. To były trudne 3 miesiące w szczególności dla mojej córki, kontakt ze mną został drastycznie ograniczony. Musiałem brać pod uwagę, że nie wyplączę się z kosztów i stracę widzenia. Jednak moje zdrowie psychiczne już w tamtym czasie było w dobrej kondycji. Mogłem powiedzieć z dumą, że depresji się nie imam. Gdy czynnik z zewnątrz próbował wpłynąć na mnie negatywnie trwało to chwilę i mi przechodziło. To było niezbędne aby zmierzyć się z własnym sumieniem i stanąć pewnym siebie przed sądem. Wszystko skończyło się dobrze, każda ze stron uzyskał to na czym jej zależało, a nasze relacje się poprawiły. Miałem dodatkowe koszta ale świadom swych obowiązków zgodziłem się na dwa weekendy z córką. Wartości jakimi kieruje się w życiu dają mi siłę. Brak pieniędzy osłabia jej fundament. Kluczowym kryzysem okazały się wakacje z córką z tego roku. Nie mogłem sobie pozwolić na wyjazd za własne pieniądze. Nadmiarowe zarobki finansowały nieplanowane wydatki. Miałem odpuścić obiecany wyjazd nad morze dla Nastki, ale coś we mnie pękło. Pożyczyłem pieniądze, wziąłem urlop na żądanie i spakowałem rzeczy na 4 dni. Pierwsze co zrobiłem po powrocie to odezwałem się do właściciela mieszkania z pilnym terminem spotkania. Odczuwałem to jako osobistą porażkę, nie udało mi się utrzymać mieszkania. Wyjaśniłem powody i uzgodniłem w jakim stanie oddam mieszkanie. Czekał mnie długi miesiąc w którym sprzątnę swoje rzeczy i odmaluje pokoje. Na odświeżenie mieszkania nie mogło przeznaczyć za dużo, liczył się każdy grosz, a nowy lokator i tak zrobi po swojemu. Na farbę i narzędzia przeznaczyłem 150 złoty. Malowanie podzieliłem na kilka dni i skupiłem się, aby dokładnie pomalować pierwszą warstwą. Zostawiłem mieszkanie w lepszym stanie niż sam zastałem. Poczułem ulgę oddając klucze i otrzymując zwrot kaucji. Droga jaką pokonałem była wyboista i zawiła. Ulica była jak samospełniająca się przepowiednia – Kręta 56c.
W tym roku mam problem z małymi krwiopijcami. Kilka miesięcy temu dorwał się do mnie kleszcz którego nieumiejętnie wyciągnąłem. Bliższym prawdy określeniem będzie wyszarpałem, a to czego nie udało się wyrwać musiałem wyciąć z kawałkiem skóry. Nie umiem odpowiedzieć dlaczego tak głupio się zachowałem, panika i obrzydzenie totalnie mnie obezwładniły. Z jednym kleszczem sobie poradziłem sam ale stado pluskiew to ponad moje siły. Wstydliwy temat bo ludzi zaczynają cie traktować jak trędowatego. Przypadki chodzą po ludziach, a pluskwy po elewacjach bloków. Natknąłem się na nie w mieszkaniu matki. Zaraz po przeprowadzce, gdy już wszystko przewiozłem z powrotem do swojego pokoju. Pudła zawalały całą kubaturę pomieszczenia. Do czasu mojego powrotu matka miała tam sypialnię do której zrobiłem ramę i ścianę tapicerowaną. Spała na materacu i nie skarżyła się na wygodę. Efekt mojej pracy robił wrażenie i lubiłem się nim dzielić przed innymi. Po pierwszej nocy jaką spędziłem uznałem, że w ramie pod materacem jest jeszcze dużo wolnego miejsca Mógłbym podnieść belki, na których leży stelaż i przywiezione„gratobicie” się tam zmieści. Wróciłem z pracy z energią do działania. Zabrałem materac, przeniosłem stelaż i zauważyłem kropkę krwi. Świeża krew bez oznak zranienia – to zaalarmowało moją czujność. Zacząłem przyglądać się dokładniej fugom w tapicerce, znalazłem kropki ale pewności co do pluskiew nie miałem. Zerwałem kilka elementów ze ściany i już wiedziałem, że problem istnieje i to od jakiegoś czasu. Pierwsze co poczułem to niewyobrażalną złość, dlaczego to spotkało mnie w takim momencie. Moja matka zaskoczona i nawet mając dowody nie chciała uwierzyć w pluskwy. Założyłem rękawiczki i zacząłem zrywać całą ścianę do worków na śmieci. Łóżko zniszczyłem i wyniosłem pod śmietnik, żeby ktoś nie próbował z niego skorzystać. Moja ciężka praca włożona w wygląd sypialni została utopiona w wielkim kotle piekielnej furii. Po raz drugi w życiu straciłem łóżko i byłem zmuszony spać na ziemi. Ręce mi opadły ale musiałem coś z tym zrobić. Rozcieńczyłem Domestos z wodą i obmyłem kąt w którym stało łóżko. Wyprałem wszystkie rzeczy jakie miały kontakt z sypialnią w temperaturze 60 stopni. Używałem nawet parownicy do dezynfekcji, bo uznałem, że jakaś reakcja jest lepsza niż żadna. Najgorsze co mnie spotkało wydarzyło się po weekendzie. Wstałem z rana do pracy a na swoim ciele miałem ślady po pogryzieniu, najwięcej na rękach nogach i plecach. Wystraszyłem się, że nadal są w mieszkaniu i stałem się ich głównym żywicielem. Rozwiązanie problemu na własną rękę nie wchodziło dłużej w grę, umówiłem oprysk na najbliższy termin i czekałem w nerwach co tym razem znajdę na swoim ciele. Ślady się powiększały i wyglądało to jak silny atak alergiczny lub początek choroby skórnej. Te kilka dni oczekiwania na ekipę „sprzątającą” wywołał we mnie nocne lęki. Budziłem się mając wrażenie, że właśnie ucztują, zapalałem latarkę i szukałem ich na pościeli. Dziś będąc spokojniejszym o siebie mam wiedzę i nowe doświadczenie. Lokatorów w bloku nie mogę zmienić, a dowiedziałem się, że usługi odpluskwiania wykonuje się tu często. Monitorowanie swojego posłania to będzie nowy nawyk. Przeprowadziłem się aby mieć spokój ale jak zwykle oczekuje gwiazdki z nieba.
Szkolenie z komunikacji Interpersonalnej może posłużyć każdemu w odnalezieniu wspólnego języka z samym sobą. Takie wnioski przychodzą mi po 6 dniowej pracy nad emocjami i budowaniu pewności siebie. Mała grupa licząca czterech słuchaczy szybko się zintegrowała, choć większość się znała to przebywanie razem i wspólne ćwiczenia nadrobiły stracony czas w relacji. Kapitanem naszej podróży była Anna Czajkowska, a wspomagały ją dwie sympatyczne Białorusinki. W pierwszej chwili wydawać się mogło, że język będzie barierą w komunikacji na zajęciach z komunikacji. Z racji aktywnego słuchania i zaangażowania w zadaniach nie było mowy o trudnościach. Trenerki zaskakiwały pomysłami na rozbudzenie w nas ciekawości do rozwoju inteligencji emocjonalnej. Z pierwszego dnia zostało we mnie poczucie silnej podświadomości. Podczas wyboru 4 kart z planszowej gry Dixit zauważyłem, że moje wybory miały głębszy sens. Powody jakimi się sugerowałem nijak się miały do szczegółów jakie odkryłem na obrazkach. Decyzję podjęła podświadomość i zgadzam się z jej wynikami. Karty mówiły więcej o mnie niż ja sam mogłem opisać słowami przed grupą. Z każdymi zajęciami stawałem się bardziej aktywny. Pierwszy wychodziłem z inicjatywa choć najlepiej czuje się dyrygując z drugiego rzędu. Dobry kontakt z uczestnikami pomaga w rozwiązywaniu wielowarstwowych problemów. Rozwiązanie może być przed nosem wszystkich obecnych ale to rola lidera motywuje do spojrzenia w tym samym kierunku. Bycie przywódcą to nie bycie „Naj” we wszystkim, a otaczanie się specjalistami w danej dziedzinie. Wydaje się takie oczywiste ale za sprawą nadmuchanego ego i braku zarządzania emocjami gubimy wątek w chaosie krzyków. Atmosfera na zajęciach była luźna i wesoła. Uczyliśmy się bawiąc przy tym pod niebiosa. Upustem kreatywności był film jaki wyprodukowaliśmy. Konflikt zbiorowy przedstawiony bez słów, wzorując się na scenie z Charliem Chaplinem. Scenariusz do filmu napisaliśmy w mniej niż pół godziny. Głównie improwizowaliśmy, gdy przyszło do odegrania swoich ról. Nagraliśmy kilka ujęć które trafiły na sam koniec do montażu. Włożyłem całe serce w projekt – przedstawienie tła konfliktu, wczucie się w bohatera i pomoc w czasochłonnym procesie wycinania klatek, dodawaniu muzyki i wpisach lektora. Montaż to najdłuższy proces tworzenia ale z efektu mogliśmy być dumni. Krótkometrażowa produkcja została opublikowana na grupie szkoleniowej. Pobrałem go na telefon i odtwarzałem dla innych w wolnej chwili. Namacalny dowód aktywnego uczestnictwa. Ostatnie godziny spędziliśmy przed kartkami. Spośród 70 wartości zostaliśmy poproszeni o odrzucenie tych mniej istotnych. Krok powtarzaliśmy aż została szczęśliwa piątka. Zapamiętam to zadanie jako jedno z trudniejszych. Wymagało ode mnie przyznanie się przed sobą co jestem w stanie poświęcić. Hierarchia wartości też ma znaczenie w podczas dokonywania wyborów. Wyborami usłane jest nasze życie, dokonując ich w każdej minucie swojego dnia. Byle wybrać odpowiedni cel wtedy nie będziemy żałować naszych decyzji. Potwierdzeniem swoich zalet było proste ćwiczenie oparte na obserwacji. Przedmiot z pokoju, w którym mieliśmy zajęcia, z opisem ludzkich cech. Technika zwierciadła ukazała jak widzimy siebie. Podświadomość nie kłamie, maski na twarzy już tak. Wiele zostało do przeanalizowania ale fundament rozwoju przyjmie kolejne pietra sukcesów. Przyznaje się, że z wieloma poruszanymi na szkoleniu tematami spotkałem się wcześniej w książkach. Był okres w moim życiu, że czytałem o rozwoju osobistym, umiejętnościach społecznych i technikach przekazu. Ta wiedza została odświeżona i skondensowana. Pracując w parach i w grupie łatwiej było zrozumieć do czego można to wykorzystać. Ja zamierzam zrobić dobry uczynek i wykorzystać swój potencjał. Przeanalizowałem za i przeciw i końcowe wnioski to nadchodzący Sukces.
Początkiem tego wpisu będzie dzień, w którym myślałem, że straciłem wszystko. Taki dzień jak poniedziałek nad wszystkimi poniedziałkami. Czasami ten mrok potrafi zahaczyć o pobliskie dni, w tym wypadku był to wtorek. Myłem właśnie auto i zastanawiałem się nad ostatnimi dniami z wakacji z córką. Wtedy jedna informacja zmieniła szczęście w smutek. Całe szczęście została wessane do czarnej dziury. Miałem już tak kilka razy i nadal nie umiem się przed tym obronić. W głowię pojawia się setki myśli, względem świata i siebie. Biorąc przez pryzmat ówczesną katastrofę oceniam na szybko i bardzo krytycznie swoje życie. Mając córkę obok siebie nie daje po sobie poznać jak jest źle. Jednak ona to czuje swoim wewnętrznym okiem. Na jej szczęście jest już późno i zmęczona zasypia na kanapie obok mnie. Moja wrażliwość nie pozwoli mi zasnąć. Zaczynam się nakręcać złymi myślami, znajduje smutną piosenkę na YouTubie i zapętlam ją na odtwarzaczu. Kilka kolejnych godzin upływa mi na poniżaniu siebie i swoich decyzji, oczywiście w głowie, gdzie strzały trafiają zawsze w dziesiątkę. Moje ręce wykonują bezmyślną pracę podjętą jeszcze przed upadkiem. Gdy muzyka już mnie mdliła, włączyłem film, który jest piękny a zarazem strasznie smutny. Tym się dobiłem i wyczerpałem siły na udręczanie się. Sytuacja była trudna, wymagała poświęceń i decyzji. Następnego dnia postanowiłem zrobić coś dla siebie i córki. Zdecydowałem się wyjechać nie zwracając uwagi na nic. Spontanicznie bo w tym widziałem ratunek dla swojej duszy. Dałem sobie 4 dni wyjazdu, na którym odszukam zakopany przede mną sens życia. Znajdę najmniejszą iskierkę nadziei na niebie pośród gwiazd. Naprawdę się starałem ale światło we mnie gasło...
I wtedy trzeciego dnia coś zwykłego miało swoje miejsce i czas. Z pozoru banalna czynność o sile w danym momencie bomby atomowej. W pokoju hotelowym przy włączonym telewizorze szykowałem rzeczy na kolejny dzień nad morzem. Sensownych bajek nie było, więc włączyłem film, który zainteresował nawet Nastkę. Tomorrowland był na mojej liście zainteresowania. Zrobiłem sobie kawę przed wyjściem i w trakcie jej picia położyłem się na drugim łóżku i skupiłem wzrok na ekranie. Usłyszałem wtedy anegdotę jak słowo Boże dla styranej duszy. Bohaterka przypomniała swemu ojcu co przez lata jej powtarzał w chwilach słabości. Dwa wilki nieustannie toczą między sobą walkę. Jeden to Rozpacz i ciemność, ten drugi to jego przeciwieństwo – Nadzieja i Światłość. Wygrywa ten którego dokarmiasz. Proste i łatwe by się mogło wydawać ale każdy potrzebuje usłyszeć banalne słowa w tym odpowiednim momencie, kiedy zmysły czekają w skupieniu. To mi otworzyło oczy na zachowanie z ostatnich dni. Jak z ukrycia pomagałem Rozpaczy rzucając jej padlinę pod nos, by następnie w milczeniu dopingować staraniom Nadziei. Świadomość toczącej się we mnie walki ukierunkowała moje myślenie. I choć piosenka odbija się echem w głowie to na drugie mam „Nie poddam się”. Zawsze byłem świadom ciemności, mrocznego pasażera jak lubił go opisywać Dexter. Dziś znam jego imię i sylwetkę, najważniejsze, że nie jestem w tym sam.
Oczekiwania. Gdy myślę o innych to nie oczekuję, nauczyłem się liczyć na siebie. Pomagam i nie wymagam rewanżu, jeśli ktoś docenia to da mi to do zrozumienia. Ile mogę z siebie dać tyle daje. Oczekiwania do własnej osoby to stąpanie po innej planecie z silniejszym przyciąganiem. Nie chodzę na skróty, daje z siebie full zaangażowania, widać to w pracy i w relacjach ze znajomymi. Moim przerośniętym oczekiwaniem jest, że mam na koniec dnia siłę dać sobie tyle samo. Frustracja odzywa się co jakiś czas, ale nie umiałem zlokalizować problemu. Obowiązkiem każdego człowieka jest dbanie o siebie, odpoczynek, rozwijanie zainteresowań czy pozyskiwanie nowych doświadczeń. Potrzeby wołają o zaspokojenie, to pokarm dla duszy. Wpadłem w wir pracy, tydzień nie miał końca, niedziela stała się perspektywą dorobienia. Kto wie kiedy zatrzymałbym się na tej smutnej ścieżce. Zrozumienie czym są oczekiwania pozwoliło zlokalizować raczkującą w mym kierunku chorobę – pracoholizm. Czas stawiać na swoim, odkurzyć ambicje i nakarmić ego. Przynajmniej zrównać ofiarę z czasu między siebie a innych. Spalenie mostu okazało się bardzo kojące, stworzyło miejsce w moim życiu na ważniejszą relację niż toksyczna przyjaźń. Czuje, że tego mi brakowało, konkretnych działań, skupienia na celach i dbanie o najbliższe otoczenie.
