| Write | Graphics | Movie | Home |
"Zapiski po Whisky"
Większość publikowanych tu tekstów powiązana jest z kinem. Jeśli jakiś filmowy temat wyrasta swoją budową ponad ekran, zwraca moją szczególną uwagę. Oprócz obszernych artykułów, znaleźć można recenzje oraz opisy. Wyrażam w nich obiektywne opinię oraz subiektywne oceny. Zdarzy się, że jakaś szalona myśl zostanie przeze mnie rozwinięta w coś zupełnie nieprzewidzianego. Wtedy zasiadam do pisania i pomału tworzę, często absurdalne, opowiadania. Warte utrwalenia są również historie związane z wyprawami. Sprawozdania z wycieczek ubarwione humorem to najmniejszy z działów, ale jak każdy wart przeczytania.
Przygoda z grami komputerowymi sięga odległych lat. To chwile przyjemności i uzależnienia. Osiągnięte cele, wydane pieniądze i poświęcony czas. Granie w zaciszu pokoju i w kafejkach internetowych, gry dla pojedynczego gracza, wieloosobowe i rywalizacja przez Internet z innymi pasjonatami z całego świata. Tak w skrócie można opisać gry komputerowe w moim życiu. Wiele się działa i dużo zmieniło w tej dziedzinie. Czekałem na ten krok w moją przeszłość, spowiedź i przeżycia w jednym. Loading...
Jako rozbrykany chłopak ciężko mi było usiedzieć w jednym miejscu. Po szkole wychodziłem na podwórko a wracałem późnym wieczorem. Ten stan rzeczy utrzymywał się dość długo, bo mało kto w moim otoczeniu posiadała sprzęt do grania. Były to czasy komputerów wartych 3 miesięczne pensje. Jednostka centralna (dawno nie używałem tego określenia), monitor kineskopowy, zasilacz awaryjny, myszka i klawiatura do sterowania oraz biurko z wysuwanym blatem obciążały budżet domowy, a w moim przypadku również miejsce w pokoju. Na rynku zaczęła królować podróbka konsola na kartridżami – „Pegazus”. Popyt na „pegazusy” był skromnie mówiąc zauważalny na bazarach. Weekendową tradycją był spacer na ulicę Zwycięstwa w Białymstoku i odwiedzenie rynku tzw. Madro. Ludzi była masa („co tam masa, Rzesza!” K:Limo) zupełnie jak teraz w Galeriach Handlowych, z tą jedną różnicą, że dziś w Galeriach spędza się cały wolny czas. Pamiętam jak przechodziłem z mamą ciasnymi alejkami między rozłożonym towarem. Jako zafascynowany chłopiec wodziłem wzrokiem po żółtych kasetach z naklejkami gier i marzyłem, aby w nie pograć. Cena takiej konsoli wynosiła około stu złotych, więc obeszło się bez dziecięcego zawodzenia. Konsolę podłączało się do telewizora. Godziny grania były rygorystycznie pilnowane przez naczelną rodziny, w końcu trzeba było udostępnić swoje okno na świat – telewizor. Jednym z milszych wspomnień jakie posiadam wiąże się z dwuosobową strzelanką – Tank 1990. Raz w miesiącu odwiedzaliśmy moją kuzynkę, czekałem z niecierpliwością na te wizyty. Najczęściej były to niedzielę, połowę dnia spędzaliśmy w pokoju na zabawach, a na wieczór rodzice pozwalali nam usiąść przed małym telewizorkiem i odpalić nasze ulubione czołgi. Walka o otrzymanie orzełka w murach pochłaniała na godziny. Wizyty szybko mijały a ja czułem niedosyt, z nikim innym nie czułem tej samej przyjemności podczas grania. Przez następne kilka lat niewiele się zmieniło, z wyjątkiem mojego podejście do grania – narastała we mnie frustracja, gdy czegoś nie udało mi się osiągnąć. Wyładowywałem się na dżojstikach, kartridżach i konsoli, którą wymieniałem co najmniej raz w roku. Niesprostanie oczekiwaniom, słaba jakość grafiki i fabularna nuda zagościły w moim mieszkaniu. Odskocznią od monotonii