Zapomniałem już jakie to przyjemne uczucie, gdy nagle wszystko się kojarzy jednoznacznie pozytywnie. To ten wspólny mianownik nadaje prostym słowom znaczenie. Za horyzont myśli. Lecę tam na skrzydłach wyobraźni, w ważnych dla siebie chwilach. Na samotnej wyspie stoi wieża, którą wybudowałem z pomocą podświadomości. Wrota otwierają się po zeskanowaniu kodu DNA. W progu nie leży wycieraczka witająca gości wytatuowanym napisem na środku czoła. Kolejne Pochodnie zapalają się po aktywacji czujników ruchu. Długie schody prowadzą mnie na ostatnie piętro. W pomieszczeniu do którego słońce wpada przez tysiące małych otworów w murze. Cegły ustawiane z przerwami, aby wieża mogła oddychać. W bibliotece wspomnień ustawiam nowy rząd, składający się z obszernych książek. Na każdej kartce posiadam zapiski z myśli, uczuć i obserwacji. Siadam przy biurku i piszę tradycyjną metodą maszynopisu. Podczas tworzenia do środka wlatują kolorowe ptaki a spod ich piór wylatuje wena. Tylko ja mogę czerpać z dobroci Natury, to co obmywa mą duszę spłynie z wodospadem, łącząc się z morzem marzeń sennych. Wskazówki zegara poruszają się tu jak w komnacie ducha i Czasu z anime. Kończąc kolejny rozdział zasypiam na blacie. Tu nic nie dzieje się normalnie, nawet droga powrotna do ciała. Energia odnajduje ślad w mikrokosmosie i jak na niemieckiej autostradzie, wciska gaz w podłogę. Będąc już w całości, czując nogi i ręce mogę się uśmiechnąć do Ciebie, a nikt tego nie zobaczy.
Zanim dowiedziałem się co grają w kinie byłem na finiszu książki Piotra C. - Pokolenie Ikea. Drugi raz sięgnąłem po nią i nie żałuje bo czyta się ją rewelacyjnie. Podczas jednego z seansów dowiedziałem się o zapowiedzi filmografii pierwszej części. Mając wolny wieczór wybrałem się do kina i byłem gotowy na świeżo porównać tytuł z różnych światów. Papier inaczej oddaje klimat fabuły i szybko się o tym przekonałem jak niemalże 1:1 odwzorowano początek opowieści. Dalej było tylko gorzej, czułem zażenowanie oglądając znajomą historię. Brak własnej wizji zmienił film w Videobook. Twórcy niby dodali wątek z ojcem głównego bohatera i próbowali zbudować romans ale w tak przyziemnych tematach jakie porusza Pokolenie Ikea wydaje mi się sięgać ręką przez grubą szybę. I w taki oto sposób dochodzimy do ciekawszego tematu -walka filmu z książką. Pretendentem czyli drugi w kolejnośći powstania zawsze ma trudniej. Nawet jeśli nie znaliżmy pierwowzoru to tracimy główny przekaz kierowany do przypisanej grupy odbiorców. Narażeni na zrażenie się poprzez porównania. Pierwsze wrażenie z czytania pozostawia własnoręcznie stworzony przez podświadomość obraz którego nie da się wymazać przed seansem filmowym. Z koleji po filmie mamy ten obraz wszczepiony pod skórę i wykreowanie nowego dzięki książce będzie zmanipulowane. Dlatego warto korzystać z kultury, nie ważne pod jaką postacią.
Dałem się namówić na sobotnie wyjście do kina na przeciętny film akcji. Co do gatunku to doprecyzuje, iż jest to produkcja Marvela. Tych filmów zrobiło się tak dużo, że mają pośredni wpływ na filmowe gusta widzów, wypierając mniej zyskowne. Niestety ze stratą dla artyzmu.
Pare lat wstecz byłem na bierząco i rozumiałem, że ikony superbohaterów zasługują na ekranizację. Sam na temat Supermana z konkurencyjnego uniwersum opiywałem jako przykład pomnika oddającego cześć ideii. Dziś mam ogromne luki wynikające z braku czasu i dlatego muszę kierować się specyficznymi kryteriami, innymi za każdym razem . A poboczne seriale z małego ekranu darowałem sobie wogóle choć zespalają wątki ze świata superbohaterów.
Widzowie podłapali tematykę choć z jej pierwowzorem czyli komiksem nie skosztowali by tej treści. Forma zmieniła niszę w trend. Film sprzedający się jak świeże bułki, popyt stale rośnie dzięki czemu zyski studia windują to jakość produkcji traci. W przypadku sobotniego seansu był ostry spadek jakości. Sztampowe dialogi nie budujące imersji ze światem przedstawionym, a w dodatku nie wnoszą nic do fabuły. Byle jak, byle co aby było można doczegoś pochrupać. Oglądałem trochę z przymusu i w finałowej scenie zasnąłem.
Spanie w kinie na filmie Marvela w dniu 18 lutego ma pewien symboliczny wymiar. Dokładnie 5 lat temu urodziła mi się córka, a wszystko zaczeło się , a jakże by inaczej w kinie na wczenym seansie Czarnej Pantery. Moja dziewczyna zasnęła praktycznie odrazu po rozpoczęciu filmu i przespała go smacznie całego. W zaawansowanej ciąży i z bliskim terminem to naturalne, że czuła zmęczenie. Pod koniec dnia jednak bóle były na tyle silne, że musieliśmy zajechać do kliniki na badania. Potwierdziło sie - poród się zaczął. Od tamtej chwili w moim życiu gościły sceny jak z filmów, najróżniejszych gatunkowo.
Czterech ludzi i jeden wspólny pomysł na Niedziele 5 lutego. Wyjazd po 10 i powrót przed 10. Podróż do Szelment na stok narciarski to szybki strzał. Przerwa w Augustowie w Macu i kilka bączków na śniegu obok miejsca docelowego, na tyle pozwoliliśmy sobie podczas przejażdżki. Pogoda trafiła się idealna, słońce na bezchmurnym niebie, a mimo to stok pokryty śniegiem. Z dostępnych tras była czerwona i zielona dla dzieci. Poza tym czarna na uboczu przyciągała pojedyńczych śmiałków. Jako amator doświadczyłem jednej wielkiej lekcji. Czerwona trasa z dołu wyglądała jak zjazd dla skoczków narciarskich. Budziło to respekt ale tylko w zmarzniętym ciele. Wykupiliśmy kartę z kredytami na zjazdy i udaliśmy się po sprzęt do namiotu. Od początku wiedziałem, że chcę deskę snowbordową i nawet pół godzinny pobyt w kolejce nie sforsował we mnie tego wyboru. Osób przed nami było niewiele ale ich obsługa trwała tyle co sławne już reklamy na polsacie. Każdy narciarz dobierał buty a następnie regulowano do nich rozstaw na nartach. Z namiotu wydostaliśmy się po 14. Na rozgrzewkę wybraliśmy boczny zjazd dla dzieci. Jak dla mnie pełnoprawny stok zjazdowy na którym uczyłem się balansowania, hamowania i padania. Topniejące wymagania zaprowadziły nas do wyciągu na normalny stok. W tym momencie zaczyna się nowy rozdział mojej opowieści - Wyciąg z dreszczykiem.
Obawy jakich nabrałem gdy tylko zobaczyłem go przez szybę w aucie potwierdziły się. Pierwsza z trzech nieudanych prób była najgorsza. Prawa noga przypięta do deski, a lewa luźno oparta, wystarczyło złapać za linę z podpórką i włożyć ją między nogi. Nie było pieszczotliwie, szarpneło linę i noga z deską już była w powietrzu. Podciągałem się kurczliwie, walczyłem o każdy metr wjazdowy ale deska zakopywała się to z jednej to z drugiej strony. Rzucam się na sniegu jak z padaczką ale ciągle trzymam. Obsłudze zrobiło się mnie żal i zatrzymali na chwile wyciąg, wystarczyło aby wstać. Lekkie szarpnięcie i ląduje na czterech literach. 20 metrów dalej i wyżej poddałem się. Obciążenie jakim była deska ciągnąca się po śniegu było zbyt duże. Straciłem sporo sił i trochę pewności siebie jakiej nabrałem po pierwszych zjazdach. Czekam na chłopaków i analizuje w głowie co do cholery się wydarzyło. Zabawa zaczyna się na górze a ja nie mogłem się na nią dostać. Druga próba i szybki nokaut, czyżby echa z gali Fame MMA z poprzedniego dnia. Odklepałem dużo szybciej, aby oszczędzić ludziom groteskowych widoków. Do trzeciej rundy zmieniłem nogę prowadzącą, bo wmówiłem sobie, że to dlatego na starcie wykonuje podwójne salto w tył. Eksperyment nieudany za to efekt końcowy bez zmian. Zostało machnąć ręką i przygotować się do kolejnych prób na zielonej trasie. Jazda na desce sprawiała mi dużą frajdę ale straciłem dostęp do głównej atrakcji i nie wiedziałem na jak długo. Dla dzieciaków też był przygotowany wyciąg. Wpatrując się w innych użytkowników deski, powtórzyłem ich uchwyt i udało mi się wjechać na kilkumetrową górkę. Po paru próbach automatycznych wjazdów i swobodnych zjazdach nabrałem odwagi przed poważnym przeciwnikiem. Nie ważne jak mocno i ile razy upadniesz jeśli koniec końców ci się uda. Ustawiłem się tak samo jak na mniejszym wyciągu i wjechałem na samą górę. Pozwoliłem sobie na krótką radość i pamiątkowe zdjęcie na wypadek fartownego wjazdu. Zabawa zaczęła się na nowo, wrażenia podczas odbijania się od fałd śniegu, zmiany kierunku czy nawet hamowania na takiej pochyłości są niezapomniane. Zjazdy były coraz szybsze a i tyłek nie lądował przymusowo na śniegu. Zapadł zmrok i ostatnie zjazdy wykonywaliśmy na sztucznym oświetleniu. Wyciąg potrafił mnie jeszcze wybić z równowagi ale skutecznie docierałem na samą górę. Limit na karcie skończył się w idealnym momencie. Zmęczenie dawało w kość, upadki na pośladki przypominały o sobie, gdy siadało się na śniegu, aby dopiąć buta do deski. Mokre spodnie na tyłku to namacalna pamiątka po dobrze wykorzystanym czasie. Koło 18 zaciągneliśmy sprzęt do namiotu i oddaliśmy puste karty. Jak na pierwszy raz jestem mega zadowolony. Czułem się jak ryba w wodzie, udało mi się zjechać z czerwonej trasy bez upadku. Wyciąg zapamiętam jako trudnego przeciwnika ale nawet jemu nie udało się popsuć moich urodzinowych planów. Tak sobie wyobrażam dobrze spędzoną niedziele, a najlepiej każdą.
11 Listopada to dzień, w którym bieganie było świetem. Zacznę od tego, że byłem dzisiaj z rana w pracy i nie mam nic na swoje obronę. O 12:30 zrobiłem fajrant i pojechałem odebrać pakiet startowy autem. Na dojazd, zaparkowanie i dotarcie do biura zawodów, zostawiłem sobie godzinę, i była to nie pewna godzina. Centrum miasta miało być zablokowane i zaparkować samochód uda się dzięki szczęściu lub znając boczne uliczki, wykorzystałem obie przychylności. Moje obawy sprawdziły się, mnóstwo ludzi kręciło się przy biurze zawodów, a pochmurna pogoda nagoniła samochodów w stronę biegaczy. Kawałek dalej udało się na jeszcze pustym chodniku zostawić auto na czas biegu. Ruszyłem żwawym krokiem w sam środek tego zamieszania. Zmodernizowano system i obsługa uczestnika zajmuje jakieś 15 sekund. Pokazałem kodu QR, odebrałem pakiet i wybrałem kolor czapki. Zwracam uwagę na czapkę bo zależało mi na czerwonej. Obawiałem się, że sprzątną mi ją z przed nosa, ale tak się nie stało i dominującym kolorem mojego stroju był czerwony. Zostało mi jeszcze sporo czasu więc spokojnie wróciłem do auta się przebrać i bynajmniej nie jest to nic nadzwyczajnego. W pobliżu mnie zanalazło się paru uczestników, którzy wykorzystali do tego tylnie siedzenia w samochodzie. Nadajnik przywiązałem do prawego buta, a numer 50 z jakim biegłem przypiąłem do koszulki. Do zapowiadanego startu pozostało 40 minut czyli w sam raz na konkretną rozgrzewkę. W parku obok lini startu zacząłem się rozciągać i truchtać. Naturalnie spotkałem sporo znajomych zdobytych za starych biegowych lat. Choć nowych twarz przybywa to na każdej rozpoznałem ten sam uśmiech. Dwie grupy na dwa różne dystanse ustawiły się do hymnu i z gardeł popłyneła pieśń ku pokrzepieniu serc. Dość duże opóźnienie startu wywarło presję na dalszym rozgrzewaniu się, aby w chłodny listopadowy dzień nie wystudzić kluczowych parti mięśni. Wpół do 3 doczekaliśmy się wszyscy odliczania. Zegar ruszył, a tłum zaraz za nim. Wybrałem bezpieczną taktykę i ustawiłem się na końcu stawki.Przy niskim tempie biegu do połowy dystansu upewnię się w swoich siłach. Biegłem w małej grupce, za to bardzo wesołej, a towarzyszyli nam pacemakerzy na 1:10. Mój smartwatch miał trzymać rękę na pulsie, a okazał się spamerem, dodatkowo nie znających moich parametrów. Ciągłe komunikaty o tętnie 190 z tendencja wzrostową. A tymczasem stabilny oddech, wyprostowana sylwetka i lekki krok, ale w oczach maszyny miałem stan pod zawałowy, bo przekroczyłem 200 uderzeń na minutę, gdzie moje ciśnienie podczas biegu przyjmuję taką wartość. W połowie dystansu na poważnie rozważałem odłączyć się od końca stawki i wtedy zaczęło się dziwne kucie w prawym kolanie, dokładnie pod rzepka. Znam ten ból, to on mi przysporzył masę problemów na ostatnich biegach. Znam kilka sztuczek neutralizujących ten stan. Przyznaję się bez bicia, że dokonałem amatorskiej diagnozy, po której stwierdziłem, że mam nierozgrzane kolano, a krótkie kroki obciążają chrząstkę w rzepce. Wykorzystałem te informacje do podjęcia decyzji o przyspieszeniu po 7 km. Wydłużyłem krok i przebijałem się do przodu. Nie chodziło o odrabianie strat, a o satysfakcję z dzisiejszego biegu, wykrzesanie z siebie więcej. Ból w kolanie odpuścił całkowicie, a ja na ostatnich 100 metrach dorzuciłem węgla i ruszyłem po swoje. Na mecie zawsze się rozglądam, do której wolontariuszki z medalami podejść, tak samo było i tym razem. Wypatrzyłem dziewczynę i podchodzę do niej z pochyloną głową. Faktycznie trzymała medal ale swój i nie omieszkała zrobić wielkich oczu na mój widok. Przeprosiłem ją i zostawiłem za sobą, zmieszaną wraz z jak się domyślam jej chłopaki również uczestnikiem biegu. Z medalem na szyi, bananem na twarzy i wodą w ręku przepychałem się przez uradowany tłum, w którym robiono sobie pamiątkowe zdjęcia. Wracając już do domu zacząłem się zastanawiać nad możliwościami swojego ciała. To właśnie bieganie nauczyło mnie tak dobrze wsłuchiwać się w sygnały płynące z wewnątrz. Jeśli biegać to tylko w swoim tempie, nawet gdy brakuje sił to moja głowa pociągnie ręce, a wola uruchomi nogi.
Dzień Matki w Polsce obchodzimy 26 maja. Na kilka tygodni przed świętem, zaczyna się w mojej głowie rysować pomysł na wyjątkowy prezent. I tak było przez kilka lat, aż do tego roku. Niepowodzenia bym nie opisywał, więc zacznę od idei, który zrodził się w mojej głowie, po skończeniu szkoły ze specjalizacją grafik komputerowy. Na zajęciach uczyliśmy się odnawiać przedwojenne zdjęcia. Zajmowaliśmy się usuwaniem plam, prostowaniem zgnieceń i dorabianie brakujących fragmentów fotografii powstałych z powodu nadpalenia lub porwania. Z nowo nabytym doświadczeniem, przysiadłem do zdjęcia mojej matki. Posiadałem ostatnią ocalałą odbitkę w małym formacie , którą nosiłem zawsze przy sobie w portfelu. Z upływem czasu brzegi zaczęły się strzępić, a jako jedyna pamiątka urody młodzieńczych lat, zasługiwała na ocalenie przed całkowitym zniszczeniem lub zgubieniem. Zeskanowałem fotografie na komputer i odpaliłem Photoshopa. Zająłem się tym najlepiej jak potrafię ale to nie wystarczyło. Dziury po zszywkach zamaskowałem bez śladu, jednak powierzchnia papieru przy skanowaniu przeniosła się w formie drobnych kółeczek na całej powierzchni zdjęcia. Powiększenie wyolbrzymiło ten efekt i ostatecznie pogrzebało realizację projektu. Uważałem to za mój obowiązek zająć się tym na własną rękę, tym samym zawiodłem siebie po całości.
Wpadłem w pętle – na dzień matki kupowałem kwiaty, składałem życzenia i dołowałem się niepowodzeniem. Obiecany prezent prosto z serca miał być lekarstwem dla mnie oraz zatrzymaniem monotonii pięknego święta. To co teraz napisze może i jest oczywiste, choć dla mnie wydawało się chwyceniem brzytwy. Zaszedłem do znajomego fotografa i opowiedziałem o swoim problemie w płomiennej przemowie. N koniec swojego wywodu poprosiłem o pomoc zaznaczając, iż kasa nie gra tu roli. Nie spodziewałem się usłyszeć jak powszechna jest to prośba. Chyba mogę to zrzucić na moją próżność, która hamowała mnie przed udaniem się do specjalisty. Retusz zdjęcia i powiększenie do rozmiaru A4 zleciłem profesjonaliście, na swoje barki wziąłem drewnianą ramę. Moje ego nie pozwalało mi kupić gotowej ramy ale zrobić ją samemu z dostępnych materiałów lub jak kto woli z potencjalnych śmieci. Starą drewnianą listwę przypodłogową oczyściłem, wyciąłem z niej na pile cztery kawałki i skleiłem pod wymiar obrazu. Prezent oddałem niespełna miesiąc po tegorocznym dniu matki. Zasłużona pamiątka trafiła w ręce szczęśliwej kobiety. Choć tyle mogę...
Niedawno odbyły się wybory samorządowe. Skoro opadł powyborczy kurz mogę się przyznać przed wszystkimi, że głosowałem i ze swojego wyboru jestem dumny. Minęło parę latek od ostatniego razu. Teraz mam skończone 30 lat, mam dziecko i składam w całość swoje życie – statystyczny polak i sondażowy słupek w jednym. W szkole ustalono rewir mojego bloku – dobrze bo bliżej zamieszkania. Na głosowanie wybrałem się sam w południe, a nie jak kiedyś z matką po mszy w kościele. Wyszedłem w konkretnym celu, a nie przy okazji. Po odebraniu kart do głosowania usiadłem na widoku pani z komisji wyborczej. Obserwowała mnie jako jedynego głosującego w danym momencie. Nie zląkłem się obserwatora, usiadłem w ławce i chwyciłem za długopis. Tylko będąc szczerym ze sobą mogłem wypełnić ankiety. Przelałem siebie na otrzymany papier, swoją osobowość, ideę i wolność. Ruszyłem z zawiniątkiem w stronę studni marzeń, penetrujący wzrok pani z komisji spotkał się z moim na chwilę przed wrzuceniem głosu do urny. Biła ode mnie pewność wychodząc z lokalu, a swoją gorliwą fankę pozostawiłem zaciekawioną na resztę dnia. Pytanie jakie ją nurtowało to – Co ten młody, przystojny i inteligentny chłopak tak długo wypełnia karty? Mój sekret czy też plan jak kto woli, zajął mi tyle czas ponieważ zaznaczyłem KAŻDEGO kandydata na każdej karcie. Ponadto na górze każdej ze stron napisałem drukowanymi literami sens całego przedsięwzięcia. „Nikt poza mną nie jest wstanie reprezentować mojego głosu.”
Czy oddałem ważny głos? NIE
Czy coś się zmieni po oddaniu nieważnego głosu ? NIE
Czy kogoś to obeszło co napisałem? NIE
Czy lepiej się po tym czuję? TAK!!!
Moje poglądy polityczne nie mają znaczenia. Odwróciłem się od polityki ponad 10 lat temu. Bardzo szybko zrozumiałem ucząc się na własnym błędzie, że głosowanie na swojego przedstawiciela w parlamencie, samorządzie czy radzie to pic na wodę. Głosy się zbiera zamiast zdobywać za zasługi. Jedno się mówi, a robi się zawsze to drugie. Jak kiedyś usłyszałem, że mam wybrać reprezentanta swoich poglądów to z rozbawieniem stwierdziłem, że sam będę kandydował. Już dwie osoby mają odmienne potrzeby i żeby podjąć wspólną decyzję muszą pójść na kompromis, a co jeśli mowa o tysiącach ludzi? Ile każda jednostka społeczna musi poświęcić dla reszty? Na końcu okaże się, że wszystko i to za brak korzyści. Teatrzyk odgrywany przez kukiełki taki czeka nas los.
Na koniec dość ciekawa myśl jaką chciałbym się podzielić. Jeśli demokracja wygląda tak w rzeczywistości to czemu nie przejść na coś w po dobie monarchii? Jedna dominująca osoba dziedzicząca tron i przejmująca władzę nad państwem. Władca dobry czy zły i tak będzie robił co mu się żywnie podoba. Życie i tak by się toczyło dalej. Pytacie o Wolność? - poddaństwo czy mentalne kajdany, szale się równoważą, jeśli jednak dodamy do tego kłamstwo to wole żyć w prawdzie i obwiniać króla niż nienawidzić siebie za wiarę w piękne słówka, zrzucanie odpowiedzialności i grę w pozory. Wole nie mieć prawa głosu niż złudną nadzieje, że wybieram dobro i mam to jakiś wpływ. Nie da się mądrze wybrać między złem, a złem. W mojej wypowiedzi tkwi odpowiedź na stwierdzenie , że demokracja jest złym ale najlepszym ustrojem politycznym.
Kolejny dzień i ten sam plan – przetrwać lawinę myśli związanych ze stratą. W prostych rozstaniach wystarczy zerwać kontakt, a resztę zrobi za nas czas. Czas tak bezbłędnie ściera wspomnienia, dobre jak i złe. Życie komplikuje się, gdy mamy do czynienia z rozbitą świeżą rodziną. Mała córeczka nie pozwoli zapomnieć o przeszłości. Ona przypomina o wszystkim i nie powala zerwać spotkań dwojga rodziców. Gdybym napisał, że jest ciężko to okłamał bym wszystkich włącznie z sobą. Ciężkie chwile przeżywamy regularnie, Bóg tylko wie czy to próby woli. Moja wola jest rozchybotana, choć powinna być silna skoro ciężkich chwil przeżyłem wiele. Patrząc na swoje życie teraz chciałbym móc powiedzieć, że będzie lepiej, ale wtedy do głosu dochodzi rozsądek i dodaje na koniec zdania -kiedyś może będzie. Piszę dla zmęczenia i zabicia czasu. Nie podejmuje się próby opisu faktycznych uczuć i myśli jakie mną teraz rządzą. Czekam na wiatr który popchnie moje twórcze ja i napisze coś co skompletuje rozerwane wnętrze, bo co jak nie pisanie może pomóc w ucieczce przed samym sobą. Wprost przyznać się do swoich błędów potrafią nieliczni, podziwiam ich, a jeszcze bardziej wyjątkowi i unikalni są Ci, którzy zdejmują maski przed innymi, nieważne przyjaciółmi czy przypadkowo poznanymi osobami. W swoim przypadku widzę to raczej jako zabawę słowem, niezliczone odniesienia do kultury, przekształcenia i modyfikacje zdarzeń i osób. Co może popsuć ten niedoskonały lecz całkiem nowy plan? Absolutnie wszystko, o zgrozo jak łatwo popaść w skrajności – lenistwo mentalne, a nadmierna wykorzystywanie życia towarzyskiego.
Słaba kondycja odpowiedzialności odbija się na jakości życia. Dziś mamy wiele organizacji zarządzającymi odpowiedzialności rzeszy ludzi. Doskonałym przykładem jest ZUS. ZUS to w teorii wielki skarbiec wypełniony pieniędzmi podatników, a w praktyce ozłacany pałac z niemniej ozdobnymi oddziałami, magazynujący Nasze lęki przed przyszłością finansową. Tu wcale nie chodzi o złudną wiarę, że optymistyczny wariant spełnienia narzuconych „z góry” wymagań, da niską emeryturę, pozorny spokój i wolność. Przymus płacenia składek to nic innego jak wmówienie Nam, stadu owiec, że odpowiedzialność „za jutrzejszy dzień” to spowalniający bagaż na pociąg linii pędzący świat. Życie w komforcie odrzuca zamartwianie się o środki finansowe w podeszłym wieku, korzysta z podsuniętych dobrodziejstw. A jeśli istnieją alternatywne rozwiązania odkładania części swojej pensji , to i tak monopolista położy na niej swoją łapę, wilczą łapę. Gdybyśmy tylko się mniej bali, tworzyli własne rozwiązania, nie tylko korzystali z gotowych, często błędnych rozwiązań, to Nasze wewnętrzne poczucie odpowiedzialności, za pieniądze, rodzinę i w końcu też za kraj , tupnęło by noga, tysiącem nóg, milionem nóg to zburzylibyśmy ściany ZUSu!!! A może wtedy przyszła by kolej na kajdany na styranych pracą rękach, obroże klasowe owinięte wokół szyi dzieląca społeczeństwo na gorszych i lepszych , klapki z oczu zawężające rzeczywisty obraz, kamienne maski ukrywające przed innymi Nasze rzeczywiste odczucia oraz na koniec – pajęczą sieć w jaką daliśmy złapać Nasze niewinne umysły nauczone myśleć i działać za Nas Samych.
Widzę przezroczystą piramidę zawieszoną w próżni, ale bezpiecznie będzie stwierdzić że, jest to trójkąt równobocznego narysowany na czarnym tle. Z lewej strony biegnie cienka prosta linia, która jest wiązką światła, odosobnionym promieniem słonecznym, styka się z krawędzią trójkąta, aby rozszczepić się w szeroką tęczową drogę po drugiej stronie pryzmatu. Rzecz w tym, że jest to obraz znany, a ja chciałem się mu przyjrzeć od zaplecza – obrócić księżyc ciemną stroną na wierzch jak podkładkę pod piwo.
Mój punkt widzenia jest pozbawiony obiektywizmu. Inaczej niż ze zdaniem, które można sobie wyrobić albo go nie mieć wcale. Punkt widzenia jest zależny od wzroku, którego nie można oszukać. Zawsze widzimy to co mamy przed oczami, możemy wyodrębnić element z otoczenia i skupić na nim całą uwagę, ale podświadomie zarejestrujemy wszystko w obrębie. Nie chodzi mi również o pułapki wzrokowe, które wykorzystują słabość „pierwszego wrażenia”. Oszukać można wykorzystując obraz do innego celu niż jest w rzeczywistości. Ja zaczynam patrzeć na różne rzeczy inaczej niż do tej pory, przez specyficzny „pryzmat”. Jeśli to co rzuca się w oczy jest pospolicie znane i nie podważalne to zagraża prawdzie. Prawdę można dowolnie formować, np.: spłycić ograniczając jej „pełne spectrum wolności”. Szeroki strumień informacji zostaje zwężony. Myśląc o barwnych osobowościach, które stają się bezimienną szarą trzodą, widzę dzieci w szkołach o zmielonych umysłach gotowych do ciężkiej pracy przy budowie muru. Mur, który zamyka się za plecami budowniczego jest więzieniem. Flagowy album Pink Floyd przychodzi z pomocą w interpretacji tych słów.
Ciemna strona księżyca brzmi bardzo wymownie. Znane wszystkim ziemianom ciało niebieskie wciąż jest pełne tajemnic. Wyobraźnia śpi, bo i po co interesować się punktem zawieszonym wysoko na niebie nie mającego wpływu na kolej rzeczy. Zawsze na nieboskłonie i zawsze tą samą frontową stroną do ziemi, a może jednak plecami??? Pozostaje powiedzieć „ W razie jakbyśmy się nie widzieli, dobry wieczór i dobranoc” a następnie ukłonić się nisko przed widownią.
Osiągnąłem limit. Chciałbym móc powiedzieć, że chodzi o rachunek bankowy lub spełnienie w sporcie, prawda jest jednak wyblakła i smutna. Poczucie winy to jeszcze jeden pasażer, który mi towarzyszy od najmłodszych lat. Dużo dziś myślałem o „nim” i z przykrością stwierdzam, że wraz ze Strachem prowadzą mnie za rękę. Czuje się jak małe dziecko między skłóconymi rodzicami, szarpane w obie strony i bez prawa głosu. W zasadzie to moje decyzje są dojrzałości rozkapryszonego wyrzutka. Za swoje błędy płace Winą. Za dowolną decyzję płacę Winą. Poddaje w wątpliwość stare czasy i obarczam się Winą. Jakbym się nie starał zawszę będę z siebie nie zadowolony, z wykonanej pracy, a nawet tego co pomyślę. Już przestałem ukrywać przed sobą i innymi, że nie potrafię podjąć prostej decyzji. Przygniata mnie codzienność i ciągłe wybory. Najgorsze jest jednak, gdy popełnię świadomy błąd i zranię kogoś najważniejszego. Ciągłe obwinianie się obniża odporność na prawdziwą Winę. Strzelec, którego pocisk przebija serce ofiary i wraca rykoszetem w kierunku głowy. Obwinianie się rodzi nową winę. Za chwilę pożałuję, że to piszę... Nie potrafię się pogodzić z losem, Wina jest Karą. Chłostam siebie bezustannym obwinianiem. Obwiniam się za poczucie bezsilności i znów szukam Winy. Jaka poWINNA więc być Kara za Winę?
Co mnie powstrzymuje od pisania? Przestałem się dzielić nadmiarem gnieżdżących się we mnie emocji. Ostatnimi czasy wole zestroić emocje z muzyką i kontemplować nad swoim losem. Brakowało mi takiej zadumy ale utraciłem zdolność logicznego myślenia. Na wszystko jest czas i miejsce. Moje pozycja we wszechświecie zbliża mnie do ciemności. Do czarnej plamy na niebie między jarzącymi się główkami szpilek. Ta lukę mogę wypełnić właśnie ja, wystarczy bardzo mocno chcieć, zwykłe starania nie pomagają w odmienieniu życia. Chaos jest urzekający, fascynujący nieograniczonymi możliwościami ale w harmonii zmysłów i uczuć oraz dyscyplinie można odkryć prawdziwą perfekcję – dotrzeć do źródła istnienia. Moim założeniem jest połączyć oba światy, zrezygnować z wad po obu stronach medalu. Pusta szklanka od dziś zawsze będzie oznaczać ugaszone pragnienie!