były kafejki internetowe. Zaczęło się od kilku wyjść po zajęciach w szkole podstawowej. Przychodziliśmy w kilka osób i graliśmy w najpopularniejszą strategię tamtych czasów - Starcrafta. Kampania w Kafejce nie miała sensu dlatego zakładaliśmy grę wieloosobową i łączyliśmy się przez sieć LAN. Rozgrywka nabierała tempa z każdą poświęconą minutą. Zdarzały się pojedynki, w których musiałem się rozpaczliwie bronić przed atakiem dwóch przeciwników. Nie pamiętam wyniku tych starć ale frajdę mieliśmy nie z tego świata. Tego samego nie można było powiedzieć o zajęciach z Informatyki. Podstawówka numer 18 dysponowała dwiema pracowniami informatycznymi. W jednej stały komputery z przestarzałym systemem 95. Przeklinaliśmy na szybkość z jaką elektroniczny mózg reagował na wydawane polecenia. Natomiast co drugi tydzień mogliśmy wejść do sali z nowym sprzętem. Oprogramowanie Windows 98 i Millennium , na którym zainstalowana była gra platformowa Jazz JackRabbit 2. Zwykle mieliśmy wolny kwadrans na koniec zajęć, aby pograć, ale zdarzały się dni, w których graliśmy od dzwonka do dzwonka. Nie wiele miejsca poświęcam prawdziwym konsolom, a to dlatego, że nie miałem z nimi styczności. Jest tylko jedno doświadczenie jakim mogę się podzielić. W sobotę przed południem spotkałem się z kolegą Pawłem. Zaszliśmy na chwilę do pasażu handlowego na naszym osiedlu. W sklepie ze sprzętem RTV zauważyliśmy „łebka” grającego na Playstation. Zaskoczeni weszliśmy do środka, aby przyjrzeć się sytuacji. Chłopak stał przed wielkim telewizorem i zupełnie za darmo sobie „pykał”. Dziś nie ma w tym nic dziwnego, wystarczy zajść do MediaMarkt i skorzystać z rozstawionego sprzętu. Wybór gier jest skromny, a mimo to zawsze znajdzie się jakiś dzieciak, który chce zagrać w najnowszą odsłonę Fify. W tamtych czasach byliśmy zachwyceni otwartymi na oścież możliwościami pogrania „na sklepie”. Dostępną pozycją była trójwymiarowa gra zręcznościowa Crash Bandicoot 2. Poczekaliśmy, aż dzieciakowi skończą się „życia” i przekaże nam pada. Pierwszy kontakt ze zwariowanym lisem od razu mnie wciągnął. Obrałem sobie za cel, że póki będziemy mieć pozwolenie na granie to ukończę Crasha. Początkowo powstrzymywał mnie wstyd zapytania właściciela sklepu o pozwolenie na grę. Z czasem jednak nabrałem pewności siebie, graniczącej z bezczelnością, ponieważ przychodziłem grać po kilka godzin pod rząd. Dochodziło do tego, że byłem pierwszym „klientem” i zahipnotyzowany grałem do ucisku wywołanego głodem. Z dniem, w którym udało mi się przejść całą grę skończyły się moje wizyty w sklepie RTV. Właściciel nie doczekał się sprzedaży choćby paczki baterii. Po krótkiej anegdocie nareszcie dochodzę do okresu, który zabrał mi całkiem spory kawałek życia, a mowa oczywiście o Diablo.
Diablo 2 i dodatek Lord of Destruction to tytuły ważne w moim „gamerskim” życiu. Nie pamiętam od czego się zaczęła fascynacja, ani kiedy do tego doszło. Luka w pamięci kończy się, gdy zaczynam regularnie chodzić do kafejek internetowych. Korzystałem z usług dwóch salonów zlokalizowanych wzdłuż głównej ulicy na moim osiedlu. Przeważnie zachodziłem w wieczornych porach i czekałem na wolne stanowisko. Gdy już udało mi się usiąść siedziałem do wieczora grając w Diablo, a jeśli byli znajomi to walczyliśmy na kosmicznych arenach w Quake'a 3 i Unreal'a. Do kafejek przychodziło wielu fanów „Diabełka”, co drugi monitor wyświetlał starania graczy w osiągnięciu wyższego