Chłopak taki jak ja wyruszył w samotną podróż. Podróż to zbyt wielkie określenie, to raczej wycieczka w rodzinne strony. Transport autobusem zajął mu trochę ponad dwie godziny i zajechał do Dąbrowy Białostockiej o 15:15. Nigdy nic go tu nie ciągnęło. Tym razem wiedział po co i gdzie się uda. Orientację w terenie miał całkiem niezłą, bywał tu wiele raz z rodziną. Przeszedł przez dziurę w kamiennym murzę i znalazł się po stronie zmarłych. Odnalazł swojego dziadka. Spojrzał na niego z góry. Pochylił głowę i dał upust słowom, które cisnęły się na usta.
Witaj Dziadku. Pierwszy raz rozmawiamy po Twojej śmierci. Nie umiem się modlić i nie będę próbował przypominać sobie kolejnego wersu wyuczonej kiedyś na „blachę”. Nie przyniosłem też znicza bo nie rozumiem jego idei, a bezmyślne powtarzanie po kimś rytuału zapalenia ognia uważam za pogardliwe dla obu stron. Za to jestem tu z własnej woli, bo tak chciałem. Wiem, że docenisz tą jedną wizytę bardziej niż dwadzieścia innych odhaczonych w kalendarzu. Dziś w pracy przy datowaniu opakowań rozmawiałem z koleżanką o wierze. Nie pierwszy raz doszło między nami do dyskusji na tematy religijne, wyjątek stanowi moje samopoczucie w trakcie i po rozmowie. Poczułem się lepiej, jakby słońce na niebie świeciło tylko dla mnie. Czyżbym znalazł powołanie? Nie bez powodu stawiam to pytanie. Pamiętasz jak kiedyś mówiłeś mi czego w przyszłości mi życzysz? Abym stał się Politykiem albo Księdzem... Kiedyś próbowałem się interesować polityką, ale zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, kiedy zorientowałem się, że bluzgam na telewizor, bo słyszę kolejne kłamstwa i obłudę. Od religii się odsunąłem za sprawą kościoła i aury którą wytwarza – poczucia winy i strachu. Długo myślałem, że się pomyliłeś, marzyła Ci się moja droga życiowa, od której odszedłem boczną ścieżką. Widzisz mnie jako nauczyciela, który otwiera sklejone oczy katolickiemu społeczeństwu na Miłość? Miłość jest prosta i odpowiada na każde pytanie. Ja to widzę coraz wyraźniej. Chciałem abyś to usłyszał ode mnie. Żegnaj.

Uzależnienia mają kształt broni. Wybór jest ogromny, wystarczy zmrużyć oczy na ważne sprawy. Nieważne w co się ucieka jeśli skutek jest ten sam – dryfowanie na kładce w stronę wodospadu. Język wody podnosi się zanim zbliżam się do przepaści i fala tsunami wbrew swej naturze pędzi pod prąd na spotkanie ze mną. Uzależniony zabijam czas, czas który stał się dla mnie martw w chwili oddania go koszmarom . Odpuściłem, wypuściłem z ręki nadzieje. Niestety moje uzależnienia nie są wstanie uśmiercić bólu istnienia. Nadal błądzę, to nie tędy droga. Wydaje mi się, że czarne myśli przyciągają wzrok. Zwróciłem uwagę wyższym siłom, które walczą o strzępy mojej duszy. Przedostatni krok, robi miejsce na nadejście lub odejście.

To zaczyna dziać się coraz częściej. Pojawia się, gdy jego Arcywróg chowa się za horyzontem. Strach ma wielkie oczy i nabiera realniejszych kształtów po każdej nieprzespanej nocy. Koszmary senne tak rzeczywiste, że bodźce jakich doświadczam są odczuwalne poza wyimaginowaną strefą snu. Próbuje się wyrwać z objęć, obudzić na siłę, ale ta walka jest nierówna. Bezsilność to okrutny stan, brak możliwości zareagowania w jakikolwiek sposób. Coś mnie trzyma i zaczynam panikować. Dawno temu zdarzyło mi się śnić podobne sny będąc w ciemnym zaułku swojego życia. Sytuacja się powtarza, a wraz z nią przeżycia nocne. Przez to wszystko powraca lęk przed ciemnością. Czuje się niepewnie we własnym mieszkaniu. Nie potrafię normalnie ułożyć się do snu, co chwilę otwieram oczy i kontrolnie mierze wszystko wzrokiem. Ratunkiem w takich sytuacjach było zmęczenie. Padając twarzą w poduszkę czułem jedynie odlot w stronę rajskiej krainy. Dzień pełen wrażeń powinien kończyć się zdrowym i twardy snem, w moim przypadku było – minęło. Obsesja, paranoja czy natręctwo (już któreś z kolei)? Jedno jest pewne – granica została przekroczona, a przepaść jest głęboka. Zlecenie ze skarpy grozi upadkiem, a swobodny lot jest najgorszą tortura. Dno było by ukojeniem poszarpanych nerwów, uderzenie odcięło by linie łącząca oba światy. Niestety pokłóciłem się z nożyczkami. Wolność jest na wyciągnięcie ręki, ale nie potrafię jej przytulić. Walczę z myślami, które skutecznie projektują ból w ciele i umyśle. Najgorsze to nie móc zareagować. Chciałbym jak inni skazani na potępienie podjąć decyzję opartą na emocjach. Chce poczuć ulgę tylko kurwa jak…

Zaczęło się. Czuje nieodwracalny stan. Nie mam ochoty śmiać, bawić się i żyć. Nawet pisanie tego przychodzi mi z bólem istnienia. Stukanie w klawisze to ostatnie co mogę robić i jedyne co może mnie wskrzesić. Zmartwychwstanie to marzenie ponieważ w głębi serca i duszy umarłem. Nie umiem dokładnie określić kiedy to się stało. Stan wzlotu i upadku następował co kilka tygodni od kilku miesięcy. Dziś podczas prozy dnia zdałem sobie sprawę z nieuleczalności mojego losu. Ciągłe wyboru, na których cierpi mój czas. Najcenniejsze co posiadałem w życiu znów straciłem z głupoty i słabości – Czas. Najbliższy przyjaciel. Ta „powtórka z rozrywki” przybrała inną maskę, teraz nie ukrywam się przed światem, a udaje, że wszystko gra. Ta maska ześlizguje się z oblicza pod naciskiem zakotwiczonych emocji. Boje się stracić kontrolę, zrobić coś głupiego i z żalu oddać się Zgubie. Zejdę wraz z lawiną i nic co dobre nie zostanie. Najbliższe dni brzmią jak wyrok. Wkurza mnie pisanie tych górnolotnych zdań, odchodzą od źródła. Jest źle, było źle i będzie źle – tak to widzę. Nieważne jakich słów użyje i tak nie zostanę zrozumiany. To już nie jest kwestia odnalezienia wsparcia w innych. Wasza nadzieja jest mi do niczego. Próba wyjścia z ostatniej depresji będąc na Tak, zawiodła po całości. Witaj w nowym świecie – Jestem na NIE. Nie na wszystko. Nie dla Nie. Bezsens jak od niedawna Ja.
Do dziś czyli 15 Maja 2016 miałem za sobą dwa półmaratony i dwa maratony. Moje doświadczenie na połówkach jest ubogie. Dodam w ramach rzetelnego sprawozdania, że jeden z przebiegniętych półmaratonów był ciekawostką niż profesjonalną imprezą. Przygotowywałem się najlepiej jak potrafiłem - kilometry, szybkość i różnorodność. Pytałem siebie w duchu - Czy aby nie zbagatelizowałeś dystansu? W tym wypadku odpowiedzi czekała na „ostatniej prostej”. Nie samym biegiem biegacz żyje. To był iście biegowy weekend w Białymstoku. A zaczęło się od sobotniego biegu śniadaniowego.

Przed pałacem Branickich gromadzą się biegacze. Zachęceni różnymi względami (kulinarne, architektoniczne lub towarzyskie) uczestnicy zgromadzili się licznie z samego rana. Już w drodze na event zostałem zaczepiony przez innego biegacza. Wrzuciliśmy tempo konwersacyjne i pobiegliśmy w centrum zamieszania. Białystok okazał się mniejszy niż myślałem. Spotkaliśmy wspólnego znajomego, który wytłumaczył skąd powinniśmy się już znać. Oczywiście z biegania, bo to ja zastąpiłem Nowo-poznanego w zeszło rocznym Ekidenie. Znajomych twarzy było znacznie więcej, człowiek zaczyna truchtać między grupkami osób, aby się przywitać i zamienić kilka słów - właśnie tak wyobrażam sobie dobra rozgrzewkę. Oprócz nieoficjalnej rozgrzewki była zaplanowana i poprowadzona przez Mistrzynię – Wandę Panfil. Pani Wanda była bardzo ważnym, jak nie najważniejszym gościem podczas tegorocznej edycji Białystok Półmaraton. Brała udział w panelu dyskusyjny z zainteresowanymi, w konferencji prasowej dla mediów oraz w biegu towarzysząc zawodowcom i amatorom. Rozgrzani wybiegliśmy na ulicę i przypomnieliśmy mieszkańcom Białegostoku jak silną grupą jesteśmy. Co do przypuszczalnej ilości uczestników biegu śniadaniowego – nie wypowiem się. Robiliśmy wrażenie ale cyfry zostawię innym, nie chciałbym pomyłek po niedawnej i szeroko komentowanej w mediach „wtopie politycznej”. Zostawiając bierne umysły, a wracając do aktywności fizycznej – finisz biegu zakotwiczył o stadion miejski. Muszę przyznać, że to były moje pierwsze odwietki na tym obiekcie. Bardzo fajnie pomyślane, aby dla przyjezdnych biegaczy i mieszkańców, pokazać się z innej strony - na tle murawy Białostockiego obiektu. Pod stadionem czekały autobusy miejskie, choć znalazło się więcej nadpobudliwych biegaczy jak ja, chcących wrócić pół truchtem do centrum dowodzenia. Ta niespożyta energia wzięła się z zapewnionych nam przez organizatora kanapek, których swoją drogą było w nadmiarze. Nie lubię się powtarzać, ale można było policzyć uczestników dzięki zjedzonym kanapkom, jednak szacunki były by błędne ponieważ ja sam zjadłem trzy sztuki (tylko Ani mru mru). W kolejce po odbiór pakietu i koszulki zastanawiałem się jaką taktykę obrać na niedzielny bieg. Ciągle słyszałem podszepty, aby ustawić się bliżej elity i polecieć na emocjach innych. Dialog w głowie wygrała ta część mnie, która wygłosiła merytoryczne kazanie. Kto by pomyślał, że zacznę słuchać racjonalnego „Ja” - wybrałem tempo na złamanie 1:35:00.
Popołudniu tego samego dnia miała się odbyć rozmowa z zaproszonymi gośćmi. Skorzystałem z powstałej luki po biegu śniadaniowym i zdrzemnąłem się w środku dnia. Zapomniałem pojęcia drzemka i smacznie spałem do 15:30, czyli w punkt otwarcia panelu dyskusyjnego. Nie wiem ile straciłem z rozmowy z Panią Wandą, wiem natomiast, że pojawiłem się najszybciej jak mogłem i wysłuchałem do końca co ma do powiedzenia. Bogate doświadczenie mistrzyni przyciągnęło do sali konferencyjnej wielu słuchaczy. Słuchaliśmy z zapartym tchem jak zmieniło się bieganie z otoczką w przeciągu minionych lat. Jak łatwo w dzisiejszych czasach o sponsora czy dostęp do „nowych technologi” wspomagające biegacza. Cała branża zrobiła krok naprzód, jest otwarta na wszystkich, którzy zechcą się ruszyć. Rekord Pani Wandy jest wyjątkowy, do dnia dzisiejszego nie znalazła się druga taka osoba na świecie, która wygrała 3 wielkie maratony rozrzucone po całym świecie. Zdrowie, spokój i rodzina jest dziś najważniejsza i tego samego życzy młodszym biegaczom. Ton wypowiedzi jakich udzielała Pani Wanda był bardzo wysublimowany, pełen emanującego spokoju, zaryzykuje stwierdzenie, że hipnotyczny. Nie chciałbym jednak przyozdabiać wszystkimi medali na jednej szyi, kolejni goście byli fantastycznym źródłem informacji i ciekawych opinii. Zaproszono Izabela Trzaskalska, Artur Kern, Piotr Cypryański i Edwin Zasad, a dyskusję prowadził Mateusz Jasiński. Wśród poruszonych zagadnień nie zabrakło grząskich tematów. Wkładu amatorów na rzecz biegów masowych, celowości wręczania medali każdemu uczestnikowi, przekształcenie pakietu startowego w worek na śmieci oraz akcjom charytatywnym w jakie można się włączyć podczas imprez biegowych. Warto rozwinąć wątek pomagania innym. Akcje charytatywne towarzyszą biegaczom podczas każdej imprezy. Białystok odwiedzili spartanie, grupa kilkunastu osób w strojach legendarnych wojowników, pokonują dystans i zbierają pieniądze dla lokalnych dzieci, a ich podopieczną stała się Julka. Można było wspomóc finansowo Kubę zapisując się u sponsora tytularnego biegu. Wiele razy obserwowałem plecy biegaczy przede mną, posiadali przymocowane kartki z napisem - „Biegnę dla ...” Wszystko na dużą skalę i założę się, że z efektami. W tym wszystkim pamiętałem o jednej osobie, od dawna chodziło mi to po głowie, aby pokazać moje wsparcie podczas biegu. Chciałem pobiec dla koleżanki, która ciężko pracowała podczas naszej imprezy, ale przede wszystkim dla tego, że to co się jej należało ominęło ją o włos. Przygotowania do bicia własnych ograniczeń i debiut na tym dystansie miał być przyjemnością i wspomnieniami na lata, a skończyło się na strachu o zdrowie, zamartwianiu się rodziny i znajomych. Magda jest bezinteresownym Aniołem, czas, aby dostała coś nadprogramowego, trochę błahego (dla niektórych głupiego) ale ze szczerego serca, wszystko o co walczyłem tego dnia – moją życiówkę.

Poranek był wystarczająco długi na przygotowania. Na śniadanie nic wyszukanego - jogurt i dwa banany to standardowy set przed każdym biegiem. Po wykąpaniu się założyłem na siebie pierwszy element image. Niebieskie logo fundacji przykleiłem na prawym policzku, tak samo jak w zeszłorocznym Top Auto. Nowe przewiewne spodenki zastąpiły obcisłe galoty, które zabierałem na każdy trening. Koszulka techniczna z pakietu startowego uzupełniona o numer startowy i informacją kogo wspieram. Zaciągnąłem skarpetki do połowy łydek i stanąłem naprzeciw moich legendarnych już butów. Przyglądałem się im z salonu, stały odwrócone do mnie noskami, wyglądaliśmy jak dwóch rewolwerowców na dzikim zachodzie. Nie było czasu czekać do południa i rozstrzygnąć nasz spór. Jeszcze raz musiałem założyć zasłużone w bojach rakiety. Dostałem pozwolenie na start, wyszedłem z domu po 9 i nie było już możliwości zawrócenia (to zawsze brzmi tak dramatycznie w książkach znanych autorów lub chwilę przed sceną walki w filmach akcji). Rozgrzewałem się na pasie zlokalizowanym po lewej stronie od rozrastającego się tłumu. Zacząłem się zbliżać do stref na chwilę przed honorowym startem. Wydawało się, że stoję blisko swojego Peacmakera, że gdy ruszymy po wystrzale będę w sąsiedztwie. Czekam z niecierpliwością, spoglądam w niebo szukając sił, a następnie spuszczam wzrok ku ziemi i widzę swoje buty, czułem jak nadzieja zachwiała się na nogach. Wystartowaliśmy wraz z wystrzałem, trzymałem się blisko, więc różnica brutto/netto będzie sekundowa. Start główny ulokowano przed bramą pałacu, w otoczeniu wielu kibiców, którzy nie szczędzili gardeł. Podziwiam cały ten rozmach, a Peacmakera już nie ma. Jakby to powiedział waleczny wojownik z afrykańskiego plemienia -Dzida. Przebijając się przez tłum goniłbym grupę 1:35 bite dwa kilometry. Szkoda sił. Okazja nadarzyła się przy wyprzedzaniu Spartana, zrobili tunel między formacją wojowników, a kibicami za barierką, zagrożeniem były włócznie sterczące w stronę powstałej luki. Za wiele filmów w swoim życiu obejrzałem, wiedziałem, że to tylko realistycznie wyglądające rekwizyty (ale strach był). Przykleiłem się do grupy, która wybrała ten sam czas ukończenia połówki. Biegliśmy w dobrym tempie. Chowałem się za plecami innych zawodników i czekałem swojej szansy. Miała nadejść po wbiegnięciu na ulicę Świętojańską. Podbieg okazał się łatwiejszy bo i zaczęliśmy się wspinać od połowy ulicy. Byłem przygotowany i ustawiony obok Peacmakera. Zbliżaliśmy się właśnie do punktu odżywczego. To co nastąpiło przy stołach z kubeczkami wody to mały dramat dla jednego uczestnika. Niestety ja się do tego przyczyniłem. Chciałem się zmieścić w luce między zawodnikami, aby dostać się bliżej wolontariuszy z woda. Chciałem i widziałem to w głowie, to zawsze jest ryzyko zahaczenia kogoś i tak też się stało, bezmyślność zebrała swoje żniwo. Zawodnik został trącony przez moją nogę. Nie doszło do wywrotki, ale potrzebował się zatrzymać, a to wszystko działo się w tłumie biegnących ludzi. Moje przeprosiny nie zdały się na nic, niesiony adrenaliną i wściekły zdarzeniem, bezimienny zawodnik kazał mi biec dalej. Żadne słowa nie wyleczą możliwej kontuzji, nie poprawią zepsutego rezultatu na mecie czy straconego czasu na przygotowania do imprezy. Jestem zagrożeniem biegnąc w grupie dlatego po wypiciu wody poleciałem szybciej. Na pierwszych dwóch kilometrach solo oddaliłem się na 150 metrów od Zająca. Jeśli przed biegiem myślałem, że jestem w stanie nadrobić pięciominutową stratę to byłem w grubym błędzie – to nie był ten dzień. Już nie było ludzkiej ściany, za którą wiatr nie straszny. Sporą część trasy trzeba było przepchać do przodu, to mocno wyczerpało moje zasoby energii. Niestety na trasie nie doszukałem się bananów, a izotonik rozdawano na drugim i czwartym punkcie odżywczym. Nie miałem siły i to był główny powód spadku tempa. I tak od 16 kilometra biegłem zrezygnowany. Dobiegałem właśnie do ostatniego podbiegu na solidarności. Kluczowe miejsce dla mnie, ponieważ w tamtym roku podczas debiutu dogoniłem tutaj zająca na 1:45:00. Minął rok, a zaraz za nim minął mnie Peacmaker. (Przypadek? Nie sądzę)Długa prosta po kostce brukowej kończyła moje zmagania. Wmawiałem sobie, że jeszcze na ostatnich metrach podkręcę tempo. Balonik przestał się oddalać. Słychać było tłum kibiców, przypomniałem sobie o Magdzie i nie chciałem jej zawieść. Rzuciłem się do przodu i łapałem wielkie hausty powietrza. Na zdjęciach wyglądam zabawnie biegnąc z szeroko otwartą buzią, więc na żywo musiałem być wręcz komiczny. Przebiegłem ostatnią matę skanująca czip umieszczony na numerze. Czas brutto był sukcesem. Kolejni zawodnicy wbiegali na metę, widać było uniesione ręce na znak tryumfu i rozpaczliwe próby łapania oddechu. Dla każdego była to wyjątkowa chwila. Przed udaniem się na zasłużony odpoczynek, nie mogłem odpuścić sobie dziennikarskiego śledztwa wśród znajomych. Fajnie było usłyszeć tyle radosnych zwierzeń, pomimo zmęczenia uśmiech nie schodził im z buzi. Brawo My.
Weekend dobiegł końca, a moje wspomnienia czekały na publikacje. Jedno to pisanie pod presją czasu, ale w ostatnich dniach nie było czasu na nic. Efekt jest taki, że finalny akapit powstał po 11 dniach od imprezy. Wspomnienia już nie są tak kolorowe, ale z całą pewnością kontury są grube i pozwalają wrócić do tamtych dni. Fundacja Białystok Biega postarała się, aby w tym roku czekało na zainteresowanych bieganiem kilka niespodzianek. Projekt medali przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, w tej materii nastąpił skok w przyszłość. Zastąpiono prostokątną „blachę” wypukłym wizerunkiem Nimfy Kallisto. I tak oto ruszyła seria medali prezentujących rzeźby z Ogrodów Branickich. Święto biegania odbyło się na moim rodzinnym terenie, energia miasta ładowała dodatkowe akumulatory. Czułem się wyróżniony należąc do tej ogromnej rodziny, stajemy się siłą, gdy łączymy naszą wspólną pasję. Taki styl życia wybraliśmy dla siebie - „Sory, taki mamy klimat”.
Nie planowałem startu na królewskim dystansie, nie zamierzałem nawet przyjeżdżać do Warszawy na zawody towarzyszące. Skorzystałem z okazji w ostatniej nadarzającej się chwili. Miałem na niedzielę stać się starszym bratem dla odważnej i zdeterminowanej koleżanki z biegowych treningów. Moja rola sprowadzała się do wsparcia mentalnego, podzielenia się własnym doświadczeniem z debiutu w maratonie oraz aktywnego uczestnictwa w tworzeniu filmu reklamowego. Zapomniał bym o jeszcze jednym, drobnym szczególe, bez którego nie byłoby tej recenzji – wziąłem udział w biegu głównym.
Wszystko zaczęło się we czwartek. Dostałem telefon, pakiet na Orlen Warsaw Marathon (OWM) szukał właściciela. Zgodziłem się. Moja zgoda pod wpływem emocji gryzła się z logiką, żadna nowość. W sprawozdaniu z 16 PKO Poznań Maraton pisałem, że przygotowanie jest ważne, aby maraton wspominać jako radosne przeżycie. Mam mieszane uczucia co do tej ostatniej wypowiedzi, zgadzam się z ogólnym przekazem, ale na własnej skórze odczułem, że wszystko jest możliwe. To moje spostrzeżenia dlatego mogą się różnić od przyjętych norm. Wracając do tematu. Oczekiwałem niedzieli z serduchem w złożonych dłoniach. Druciana szczotka zalegała mi w gardle od tygodni, na treningach zanosiłem się kaszlem tetryka u schyłku życia, którego pasją było codzienne wypalanie paczki cygar. Jeden z najważniejszych atrybutów dla biegacza są jego buty. Moje są powodem wstydu, żartów znajomych i braku amortyzacji. Są ze mną od startu sezonu w 2015 roku, biegałem w nich każdy możliwy dystans. W Poznaniu dawały się we znaki, czy i tym razem tak będzie? Przy wyborze żeli kierowałem się ekonomią i kupiłem opakowanie z czterema porcjami. Nie miałem okazji przetestować ich smaku i działania na mój organizm, na start ogromnej imprezy sportowej wybrałem kostium laboratoryjnego królika. Na tym kończę opisywać swoje przygotowania, nie bez powodu brakuje tu wzmianki o planach treningowych, wybieganiu, rozciąganiu itp. Tu jest Polska, tu się biega z formą, a tym bardziej bez niej!!
Tego magicznego dnia bezustannie porównywałem swoje doświadczenia z debiutu w Poznaniu do OWM. Na dobra sprawę brak podobieństw, nawet dystans, był odczuwalnie krótszy. Spałem krótko, ale efektywnie. Drzemka w pociągu do Warszawa to luksus na jaki nie było stać naszych rozbujanych emocji. Podróż minęła szybko, zabrakło nam czasu na rozstrzygnięcie dyskusji, za którym prowadzącym powinniśmy się ustawić. Stolica przywitała nas chłodem i pochmurnym obliczem. Ja najbardziej obawiałem się wiatru, mógł skutecznie wyeliminować mnie z dalszego biegu. Do walki z wiatrem przygotowałem komin, oręż zdobyty w Ekidenie z zeszłego roku, którym osłoniłem całą szyje i buzię. Poluzowałem wiązania w butach, miałem do wyboru – słabą stabilizację stopy w bucie albo ucisk sznurowadeł w zgięciu, tak jak to było na maratonie w Poznaniu. Ostatnią wprowadzoną modyfikacją, były słuchawki i muzyka z telefonu. Należę (po OWM mogę śmiało zmienić czas na przeszły) do wąskiego grona osób nie lubiących biegać z muzyką. Dodatkowy bagaż, pałętający się kabel, zerwanie połączenia z trasą, współzawodnikami i głosem z mojego ciała. Ciało jako pierwsze odczuwa skutki długiego dystansu, następna w kolejce jest głowa. A gdyby tak zagłuszyć dialog wewnętrzny, ile można siebie słuchać wciągu czterdziestu dwóch tysięcy stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów? Dla takiego amatora jak ja, słuchanie własnych myśli przez cztery godziny to przedsionek paranoi i schizofrenii. A więc muzyka musiała zagościć w mojej wyprawce. Te trzy przemyślane przedsięwzięcia (brzmi górnolotnie) okazały się insygniami sukcesu.
Nie posiadam dramatycznych wspomnień z trasy. I tu mam największy problem z pisaniem tego sprawozdania. Z przymusu wrócę do Poznania. Na trasie co pięć kilometrów czekał mnie szwedzki stołu. Na Orlenie dostawałem banany, w kawałkach, połówkach i całe. Wyciskany żel były na deser, o smaku „monotonii stołowej”(błagam nie pytajcie). Ostatnich pięć kilometrów biegłem, jakbym startował na krótszym dystansie. To był najpiękniejszy finisz w moim życiu, pozwolił mi porządnie rozładować akumulatory. Wypocić nagromadzone nerwy i utwierdzić się w pewności, że można więcej, zawsze. Podkręciłem tempo o całą minutę, bieg nabrał innego wymiaru. Oddech sam się wyrównał, sylwetka wyprostowana z efektowną praca rąk i nóg. Gdzie się podział Zombie, który wbiegał na metę w Poznaniu? Zgarbiony z rękami dociśniętymi do klatki piersiowej, ciągnący za sobą nogi jakby były z ołowiu, ze skurczem w prawym udzie i łzami w oczach. To wszystko musiało dać efekt – 4:05:15. Szybkość, siła i odwaga – hasła z plakatów na 16 PKO Poznań Maratonie stały się faktem na Orlen Warsaw Marathon.

Słuchałem ostatnio płyty polskiego rapera – Zeusa. Na jego najnowszym albumie znajduje się wymowna piosenka. Utwór „Zgłupiej” jest artystycznie dopracowany ale uzupełnieniem przekazu okazał się teledysk. Zeus przejrzał na oczy lub idąc tropem teledysku – znalazł okulary ze specjalnym filtrem. Nie jest to pomysł oryginalny, zaczerpnięto go z filmu „They Live”. Bohater filmu wpada na trop tajemniczej organizacji. Ciekawość popycha go do szpiegowania nocami jak mu się z początku wydaje – Sekty. Dowiaduje się, że potajemnie w murach kaplicy grupa podejrzanych osób prowadzi dystrybucję okularów przeciwsłonecznych. Przypadek sprawia, że jedna para trafia do jego rąk. Zakładając okulary odkrywa otaczający go świat na nowo. Filtr w okularach blokuje kłamstwa jakimi społeczeństwo zostało zmanipulowane przez obcych.
To co istotne filmowo zostało motywem przewodnim w videoclipie polskiego rapera. Powinno dać nam to do myślenia. Otaczający nas świat przypomina pole bitwy, z każdej strony jesteśmy bombardowani informacjami. Naszym orężem jest zdrowy rozsądek, lecz nie używany popada w zapomnienie. Armaty są ustawione lufami w stronę naszych oczu. Oczy tak podatne ze wszystkich zmysłów, są pierwszym gwoździem do trumny. Prawda został przysłonięta nowymi „ideałami”, szczęście odnajdujemy w niewolnictwie. Warto się zapoznać z obiema pozycjami dla szerszej świadomości.
Miałem dziś w nocy bardzo dziwny sen - takimi słowami zaczyna się opis naszych najlepszych nocnych przeżyć. Realistyczny sen z wrogim przesłaniem. Skoro już uzyskałem waszą uwagę przejdę do konkretów. Nie wybierałem miejsca akcji, a przynajmniej nieświadomie. McDonald przy Dworcu PKS oraz chaszcze położone tuż za restauracją. Skoro już jestem po przedstawieniu najzabawniejszego elementu mojego sennego przekazu, dodam bohaterów i przedstawię wydarzenia.
Temat jest bardzo aktualny, bo dotyczy imigrantów. Parking przy „Macu” zmienił się w obozowisko.Namioty turystyczne pozszywano ze sobą w konstrukcję przypominającą bazy na Marsie lub laboratoria polowe. Pod kolorowym materiałem dostrzegłem ruch, osoby wewnątrz przemieszczały się między namiotami dzięki tunelom. Najbardziej napawało mnie przerażeniem, że nie wiadomo było ilu ich tam naprawdę jest. Od po prostu pojawili się jednego dnia i nikt nie wiem z jak liczebną grupą mamy do czynienia. Coś mnie popchnęło, aby sprawdzić teren w okolicy. W przyległych krzakach pełno było czarnych worków na śmieci, a każdy wypełniony po brzegi. Worki były całe, nic się nie walało obok nich. Jasne było, że to odpadki imigrantów. Sam bałem się sprawdzić co jest w środku, a żaden bezpański pies nie krążył w okolicy. Nadal jest to dla mnie tajemnicą, co skrywały te worki. Jedyne o czym wtedy myślałem, to poinformować o tym pracowników w restauracji. Dostałem się do środka tylnymi drzwiami. W pomieszczeniu socjalnym gromadzili się ludzie, a ja zacząłem żywiołowo przemawiać. Chciałem coś zrobić z ta całą sytuacji. Taki stan rzeczy nie mógł się utrzymywać nawet dzień dłużej. Pracownicy mnie poparli, ale zanim przeszliśmy do rozwiązań, ujrzałem dwóch mężczyzn stojący przy szklanych drzwiach. Wyszedłem do nich zostawiając za sobą przerażonych pracowników. Byłem przeświadczony, że Imigranci wyczuli spisek choć nie rozumieli żadnego słowa z naszych ust. W języku angielskim przedstawiłem im swoje zastrzeżenia. Mężczyźni przybrali poważne miny i przerwali mi w pół słowa. Jeden z mężczyzn podniósł rękę, w której trzymał pistolet w kaburze, a drugi pokazując na broń zapytał mnie w idealnej polszczyźnie - „Rozumiesz to? Rozumiałem, to nie była ich spluwa tylko jakiegoś policjanta. Byli wyrachowani i bezczelni. Chciałem się zbuntować, ale następne słowa ugrzęzły mi w gardle. Próbowałem przełknąć ślinę, ale zacząłem się dusić. Ostatnie co pamiętam to pokój, z której wyszedłem widziana przez szklane drzwi. Był pełny imigrantów, pozastępowali miejsca pracowników lub ich porwali. Wszystko działo się tak szybko, iż nie umiem stwierdzić co się stało.
Z tego snu mogę wyciągnąć wiele wniosków, ale żaden nie jest pozytywny. Dla przełamania tego wisielczego humor dodam – brońmy się w wojnie dwóch potęg, symbolem zachodu jest McDonald, a wschód reprezentuje fala uchodźców. Pytam się - Kto pierwszy nas zeżre?