poziomu i zdobyciu legendarnego sprzętu. Każdy posiadał swoją wyjątkową postać, nad której rozwojem przesiedział wiele godzin. Zapisy postępów musieliśmy nosić ze sobą. Pamiętam, że to jedyny raz kiedy wykorzystałem sensownie stare dyskietki HD 3,5 cala. Uzależnienie odcięło mnie od życia. Wiedziałem, że nie powinienem przesiadywać tyle w kafejkach. Wracałem z myślą w jaki głupi sposób tracę czas i nie swoje pieniądze, ale sumienie dostawało „Mute” do następnego dnia i znów wracałem myślami do grania. W pierwszej klasie gimnazjum sytuacja pogorszyła się. W grupie chłopaków znalazło się kilku z tą samą „pasją” do Diablo co ja. Nakręcałem się, gdy rozmawialiśmy o grze, nowych taktykach i postępach. Nic tak nie łączy facetów jak gry i rywalizacja. Z moim dobrym kolegą z ławki, Jackiem zaczęliśmy z tego wszystkiego rysować naszych bohaterów w wymarzonym sprzęcie. Pamiętam jak dziś - Paladyna w „garnczkowym” hełmie z rogami, w pełnej starożytnej zbroi na klacie, w lekkich płytowych butach i rękawicach oraz z kościaną tarczą. Rycerz rysowany niebieskim długopisem na każdej lekcji polskiego był rysunkiem Jacka i robił na mnie wrażenie z powodu szczegółów. W tamtych latach Diablo 2 było w niskiej rozdzielczości i piksele nie oddawały w pełni wyglądu, posiłkowaliśmy się swoją wyobraźnią, aby zobaczyć to co chcieli nam pokazać twórcy. Moja Matka zauważyła, że postępu nie da się zatrzymać i dziecko potrzebuje własnego komputera. Zdecydowała się na zakładową pożyczkę na niższy procent niż w bankach. Kupiła mi zestaw za 4000 złotych i uważałem się od teraz za zajebistego gościa. Pierwszym co zainstalowałem na dysku było oczywiście Diablo 2 LoD. Od tamtej chwili spędzałem więcej czasu na graniu kosztem nauki i odrabianiu lekcji. Do braku prac domowych szło przywyknąć, improwizowało się w trakcie odpowiedzi co przynosiło mierne korzyści, nauczycielki były po prostu odporne na bajerę. Liczyły się konkrety dlatego w gimnazjum zdarzało się złapać zagrożenie z przedmiotu. Wtedy odstawiałem na trochę granie i uczyłem się, aby poprawić jedynki. Do diablo wracałem, gdy inne gry mnie nudziły. Do osiągnięcia zawsze było coś więcej, wymyślało się na siłę trudności, aby udowodnić sobie swojego skilla. Znalazłem w powtarzalnym graniu ukojenie od problemów. Forma terapii to już pachniało uzależnieniem i zaczynałem czuć ten zapach. Zainteresowania się zmieniały z wiekiem a Diablo oprócz wprowadzonych patchy przebudowujących rozgrywkę pozostawało starym dobrym diablo. Przygoda miała swój ciąg dalszy z nową odsłoną, na którą fani czekali latami, a nawet zatoczyła koło w postaci odświeżenia najpopularniejszej części 2. Wrócę do tego później.
Zupełną nowością stały się dla mnie gry RPG. I bardzo szybko zyskały w moich oczach rozbudowaną fabułą, postaciami, światem i dialogami. Te ostatnie sprawiły, że nie patrzyłem na gry jak na marnowanie czasu. Zacząłem dużo czytać, bo wymagała tego ode mnie sama gra. Do zrozumienia, odnalezieniu się w przedstawionym świecie potrzebowałem obszernych treści. A w tego typu grach wszystko miało swój własny opis. Tu ciągle coś się działo przy czym nie było wyblakłej z emocji „farmy”. Powtarzalność nie wynikała z bezmyślnego klikania, a poprawieniu taktyki z poprzedniego starcia lub wyboru. Możliwość zapisania i wczytania przed walką z Bossem ułatwiała planowanie kroków. Strategie były różne i jako gracz miałem realny wpływ jak zrealizuje zadanie. Wyjątkowość polegała na tysiącu zmiennych. Pierwsze co wpadło mi w ręce to 6-płytowa wersja „Baldura” . Ilość krążków na tamte czasy robiła wrażenie, a oprócz przekładania ich w trakcie instalacji gry, trzeba było wymieniać je w napędzie w zależności od postępu fabuły. Wrota Baldura 2 pożyczył mi kolega z gimnazjum i natychmiast stał się moim pierwszym źródłem wiedzy. Doradzał w sprawie konfliktów między towarzyszami, kolejności misji poboczny i przede wszystkim w lokalizacji najlepszego sprzętu. To w jaki sposób uda mi się dobrnąć do skarbu zostawiał dla mnie i rzeczywiście poznałem gorsze i lepsze wyjścia z sytuacji. To z kolei sprawiło nawiązanie lepszej relacji poprzez wymianę doświadczeń. Zdarzyło mi się wrócić po latach do tego tytułu i przejść jeszcze raz, tym razem na wysokim poziomie trudności. Dorzuciłem nietuzinkowy skład drużyny: Wojownik, Kapłan, Złodziej i dwóch Magów – i kolejne setki godzin „dobrej zabawy” czekały mnie przed ekranem monitora. Powód dla którego o tym wspomniałem to wyjątek w powtarzaniu dwa razy tak dużego projektu. Droga wiodąca do finału na grubo ponad setkę godzin to dla mnie nowość. Zapomniane Krainy oferowały znacznie więcej. Dolina Lodowego Wichru była następną w kolejności lokacją do odkrycia. Surowy klimat podświadomie kojarzył mi się z wyzwaniem podobnym do tego co czekało Dantego na ostatnim poziomie piekieł. Najtrudniejszym okazało się stworzyć od podstaw sześcioosobową drużynę poszukiwaczy przygód. Bawiłem się świetnie przy obu częściach serii. Dalsze zagłębianie się w świat fantasy przypadło czytaniu książek o mrocznym elfie Drizzt-cie. Przez te lata zainteresowanie osłabło ale sentyment pozostał. Podczas pisania tych słów mogłem choć na krótką chwilę cofnąć się w czasie do beztroskich dni.
Kierunek pozycji jakie się ogrywało był ściśle związany z zainteresowaniem znajomych. Jeśli więcej niż jedna osoba „pykała” to swoimi opowieściami kusiła do grzechu kolejnych potępieńców. Grzechem nazwę te wszystkie gangsterskie gry dla pełnoletnich użytkowników, które wpadały w nasze ręce z pirackich stron. W wieku nastoletnim w chłopakach z osiedla narasta potrzeba szacunku. Żeby się sprawdzić można było sprowokować bójkę. Takie i ostrzejsze klimaty panowały w świecie gangsterów z Mafii i GTA. Otwarty trójwymiarowy świat kusił złem. Mówi się, że pieniądze leża na ulicy i wystarczy się po nie schylić, tutaj wystarczyło pobić lub zabić cywila. Możliwości mordu były szerokie jak strumień krwi który się lał pikselami. Nie ukrywał, że chociaż próbowałem „zabawy” na zasadzie wpiszę kody na broń i zacznę rzucać granaty z dachu budynku, a potem strzelać z bazooki do czołgów i helikopterów, to mnie nudziło w 5 minut. Moi znajomi znajdywali w tym oderwanie od rzeczywistości, gdy ja potrzebowałem głębi jaką dawała fabuła. Misje opierały się na zabójstwach, kradzieży i zniszczeniu, ale także na pościgach, skradaniu i ratowaniu ziomków z opresji. Naginałem zasady wyłącznie dla swoich pobratymców. Granie sprawiało przyjemność, gdy polubiło się głównego bohatera i wchłonęło klimat wszystkimi zmysłami. Z tego też tytułu najmilej wspominam inną grę 18+ - Maxa Payna. Z wizualnych aspektów rzuca się najbardziej komiksowe prowadzenie historii. Nieruchome obrazki ożywały za sprawą walorów lektora. Głosu protagoniście użyczył Radosław Pazura, który do dziś kojarzy mi się z potwornościami jakie przeżyła jego postać. Takich emocji nie zapewniły mi GTA i Mafia.