Oglądałem ostatnio filmik z czołowego zderzenia dwóch aut. Internet pełen jest takich materiałów, wszystko dzięki kamerce umieszczonej na przedniej szybie. Kierowcy rejestrują wydarzenia na drodze i umieszczają je w sieci dla przestrogi lub śmiechu. Częściej jednak wolą się zabezpieczyć na wypadek dwuznacznej sytuacji. Komentarz pod amatorskim nagraniem przypomniał mi o jednym z odcinków „Extreme Makeover Home Edition”.W każdym odcinku Domu nie do poznania, wybierana jest rodzina, która zmaga się z problemami lub doświadczyła nieszczęścia. Zawsze jednak widać w ludziach poczucie obowiązku, nie rzucają oskarżeniami tylko swój wewnętrzny ból lokują w pomoc innym. Przypomniało mi się małżeństwo, które straciło córkę w wyniku wypadku drogowego. Kierowca pisał SMSa podczas prowadzenia auta, zagapił się na telefon komórkowy i spowodował zderzenie z samochodem prowadzony przez nastolatkę. Rodzice dziewczyny przeżyli dramat, ale zamiast poddać się rozpaczy ruszyli z akcja informacyjną. Chcieli oszczędzić innym tragedii jaką oni sami przeżyli. Wpadli na prosty sposób. Noszenie kolorowego sygnetu na prawym kciuku ma przypominać kierowcom o nie pisaniu podczas jazdy samochodem. Gdy wezmą telefon do reki, mimowolnie zerkną na palec, którym zwykle piszą wiadomości tekstowe. Podczas kręcenia programu małżeństwo miało okazje nagłośnić problem. Lokalny przekaz dotarł do najdalszych zakątków Stanów Zjednoczonych. A wszystko to, aby przez pomoc innym pożegnać się z Córką.
Minął dzień po wizycie duszpasterza. W tym roku odwiedził nas proboszcz parafii. Wyszedłem z domu na kilka godzin aby uniknąć spotkania. Nie chciałem brać udziału w teatrzyku dla niego przygotowanym. Kilka razy w moim życiu udało się nakłonić księdza aby zaczął kolędowanie od górnych pięter. W tym roku jak wiele razy wcześniej, pojawił się późno, na tyle abym zdążył na jego wizytą. Odpowiedzią na pytanie dlaczego chciałem go uniknąć, niech będzie krótka historia tego co się wydarzyło 9 stycznia.
Mieszkam na ostatnim piętrze i idąc po numerach mieszkań jestem ostatnią gospodą dla strudzonego wędrowca. To sprawia, że duchowny poświęca nam więcej czasu, nie licząc się z tym, ile oczekiwania kosztowało to domowników. Rozluźniłem się w fotelu i czekałem, aż żwawym krokiem wkroczy w nasze skromne progi. Wtedy myślałem, że moim jedynym zmartwieniem będzie odprowadzenie księdza z wypchanym mieszkiem pod bramę kościoła. Nie doceniłem swojego przyszłego rozmówcy. Techniki jakimi się posługiwał ocierały się o moce specjalne rycerzy Jedi. To nie tylko ciekawe porównanie ale najprawdziwsza prawda! Przerywał moje wypowiedzi przesuwając dłonią w powietrzu na wysokości twarzy. O mały włos bym przegapił ten drobny gest ale powtórzył się jeszcze kilka razy tamtego wieczoru. Przejdę jednak do konkretów.
Po odprawieniu formalności usiedliśmy. Proboszcz zajrzał w swój kajet i zwrócił się do mnie. Dysponował informacjami o mnie – ostatnia wizyta w kościele i spowiedź. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Wyobraziłem sobie jak po ciemnych lochach spaceruje zakapturzony mnich z pochodnią. Postać zatrzymuje się przed ceglaną ścianą. Dłonią przesuwa po szorstkiej powierzchni w poszukiwaniu luźnego elementu. Udaje mu się odszukać włącznik. Ściana zapada się odkrywając zapomniane archiwum. Sala pełna jest regałów wypełnionych teczkami. Mnich podchodzi do półek z literką „D”. Akta, po które przyszedł leżą na wierzchu. Schowawszy pod pazuchę teczkę wychodzi z pomieszczenia. Mnich znika w mroku, a ściana do archiwum pełnego tajemnic wyrasta spod ziemi.
Całe szczęście ta wizja nie trwała zbyt długo. Wróciłem do rzeczywistości. A rzeczywistość bywa brutalna. Pytaniom nie było końca. Moje odpowiedzi nie satysfakcjonowały sędziego, łagodnie mówiąc. „Moje subiektywne zdanie jest błędne w obliczu obiektywizmu ogółu” - ten fantastyczny cytat to gwałt na walce z szufladkowaniem, prawem do indywidualizmu, wyjściem z szablonowego myślenia i dostrzeżeniem Matrixa. Wartości, które pomogły mi i nadal pomagają. Nie mogłem udzielić poprawnych odpowiedzi bo pytania były tak formułowane, abym wyrażając prawdę własnego sumienia czuł się winny. Klecha osiągną swój zamiar. Przez ostatnie dwa lata czytałem sporo literatury psychologicznej ale nie spodziewałem się doświadczyć tak skutecznej lekcji NLP. Czułem się źle jak obywatel gorszego sortu. W ustach księdza moje życie było nic nie warte. Choć jego wiedza była powierzchowna, nie przeszkadzało mu to w krytykowaniu moich marzeń. Wracam myślami do mnicha.
Wielki inkwizytor otrzymuje moją teczkę. Dostaje pseudonim – heretyk. Moje ciało zostanie spalone na stosie. Jedyne co może mnie ocalić to kłamstwo, przyznanie „im” racji. Jednak to byłby grzech wobec prawdy. Ten sam mnich układa polanka na dziedzińcu szarego miasta. Zapada noc a wokół gromadzą się ludzie. Heretyk zostaje przywiązany do słupa. Inkwizytor wygłasza mowę końcową. Ktoś wyrwał się z tłumu i biegnie do znękanej duszy. W oczach zapala się iskierka nadziei. Przeradza się w blask pochodni, która ląduje pod nogami ofiary. Tłum gapiów grzeje ręce. Nadzieja umarła.
Metody się zmieniły, można wywołać poczucie winny tak straszne, aż popycha do samobójstwa. Najpotężniejszym orężem są słowa, pozostawiają niezauważalne rany. Całe szczęście kolęda jest raz w roku. Tak jak Buka pojawia się i znika. Rozsiewa strach i mrozić krew w żyłach. I na sam koniec, warto się zastanowić czy nie kieruje nami strach?
Postanowienia noworoczne zostały spełnione w większości. To czego nie udało się wykonać usprawiedliwiam skalą dokonań pozostałej części. Ambicje przerosły założenia. Z jednego pudła puzzli zrobiły się dwa, odwiedziłem cztery państwa choć na swój pierwszy wyjazd za granicę planowałem podróż do stolicy Czech, a próby przebiegnięcia półmaratonu zakończyła się pokonaniem królewskiego dystansu 42 kilometrów. Kolejny rok z rzędu obfitował w ciekawe wydarzenia. 2014 wcale nie był przypadkiem, to wypracowane szczęście składające się z dziesiątek wspaniałych chwil. Obawiałem się ograniczeń wynikających z braku zatrudnienia. Nic takiego nie miało miejsca. Czas okazał się wartością cenniejszą niż pieniądz.
Rozwinąłem się sportowo – biegam więcej i lepiej. Z imprezy na imprezę poprawiam wyniki. Granice, których nie znałem jeszcze rok temu, dziś są za mną. Zostałem maratończykiem. Pokonałem siebie nie dzięki sile lecz wytrwałości. Praca, praca i jeszcze raz dyscyplina. Biegałem po Polsce (Warszawa, Poznań i Szklarska Poręba) oraz za granicą (wzdłuż Chorwackiego wybrzeża i po Austriackich górach). Poznałem fantastycznych ludzi na treningach organizowanych prze Fundację Białystok Biega. Już po kilu tygodniach awansowali do rangi rodziny biegowej. Gdy nie biegałem to jeździłem na miejskim rowerze. Na koniec sezonu miałem 390 wypożyczeń „Bikera”. Jestem fanem numerem jeden zastępczej komunikacji w mieście. Brakuje mi tylko tytułu króla wypożyczeń..
W lutym zabrałem się za remont łazienki a na wakacje ostatnim pomieszczeniem – kuchnią. Wszystko szło gładko, byłem bliski ukończenia, gdy cała elektryka w mieszkaniu padła. Prace remontowe rozpoczyna się od wymiana przewodów elektrycznych, ja kończyłem na tym. Ponad miesiąc potwornego burdelu w mieszkaniu oraz przeciwności losu nadszarpnęły moje, i tak napięte nerwy. Zamknąłem tą sprawę wraz z końcem roku.
Podróże kształcą. Miło wspominam każdy wyjazd. Na dobry początek seminarium Amway w Trokach na Litwie. Potem przyszła kolej na czeską Pragę. Spełniłem to marzenie. Zasmakowałem przygody wyruszając w pojedynkę do obcego Kraju bez przygotowania. Na samo wspomnienie podskakuje w fotelu. Poczuć strach i ryzyko każdej decyzji. „Niewiadoma” jest słodką truskawką zerwaną z babcinego ogródka. Cztery cudowne dni wypełnione wrażeniami, pozwoliły mi odkryć siebie. Pod koniec wakacji zdecydowałem się pojechać na wycieczkę z młodzieżą. O atrakcje w Austrii i Chorwacji dbało biuro podróży i dyrektor liceum, z którego byli uczniowie. Takich wakacji potrzebowałem.
W rodzinnym mieście zajmowałem się pisaniem i uzupełnianiem strony internetowej. Powoli rozkręcam się w pisaniu. Z pomocą przyszły warsztaty dziennikarskie na festiwalu „Żubroofka” i ich prowadzący – Jakub Socha. Owoce tej nauki zbiorę w nadchodzącym roku. Uczęszczałem na turnieje Hearthstone, gry karcianej, którą traktuje hobbystycznie. Podczas spotkań organizowanych w Exp Barze nieoczekiwanie poznałem nowych przyjaciół. Okazało się, że jest miejsce w moim życiu na nowe znajomości. Brałem udział w szkoleniach organizowanych przez Wojewódzki Urząd Pracy. Dotyczyły pracy w Holandii i Norwegii, walki ze stresem i zakładania własnej firmy. Każde źródło wiedzy jest cenne. Korzystałem z życia. Z nowym rokiem rozpocznie się dla mnie kolejny, wielowątkowy rozdział.
No i stało się - liczba 2000 została złamana, a filmem, który przekroczył magiczną linię jest.... Nie pamiętam pobudek jakimi kierowałem się przy katalogowaniu pierwszych filmowych wspomnień, ale cieszę się, że nadal to kontynuuję. Ponad siedem lat upłynęło, od kiedy wpadłem na ten pomysł. Stworzyłem własną bazę filmową. Następnym krokiem jest rozbudowanie tych wspomnień o kilka zdań interpretacji.
Tegoroczny festiwal przejdzie do historii. Zapisałem się na warsztaty dziennikarski i spędziłem ten czas aktywnie. Oprócz oglądania zestawów filmów krótkometrażowych, pisałem recenzje filmowe. Pięcioosobowe warsztaty prowadził Jakub Socha – absolwent filmoznawstwa na UAM, krytyk filmowy i kierownik działu filmowego w dwutygodnik.com. Jego podejście do pracy, doświadczenie w pisaniu i charyzma, zaimponowały mi. Podczas naszych codziennych spotkań redagowaliśmy nasze świeże teksty. Pracowaliśmy pod presją czasu. Na następny dzień musieliśmy przygotować recenzję filmu z festiwalu. Dzień wyglądał mniej więcej tak: pobudka z rana i praca nad tekstem, popołudniowa wycieczka do kina na festiwal i warsztaty, powrót do domu późnym wieczorem i zrobienie notatek na następny dzień. W trakcie zajęć nasłuchałem się wielu uwag odnośnie moich prac czy pisania, za wszystkie bardzo - Dziękuję!! Piszę z fantazją, ale popełniam wiele błędów. Dowiedziałem się jakie mam słabe strony i mogę nad nimi popracować w domu. To była ważna lekcja na przyszłość. Gala kończąca festiwal przypadła na Mikołajki. Na sali kinowej w „Forum” zebrali się wszyscy zainteresowani. Ogłoszono wyniki i rozdano dyplomy, również za warsztaty. Miałem przyjemność odebrać na scenie dyplom od Jakuba. To były ważna dni w mojej karierze. Artykuł i obie recenzje można już przeczytać na mojej stronie.

Matrix to system, który więzi nasze umysły. To nie tylko film, ale obraz naszego życia na tle matematycznych wzorów – Schematów myślowych. Jesteśmy podporządkowani zasadom, doktrynom, tradycjom kulturowym, kanonom postępowania i normom społecznym. Tak wiele w naszym życiu, myśli i reakcji jest zaprogramowanych. Boimy się tego co nowe, podążamy po wydeptanej ścieżce Dom-Praca-Dom. Jak w marszu młotków stolarskich w teledysku do piosenki Pink Floyd. Tak wygląda Matrix w rzeczywistym świecie (tym, który znamy) – budujemy ścianę, która zwija się w rulon jak kartka papieru, ale czy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w potrzasku? Dla poczucia prawdziwej wolności nie wystarczy dostrzec otaczający nas mur, ale znaleźć sposób, aby go pokonać. Podstawowym problem nie jest jak się nauczyć, ale jak się oduczyć.
W świecie braci Wachowskich winnymi tej sytuacji są maszyny, a pośrednio my sami. Matrix stał się rozwiązaniem – hodowla zamiast eksterminacji. Organiczne źródło energii, reproduktywne baterie „żyjące” w błogiej niewiedzy. O takiej elektrowni nie śnili futurologowie. Morfeusz pokazuję Neo w jakich warunkach przychodzimy na świat – w kajdanach. Nekropolia porośnięta budynkami przypominającymi kolby kukurydzy, a zamiast złotych ziaren - trumny wypełnione różowym śluzem, w której ludzkość zapadła w wieczny sen. Humanitarny obóz zagłady.
Zmieńmy tło - W miejskiej dżungli pełnej betonowych lasów, życie toczy się jak zwykle. Biedni pracują na klasę średnią, a oni na Bogaczy. Poświęcamy się dla wyższych celów, dla dobra ogółu. Na coraz więcej rzeczy nie mamy wpływu, bezradnie spoglądamy jak zmienia się świat. Próbujemy nadążyć za „narzuconymi” zmianami, ale to ruchome piaski, w których ugrzęźliśmy. Zaspakajamy doczesne potrzeby, myślimy o wygodzie dziś, nie jutro. Chcemy czy nie, każdy z nas należy do jakiejś grupy: pochodzimy z tego samego miasta, trenujemy tę samą dyscyplinę sportową, pracujemy w tej samej firmie. Anomalia społeczna, jest tłamszony przez tłum wyznawców jedno-liniowości, wyręczają „Agentów” w oczyszczaniu ulic z Indywidualistów. Masz odmienne zdanie, ale boisz się odezwać? Matrix is real!
Jestem po przeczytaniu książki Łowca Snów Stephena Kinga. Naszła mnie wielka ochota, aby obejrzeć film, ponieważ zakończenie w książce wcale nie przypominało tego co pamiętałem z seansu. Musiałem skonfrontować różnicę na świeżo. Wizja reżysera była nieco inna, do czego ma prawo. Jestem w stanie zrozumieć pominięcie efektów ubocznych po Ripley, wywołujących telepatię. Sam zastanawiałem się jak można to dobrze wykorzystać w filmie i nic sensownego mi do głowy nie przyszło. Filmowe tempo zdarzeń musiałoby zostać opóźnione o kilka dodatkowych scen wyjaśnienia. W książce to miało spore znaczenia ale z racji przedstawiania tego w formie obrazu można było użyć substytutów, jak np.: nadajnik w pistolecie (nie takie szczegóły budują jakość filmu – niestety). Po przeczytaniu całości stwierdzam uroczyście, iż część z pościgiem, którą czytało się miejscami opornie, była najlepsza. Za to prawdziwe oblicze Duddits'a jako wroga Szarych to wkład Kasdana, o którym myślę jako scenie pamiętliwej. To zakończenie, aż się prosi o FAQ. Jednak zamiast korzystać z gotowych wyjaśnień, czy szperać na forach za interpretacjami użytkowników, warto samemu użyć wyobraźni. Do czego gorąco zachęcam. Zapewne padnie pytanie – Mam się zastanawiać nad zakończeniem po obejrzeniu filmu?Trzy razy na TAK!!! Zapewne jest wam znana zasada potrójnego „Z” ze studiów. - Zakuć, Zdać, Zapomnieć. Wydaje mi się, że nazbyt podobnie podchodzimy do filmów: dyskutujemy przed seansem, oglądamy film a na koniec odhaczamy z listy. Przyzwyczailiśmy się, iż z końcowymi napisami poznajemy wszystkie odpowiedzi. To zaniedbywanie wyobraźni. Idea powinna wychodzić z sali kinowej, przesłanie schowane za wielowątkowością prosi się o odszukanie, a „c.d.n.” to zaproszenie do pisania fabuły. Jednym z kryteriów jakości jest dla mnie zabranie ze sobą wielkiego znaku zapytania wychodząc z kina. Chcę rozwiązywać tajemnicy ukryte przede mną przez reżysera, tworzyć w miejscu, w którym autor zostawił ewidentną lukę. Dlatego tak cenię niestandardowe filmy, mogą odbiegać od powieści, na której bazują lub być zwyczajnie niezrozumiałe na pierwszym seansie. Nadal składam do kupy swoje wrażenia po Łowcy Snów – czuję się złapany w pajęczą sieć. Każda próba zrozumienia obrazu zbliża mnie i oddala jednocześnie. Moja wyobraźnia odkrywa go na nowo...
Czas najwyższy przygotowywać się do nadchodzącego roku. Moim celem numer jeden będzie pisanie C O D Z I E N N E .Dlatego też odstawiam niektóre ze swoich "odciagaczy uwagi". Tak wiele rzeczy jest wartych opisania, ubarwiania i wymyślenia, iż czas odmierza od lat. Myślę nad rozbudową recenzji filmowych o filmy. Trudno mi powiedzieć czy będę zamieszczał filmy na stronię czy poprzez YT. Ten pomysł wymaga zastanowienie i ogarnięcia, więc z czasem będę aktualizował swoje przemyślenia na ten temat. Sytuacji na obecną chwilę prezentuje się następująco: mam mnóstwo czasu, który raz przytłacza, a innym razem rozleniwia. Treningi biegania uczą dyscypliny tak potrzebnej w wielu dziedzinach. Jednak okres roztrenowania może poluzowac pas wytrwałości. Króciutko - "Free Imagination" jak jeden z utworów produkcji Kalwi&Remi.
Podczas wyjazdu biegowego do Szklarskiej Poręby nasłuchałem się historii uczestników maratonów. Słuchałem z zapartym tchem jak przemawiają z niezwykłą pasją. Chciałem włączyć się do rozmowy, ale z moim doświadczeniem brakowało mi punktu odniesienia. Jeśli nie spróbuje to nie zrozumiem tego fenomenu - Pomyślałem. Kolejnym krokiem było ogłoszenie naszej biegowej rodzinie mojego zamiaru – Startu w Maratonie. Wartki strumieniem spłyneły na mnie porady przed moim pierwszym tak długim biegiem. Zbliżała się ważna impreza w Białymstoku dlatego zdecydowałem się na Maraton w Poznaniu. Miałem się przogotować ale co ja o tym wiedziałem? Biegałem w tygodniu tyle co zwykle. Na tydzień przed wyjazdem do Poznania, cztery dni z rzędu chodziłem na treningi biegowe, podczas których nadwyrężyłem prawą łydkę. Standardowy obiaw – przejdzie po kilku dniach, a żeby mieć pewność, że nie będzie nawrotu na Maratonie – absencja sportowa. Czekałem na upragniony weekend w strachu i podniecnieniu. Moje przygotowania zwężyły się do kupienia żeli i batoników, zapoznanie się z mapą i profilem trasy, rozplanowaniu na których kilometrach przyjąć żele i spakowaniu się na wyjazd. Na miejscu poznałem kolejnych maratończyków z którymi spędziłem wesołe popołudnie. Temat był oczywiście jeden i prędzej czy później musiał się skończyć na radach dla nowicjusza. Każdy miał inne wspomnienia z dziewiczej przeprawy. Zasugerowano mi, po moich dotychczasowych wynikach z "połówek" ustawienie się za balonikiem z czasem 3:30, a z drugiej strony studzono zapał po poprzednim mówcy, wyraźnie podkreślając, iż wolne tempo=dobre tempo. Wiedziałem jedno, chce przebiec pełen dystans bez zatrzymywania się i wyciągnąć maksymalną ilość informacji na następny raz. Wynik maratonu to sprawa drugorzędna bo i tak zaliczę życiówkę. Emocje gotowały się we mnie chociaż niedawałem ich po sobie poznać. Niedziela zaczeła się dla mnie o 4 rano, na dwie godziny przed nastawionym budzikiem...
Tak zimnego poranka się niespodziewałem. Na godzinę przed biegiem byłem gotów biec w bluzie. Na szczęście pierwsze promienie słońca przebiły się przez chłód. Coraz więcej osób zdejmowało odzież wierzchnią oraz zrobione z worków depozytowych kamizelki. Na kilka minut przed odliczaniem, wybiegłem wraz ze znajomymi z targów w tłum biegaczy. Ustawiłem się z Piotrkiem w okolicy zająca z 4:00. START!! Tysiące ruszyło przy wsparciu kibiców. Poczatek był bardzo spokojny, trzymałem sie Pacemakera i utrzymywałem w zasięgu wzroku Piotrka. Po kilku kilometrach biegliśmy obok siebie przed liderem grupy. Tempo było dobre, bo wolne – typowo konwersacyjne. Coś za luźno się biegnie – Pomyślałem. Spojrzałem na swój but i się wyjaśniło. Gdy brałem udział w sztafecie zdarzyło mi się biec 2 kilometry z rozwiązaną sznurówką, bez ryzyka. Tym razem, gęstośc nóg na trasie groziła mi wywrotką. Przystanek na zawiązanie buta i kilkumetrowa pogoń za Piotrkiem - i tak 3 razy na sześciu kilometrach!! Dlaczego? Większość mięśni rozgrzała się podczas biegu oprócz palców na dłoniach. Wiązałem najmocniej jak potrafiłem ale robiłem to nie udolnie. Zdawałem sobie sprawę, że tracę w głupi sposób siły i czas. Piotrek wylicza mi strate a inni zwracają uwagę, musiałem to zakończyć...jeszcze do tego wrócę. Biegliśmy ze średnią 5:30 i zupełnie odskoczyliśmy od naszgo Pacemakera. Na dyszce byliśmy dwie minuty wcześniej. Nawzajem się studziliśmy, bo mogliśmy mocniej przycisnąć, ale takie tempo było odpowiednie z myślą o kilometrach przed nami. Kolejna dyszka i kolejne dwie minuty urwane!! Czułem zmęczenie, ból w łydce i pachwinach. Tradycyjnie biegłem bez muzyki, wsłuchując się w swój organizm. Korzystałem z każdego punktu odzywczego na trasie oraz dodatkowo z przygotowanych żeli. Połówkę wspominam bardzo dobrze, były kapele na trasie, mnóstwo kibiców ale i śmiechu między uczestnikami. Zbliżaliśmy się Malty a tempo nadal w normie!! Przekraczając flagę z 26 kilometrem byłem już dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Chociaż nie widziałem za plecami Pacemakera to czułem, że zbliża się wielkimi krokami. Na górce wawrzyńca liczyłem się ze stratą cennych sekund więc przewagę należało zwiększyć. Wydłużyłem krok i zacząłem przesuwać się do przodu. I w momencie gdy zostałem sam wszystko nabrało innego tempa. Przy 27 kilometrze pierwszy poważny ból przemówił z miejsca, o którym bym w życiu nie pomyślał! But mnie uciskał przy wiązaniu... i tu wracam do moich problemów ze sznurowadłami. Z jednej skrajności w drugą... przesadziłem z siłą. Po ponad godzinie uciska na jedno miejsce zaczął być nie do zniesienia. Starałem się obracać stopą na boki, tupać w asfalt aby przesunąc choć o milimetr tego cholernego buta – NIC. 2/3 za mną a 14 km jeszcze do pokonania! Zacząłem się irytować na siebie – "To twój błąd, sam sobie zaplątałeś nogi". Dialog wewnętrzny był coraz ostrzejszy gdy co 200 metrów kolejne podskoki i uderzanie butem w asfalt, wszystko w biegu! Zamiast skupić sie na pokonaniu największego wzniesienia Maratonu w Poznaniu, pytałem siebie "czy to ta słynna ściana?" Nogi były ciężkie jak z ołowiu a ja połknąłem ostatnie dwie tubki żelu. "Dam rade pokonać ten odcinek, wiem to! Reszta to stabilny teren – Łatwizna!!" - Powtarzałem sobie z całą pewnością. Ktoś z kibiców, bodajże na 34 km postawił tekturę z wyciętą dziurą dla biegacza. Napis na szczycie głosił – Pokonaj Ściane! Super pomysł z którego skorzystałem z uśmiechem. Pamiętam to dokładnie, bo wszystko co dalej na trasie było przeciwnością przysłowiowego banana. Nie wierzyłem, aby ból stopy osłabł ale stało się faktem. Cierpienie zmieniło się w katusze, od pachwin przez uda, kolana i łydki! Stopa była najmniejszym problemem. Kolejny dialog – jesteś wyoutowany, dziękuje i dobranoc...
Dla mnie osobiście ten Maraton to opis ostatnich 8 km, opis tortur jakie sobie zapewniłem na własne życzenie. Nie można od tak pobiec i ukończyć co sobie ubzduram. Można marzyć ale rozsądek ma prawo głosu, a ja ten głos wyciszyłem. Jednego jestem pewien, będę wspominał ostatnia godzinę biegu z łezką w oku. Mój debiut odznaczył się na ciele i duszy. Siła woli zaciągnęła mnie na metę. Wracając na 34 km...
Zgasła we mnie radość, wspominałem ten ból i samozaparcie podczas 5 Białystok Biega. Ech... tam dałem w palnik na ostatnich 3 kilometrach i pomimo wyniku byłem z siebie dumny. Poznałem na nowo granice swojego ciała. Zaciskałem oczy przed płaczem. Już wiedziałem, że nie walcze z czasem. To kwestia kilku minut zanim żółty balonik mnie minie. Wydawało mi się, że biegne sporo poniżej 6 minut na kilometr (Międzyczasy pokazały co innego). Wyprzedzałem jedynie osoby, które już się poddały lub przestały biec. Trasa przebiegała przez murawę stadionu Lecha Poznań, w normalnych warunkach pewnie bym robił zdjęciach i zachwycał się rozmiarami trybun itp itd Liczyłem, że dostanę powera, że pobiegnę i mój koszmar się skończy – ale za tytuł Maratończyka trzeba "zapłacić" wysoką cenę! Biała flaga powiewa a na niej liczba 40. Na ostatnim punkcie odżywczym skorzystałem z wody i białej kostki (cukru?). Zanim ugryzłem wolontariuszka wykrzyczała do reszty biegnących: Magnez na skurcze!! Aaa to o to chodzi. Dobrze wiedzieć na przyszłość... BOOM. Wystarczyło, że pomyślałem a dałem znak aby mnie zbombardować potężnym działem. Czyli gorzej-być-może. Takich skurczy nie czułem nigdy, jakby jakaś gula narosła i przesuwała się wzdłuż uda. Nie zatrzymałem się chociaż to była by świetna wymówka. Im bliżej mety tym więcej kibiców wiwatowało. Dziękuje za to ale nie miałem siły spojrzeć w ich stronę a co dopiero przybić piątkę. Skupiałem się głownie na tym aby wbiec o własnych siłach. I tu zwrócę uwagę na źródło siły, którego początek nie brał się z mięśni. Jestem Maratończykiem bo pokonałem siebie a potem dystans!!
Wyszedł z tego niezły dramat, raczej zniechęcam do biegania ale wina leży wyłącznie po mojej stronie. Do Maratonu trzeba się przygotować a wtedy z całą pewnościa będzie to udany występ, radosne przeżycie. Z mojej strony wyglądało to tak jak opisałem. Będzie to dla mnie wspaniała pamiatka mimo tych cierpień. Medal za ukończenie przypomina mi jak wiele trudności można pokonać przesuwając własne granice. Stając się świadomym swoich słabości, wzmacniamy swojego ducha, który jest niepokonany.
Ps: Czekając na grawerunek Medalu rozmawiałem w kolejce z Kobietą, która ma na swoim koncie kilkanaście Maratonów. Gdy ja się spowiadałem z przygód ona dodała na pocieszenie – Jest jedno miejsce, które nie boli – włosy! Uśmiechnąłem się pierwszy raz od "pokonania ściany".
Dziś na dzień po imprezie, gdy emocje opadły jak po bitwie kurz, jak śpiewał wokalista i założyciel Perfect, spoglądam na swój medal za ukończenie wyścigu i czuje wielką radość i głód. Jestem szczęśliwy, że mi się udało pokonać ten dystans w głowie! Jak się bowiem okazało siły się znalazły ale to rozbudzenie ich jest kluczowe. Czuje jednak głód adrenaliny i walki z samym sobą!!! Zdrowa forma rywalizacji miedzy mną a moimi słabościami, które pojawiają się na trasie.
Zapisałem się na wyrost, rok wcześniej przebiegłem 5 km a to nieporównywalne odległości. Po dotarciu na metę czułem się fantastycznie, jakbym się unosił nad ziemią. Ta chwila choć krótka jest wyłącznie moja. Uległem pokusie by przeżyć ją jeszcze raz. Wyzwaniem przed jakim stanąłem na początku roku okazało się przygotowanie! Brakowało mi jednak zapału i rzadko wychodziłem pobiegać. Z pomocą pojawiła się grupa trenujących do półmaratonu, pod skrzydłami fundacji Białystok Biega. Zaproszenia pojawiały się regularnie na profilu Facebookowym, jednak skorzystałem z pierwszego dość późno, bo w marcu. To uczucie gdy trafiasz do grona ludzi, którzy mają takie same zainteresowania – bezcenne.
Z każdym spotkaniem (a było ich sporo) przywiązywałem się do ludzi. Treningi były prowadzone skrupulatnie, z elastycznym programem i na wesoło. Komfort psychiczny i odpowiednia motywacja przyczyniły się do biegania pomiędzy spotkaniami. Biegałem w mieście starając się omijać przejścia dla pieszych, redukując postoje do zera absolutnego. Na ostatnim samodzielnym treningu na 10 dni przed półmaratonem, przebiegłem 21km w dwie godziny. Celem przestał być dystans a bariera dwóch godzin. Przed startem czas 1:50 brałbym w ciemno. Nie wziąłem poprawki na energię wyścigu…
W dzień wyścigu nogi same rwały się do biegania. Wymarzone gwiazdka dla biegacza! Tłumy przed pałacem w błyszczących koszulkach z logo imprezy. Na chwilę przed startem spadł deszcz, odświeżył powietrze, zmoczył ulice i próbował nas ostudzić - bez skutku. Każdy z nas szykował się na ten dzień, takiego pragnienia nie ugasi nawet sztorm. Wystrzał z pistoletu startowego uciszył wewnętrzny dialog. Kocioł ludzkich ciał zaczął się rozciągać, a ja wraz z Justyną i Aśką znaleźliśmy się w jego centrum. Ustaliliśmy między sobą, że pierwszą ćwiartkę biegniemy razem w umiarkowanym tempie. Nasz Team walczył z różnymi „demonami” na tym samym dystansie. Indywidualna przygoda rozpoczęła się po 9 km. Pacemaker z czasem 1:50 bieg przed nami od 2 km, a wraz z nim ściana ludzi. To była ta chwila. Czas był wyśmienity ale czułem się na siłach walczyć o więcej. Ruszyłem do przodu i zacząłem gonić grupę na 1:45. Nie myślałem wtedy o tym, co będzie jak wykorzystam całą energię i nie starczy mi sił na końcówkę. Zaakceptowałem rzeczywistość, gonię następnego zająca. Dobiegłem do niego na 17 km, a sto metrów przed nami kolejny balonik z tym samym czasem. Chciałem biec o wszystko ale już nie mogłem… Starałem się trzymać grupy. Nogi miałem z ołowiu, chaotycznie łapałem powietrze, moje własne myśli rozlatywały się z każdym krokiem. I wtedy doceniłem wielką rolę jaką mają do odegrania Pacemakerzy. Następne 4 km udało mi się pokonać dzięki moim aniołom stróżom. Każde zdanie, nawet te najbanalniejsze, ratowało mnie przed zredukowaniem biegu. Kolejny kilometr i kolejne słowa wsparcia!! Wiatr i wzniesienia nas spowalniały ale znowu słychać donośny, pewny siebie głos. Przede mną ostatni kilometr, czuję jak palą mnie mięśnie łydek, strzyka w kolanie. Drugi zając woła do wszystkich za plecami, podsyca ich do finałowej walki. Spogląda na mnie z uśmiechem, każe mi walczyć.. zaciskam wyschnięte wargi i zwiększam tempo. Każde uderzenie podeszwy o nawierzchnie ulicy niesie falę bólu po całym ciele. Wbiegam na rynek i sam się dziwię sobie, na pełnym sprincie przebiegam linię mety. Zdążyłem podnieść głowę do góry na tablicę z czasem brutto… 1:44:51!!
Tego samego dnia spotkaliśmy się wszyscy w trójkę, aby świętować. Dyskutowaliśmy o bieganiu i nowych celach jakie sobie postawimy. To był nasz dzień, to było nasze zwycięstwo! Dziękuję wszystkim.
Nowy rok zaprasza otwartymi na oścież drzwiami, tych którzy zdecydowanie przeszli przez 2014. To najlepszy czas aby, rozwijać nabyte umiejętności i zwieńczyć sukcesem rozpoczęte projekty z poprzedniego roku. Mam skromne marzenie, które chciałbym zrealizować w przeciągu najbliższych 365 dni z listy postanowień noworocznych. Jak sięgam pamięcią, nigdy nie byłem zwolennikiem tego typu „zabawy”. Dziś gdy mam już pozytywne skojarzenia, zrozumiałem, że wyznaczanie postanowień jest dojrzałym podejściem do życia. Kolejne kroki, które dzielą nas od ustalonego celu rozwijają w nas wytrwałość, uczą planować i zarządzać czasem. Każda trudność na naszej drodze jest długotrwałym wzmocnieniem charakteru.
Kolejny raz postarałem się o inwentaryzacje najważniejszych wydarzeń z minionego roku. Zaczynając podróż od pracy, a to co najlepsze zostawię na sam koniec. Zmiana miejsca zatrudnienia wiązała się z przyrostem obowiązków i przełamaniu dotychczasowego kontinuum. Z zagranicznej firmy produkcyjnej wprost w paszcze ogólnopolskiej księgarni. W trakcie pełnienia „służby etatowej” znalazłem czas na odbycie praktyk zawodowych w Kaja Sport. Jednak nie samą pracą człowiek żyje, a na pewno nie zamierzam robić na czyichś usługach do końca życia. Ukończyłem kolejny kierunek w szkole policealnej i nie spocząłem na długo, jeszcze przed latem dołączyłem do grupy kursantów w CKU. Tworzenie baz danych i aplikacji internetowych kończy się egzaminem w styczniu, zaraz po nim rzucam się w wir poszukiwań za czymś nowym. Nie zapomnę również dramatu jaki przeżyliśmy w szpitalu, wraz z rodzina starałem się wspierać swoją obecnością mojego przyjaciela. Jego postawa w stosunku do diagnozy wzbudza mój największy szacunek, niewiele osób udźwignie takie słowa, to na pewno miało wpływ na powrót do zdrowia. Wierze, że wszystko będzie dobrze i obejdzie się bez kolejnych wizyt w szpitalach. A skoro jestem przy zdrowiu to, jak wiadomo, sport nim jest. Starałem się jak mogłem, aby aktywnie spędzić ten rok. Naukę jazdę na rowerze ułatwiło wprowadzenie miejskich rowerów do Białegostoku. Rozstaw stacji z bikerami zapewnił mi stały dostęp do rowerów, jak miałem gdzieś iść to wolałem się przejechać. Mam za sobą wiele kilometrów jednośladem, wypadałoby podtrzymać tą dobrą passę. Najbardziej dumny jednak jestem z uczestnictwa w biegu ulicznym na 5km. Przygotowania trwały krótko bo zdecydowałem się dość późno wpłacić wpisowe. Na dodatek przeziębiłem się i musiałem zrezygnować z kilku ważnych treningów. Wykurowałem się w ostatniej chwili i przeżyłem niesamowite emocje podczas wyścigu. Zostańmy przy bieganiu, tym razem jednak po ciemku z laserowym karabinkiem. Tak mniej więcej wyglądał turniej Lastag, w którym do końca walczyliśmy o podium. Ofiar nie było, chociaż wielu z zawodników dostał „headshota”. Niestety głowa nie była punktowana i to po części przyczyniło się do naszego rezultatu. Zresztą cały 2014 stał pod znakiem wielkich emocji. Świętowałem piętnastolecie Rosti, imprezą o której już krążą legendy, w ścisłym gronie pracowników. Koncert w Operze i bal w Dworku Czarneckiego zasilą bibliotekę przyjemnych wspomnień. Tańce, hulanki i swawole, oprócz tego alkohol, procenty i drinki, w dowolnej kolejności i ilości. Nareszcie mogę pochwalić się wymarzonymi urodzinami, nie to co rok wcześniej. Wyjazd na mecz siatkarek, który doczekał się osobnego streszczenia na mojej stronie. Czuje jak rozpala się płomień na samo wspomnienie tej chwili. Nie śmiałem prosić o życzenia od kogokolwiek, a najpiękniejsza dziewczyna z boiska zaśpiewała mi sto lat!!! Na sam koniec wspomnę o okresie zimowym, bo zasługuje na szersze opisanie. Sklepy pękały od towarów a ludziom w szale puszczały nerwy. Przygotowałem się zawczasu i kupiłem co planowałem dla wszystkich. Poświęciłem trochę czasu aby nie były to „odklepane” prezenty. Chociaż jak co roku, rada rodzinny zbiera się i ustala kto co przygotuje na święta, w tym postanowiono odgórnie, że darujemy sobie paczki dla dorosłych. W dniu wigilii, po wieczerz poczułem prawdziwego ducha świąt, okazało się bowiem, że wszyscy zrobiliśmy sobie nawzajem prezenty. Bezinteresownie i wbrew ustaleniom, ale cudownym efektem na który przyszło mi czekać tyle lat. Okazało się bowiem, że w każdym z nas tkwi Mikołaj, który na dnie torby znalazł tą jedną, wymarzoną zabawkę. Jakby tego było mało – wraz z koleżanką znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, akurat na konkurs ubierania choinki w centrum miasta. Przyciągnęła nas ciężarówka Coca-Coli, jak się okazało, przywiozła ze sobą klimat jakim mogliśmy ubrać te cudowne święta. Dodam tylko, że od ponad 5 lat, czyli od kiedy pozbyliśmy się z domu naszej sztucznej choinki, nie miałem takiej sposobności. Życzę sobie i innym aby ten rok był równie udany.
Ociągałem się z nowym wpisem do chwili, w której zmodyfikuje kod strony www. Szata graficzna, dynamiczne przyciski i linki, to zasługa kaskadowych arkuszy stylów. Podstron jest mniej, chociażby o historii kinematografii, która zajmowała jeden długi wpis. Nabyłem jednak przejrzystości przy eksplorowaniu kolejnych działów. Zdałem sobie sprawę, że uproszczony nie znaczy brzydki, czy gorszy. Dziś jestem dumny z całości i z całą pewnością, rozrośnie się ku górze. Prace trwały długo, z powodów ciągłych zmian w moim życiu. Z nową pracą przyszły nowe obowiązki oraz odpowiedzialność za decyzje z przeszłości.
Hierarchia wartości została zachwiana. Grafika komputerowa ustąpiła miejsce dla mojego nowego zainteresowania. Inwestowanie uzależnia zwłaszcza na początku kusząc wysokim wzrostem w krótkim okresie czasu. Wiedza pozyskana z książek i doświadczeń innych poszerza moje finansowe horyzonty. Daje to sporą dawkę satysfakcji zwłaszcza w porównaniu z pracą na etacie. Jednak jedno nie istnieje bez drugiego bo to za pieniądze zarobione w pracy mogę kupować aktywa. Przez najbliższe lata to się nie zmieni więc nie ma co narzekać i trzymać się tej ścieżki. Małymi kroczkami zbliża się termin ważność domeny. Wykorzystam jednak tą okazje i zarejestruje stronkę pod nowym adresem. A tym czasem dział tekstów powiększa się o nową kategorię - Opowiadania. Znaleźć tam można pierwszą pozycję która powstała podczas powrotu do domu z popołudniowej zmiany. Luźna anegdota przekształciła się w krótkie opowiadanie grozy z absurdalnym zakończeniem. Może to wynik sumy ostatnio obejrzanych filmów grupy Monty Pythona, jednak z całą pewnością nadaje na tych samych wibracjach co wymienieni.
Cały ten rok będę wspominał jako pasmo ważnych doświadczeń.
-Miałem przyjemność ochrzcić nowicjusza Filipa.
-W środku urodzin spadła na mnie bomba i poczułem, że nie wstanę bez pomocy innych. Jednak podołałem i dziś już zebrany bagaż tyle nie waży.
-W święta Wielkanocy owładnęła mną myśl aby postawić własną stronę internetową, nie po raz pierwszy zresztą. Prace trwały wiele dni, tysiące pisanych linijek kodu i drugie tyle usuwanych. Wreszcie pewnego dnia światełko z tunelu zgasło by po chwili rozbłysnąć słonecznym żarem. Strona żyje w sieci, rozwijam jej podstrony uzupełniając nowymi materiałami.
-I choć nie udało się złożyć papierów na studia to już z pracą było dużo łatwiej. Sezonowa umowa jak na razie rozciąga się na kolejny rok.
-Wyjechałem na dzień pełen wrażeń do stolicy.Zasmakowałem wielu nowości.
-Przeplatałem dni zjazdami w szkole na kierunku BHP. Trzeci semestr ukończony a egzamin zawodowy czeka w progu nowego roku.
-Poprawiłem swoje umiejętności jazdy na łyżwach oraz gry w bilard, ponadto doświadczyłem smaku goryczy pływam gorzej niż myślałem.
-Zamykam kolejne etapy remontu mieszkania.
-Mało tego w tym roku również powiększyłem swoją kolekcje filmów(o ponad 200 pozycji) i rozczytałem się jak nigdy(21 książek w rok.. to ponad moje dotychczasowe możliwości).
-Dotrzymałem postanowienia, wzmocniłem tym samym swój charakter.
Tylko życzyć sobie drugiego roku jak ten...
Czy czas stał się dobre luksusowym? Zaczynam doceniać każdą chwilę która wśród natłoku obowiązków pozostaje na oceanie dnia małym stateczkiem który szuka sternika. Wyzbyłem się nieprzyjemnego uczucia które drąży moje ciało zawsze gdy pokieruje statek w niewłaściwym kierunku. Ostatnimi tygodniami rządziły wielkie fale przez które przebrnąłem dopiero przed linią mety. Kolejny konkurs zorganizowany przez Filmweb w którym wziąłem udział i do którego materiały przygotowywałem z różnych źródeł. Recenzja filmu wraz z artykułem powiązanym kontekstowo. Now You See Me przykuł moją pełną uwagę zaraz po pierwszej obejrzanej zapowiedzi w kinie i już wiedziałem, że chcę pisać na temat Iluzji. Temat rzeka której nurt porywa nieprzygotowanych śmiałków. Dysponowałem jednak czymś więcej niż tylko odwagą, w moim posiadaniu znalazła się znakomita książka Derrena Browna Sztuczki umysłu, programy rozrywkowe prowadzone przez zamaskowanego Iluzjonistę i Crissa Angela oraz naturalnie filmy o Magii jak Prestiż Nolana czy Iluzjonista z Edwardem Nortonem. Ta przygoda już jednak za mną tak jak projekt nad którym pracowałem ostatnio dla kolegi. Kalendarz z Natalie Portman miał być przyjemnością a okazał się drobnym wyzwaniem jeśli chodzi o trafie w gust mój i klienta. Dziś czekam już tylko na wydruk z drukarni i mogę sprezentować na ręce zniecierpliwionego znajomego jego nowy kalendarz na 2014r.
Portfolio raczkuje i z całą pewnością rozwinie w pełni skrzydła w najbliższym czasie. Pomysłów mi nie brakuje a to pociągnie za sobą zainteresowanych. Podejmę się każdej pracy związanej z Grafiką komputerową. Na Twoje potrzeby wykonam:
-Wizytówkę treściwą, artystyczną i wizualnie atrakcyjną
-Logo nowej firmy lub odświeżenie aktualnego wizerunku
-Zaproszenie takie jak bal sylwestrowy, wesele, zjazd absolwentów, urodziny dziecka, uroczystości kościelne
-Projektowanie wizerunku, urzeczywistnienie swoich marzeń w formie graficznej
-Plakat filmowy z ulubioną postacią, sceną
-Reklamę usługi lub produktu
-Design strony internetowej
-Ulotka handlowa
-Stylowy kalendarz
-Nowe pomysły mile widziane ;)
Ostatniej nocy poczułem chęć do rysowania za sprawą czego owa praca wraz z innymi trafiła tutaj. Skromny dział ale wszystko dąży do jak najszybszego opublikowania strony. Ramki po bokach działały jak dwa magnesy które uszczuplały najważniejsze treści dlatego musiałem oddalić je od siebie dla lepszego wglądu. Takowych zmian nie chciało mi się dokonywać wcześniej gdy ilość dokumentów wynosiła siedem a ostatnio zdałem sobie sprawę, że lepiej dziś niż w przyszłości przy trzydziestu. Nadal istnieje wolna przestrzeń której nie wykorzystam ale w stosunku 50:50 a nie jak do niedawna 66:33.
w tym wypadku zgadzam się z tym często stosowanym zwrotem. Dwie pierwsze próby stworzenia mojej strony spełzły na niczym. Korzystałem również z programu dzięki któremu chciałem pokazać światu (w moim wypadku światu wielkości zaciśniętej pięści) stronę o Kinie. Doszło jednak do pewnych uciążliwych komplikacji technicznych i musiałem zapomnieć o tym projekcie...czyżby? Wystarczyła chwila, krótka acz treściwa rozmowa w święta Wielkiejnocy abym pobudził swoją wyobraźnie do wskrzeszenia pomysłu i wyprodukowanie własnego designu z którego byłbym dumny. Wykorzystałem swoją wiedzę i doświadczenia (rotfl!!) aby przełożyć przemyślany pomysł w rzeczywisty twór. Przechodząc z etapu na etap zdobywałem potrzebną mi pewność siebie dla tego przedsięwzięcia. Zabawy przy tym miałem w brud ale gdyby było to dużo prostsze nie sprawiało by tyle satysfakcji ;).