Tak jak wspominałem wcześniej, sentyment pozostał do RPG i wraz z rozwoje grafiki 3D ruszyłem na podbój mitycznych krain, fantastycznych stworzeń i widowiskowych zaklęć. To na tym ostatnim skupiłem swoją uwagę jako doświadczony czarodziej i miłośnik czarów. Zawsze wymagałem wielu emocji od klasy maga, tak jak on wymagał ode mnie cierpliwości do czasu pełnego rozwoju. Trudna profesja w grach okazała się niemożliwą do przedstawienia w filmach. Prawdziwych czarodziejów już nie ma, Gandalf najbardziej znany w Władcy Pierścienia machał kosturem. Gdzie te wszystkie „fireballe” o jakich marzyliśmy z kolegami, gdzie potęga starca unikające śmierci z rak strasznego Balroga? Brakowało mi magi i już wtedy pojawiła się we mnie chęć napisania opowiadania o Prawdziwym Magu z paletą widowiskowych zaklęć w użytku. To była desperacja ale potrzeba którą sam musiałem zaspokoić. Gdzieś nadal ma zapiski z tego drobnego marzenia i czas pokaże w co się rozwinie. Tymczasem gry typu Gothic, Morrowind i Neverwinter Nights oddały magii pierwszeństwo. Tak jak w przypadku gier gangsterskich tak w świecie Fantasy skupiałem się na Fabule niż na zabawie otrzymanymi narzędziami. Oczywiście długość rozgrywki dzięki misjom pobocznym zmuszała niejako do testowania różnych zaklęć. Trzeba przyznać, że te pozycje stały się niewrażliwe na czas, a gdy pojawi się chciwy dystrybutor to odnowi graficznie murowanego pewniaka do zarobku. To nie był przypadek, że na liście znalazł się Gothick który ma swoją druga premierę w 2024 roku. Zastanawiałem się nad kolejnym tytułem ponieważ to nie czary, a wezwanie pokonanych bossów sprawia widowisko godne magii. Japońska gry fabularna – Final Fantasy doczekała się bodajże 15 odsłon, a ja miałem przyjemność ogrywania część 8. Gra podzielona pół na pół, wszechobecną walkę i bieganie przez liniowe „cutsceny”. W tym pierwszym działy się cuda, oprócz podstawowych zaklęć można było użyć specjalnego ataku jednej z bestii. Kanciasty wygląd animacji, tysiąckrotnie odpalany na monitorze nie zdołał zepsuć wrażenia nadludzkiej potęgi. I choć często powtarzam, że grafika nie ma znaczenia dla grywalności, to rozpisuje się przede wszystkim na jej temat. Otwarty świat w trójwymiarze otworzył horyzont na przeniesienie pomysłów wymagającego magicznego podejścia.
Ciekawym gatunkiem gier komputerowych jest sport. Niemal wszyscy widzą na podium Fifę. Kopanie wirtualnej piłki jest tak popularne, że wystarczy wydać nową wersję z łatką i co roku podliczać zyski ze sprzedaży. Nie ogarniam fenomenu tej pozycji, ani przyznaje się z ręką na sercu – mechaniki. Jeśli już komuś udało się mnie namówić na meczyk to wciskałem wszystkie klawisze jak w Mortal Kombat licząc na szybkie FATALITY. Nie tak się kopie piłkę, spacja nie zastąpi zamachnięcia się prawą nogą. To w zupełności wyczerpuje temat Fify. Na tle wyścigów już mogę się więcej pochwalić, bo i sterowanie jest intuicyjne dzięki strzałkom. Pierwsze z czym miałem styczność to „profesjonalne” wyścigi w Colin McRae Rally 2.0. Krótki epizod lecz zostawił ziarenko po sobie, niech świadczy o nim fakt, że nadal pamiętam tytuł. Szersze spektrum modeli aut zapewniła seria Need For Speed i to ta z neonami. Pierwszym nauczycielem okazał się być UnderGround 2. Nie było to mocno zręcznościowe zważywszy na ruch uliczny na trasie oraz doładowanie podtlenkiem azotu. Czasem się miało szczęście i będąc przez trzy okrążenia za lepszym od siebie, nieszczęśnik wpadał na „Pana z Łęczycy” który kasuje mu furę, a mi pozwala przejechać pierwszemu linię mety. Wraz z doświadczeniem potrafiłem nieco więcej, chociażby kupić droższy samochodu, który po założeniu NOS, gwarantował najlepsze osiągi. Grzebanie się w częściach to był przymus jeśli skupiałem się na konkretnym typie przejazdu. I tak trafiamy do najbardziej fascynującej części rozgrywki – driftowania. To co misie lubią najbardziej, ja pokochałem nie mając porównania w realnym świecie. Tu czułem się jak ryba w wodzie, wchodziłem bokiem w szerokie zakręty na krętych górskich trasach. Punkty za przejazd mnożyły się kilkukrotnie za styl i długość. To co ja opatentowałem w 2004 na 17 calowym monitorze CRT, wyszło zaledwie po dwóch latach na wielki ekran pod postacią filmu Tokyo Drift. Kiedyś się upomnę o prawa autorskie. A schodząc na ziemię to muszę przyznać, że póki sprzęt pozwalał to ogrywałem każdą kolejną cześć NFS-a. Dla lepszej wydajności musiałem ograniczyć rozdzielczość w Most Wanted, a to jeden z najlepszych przedstawicieli gatunku. Powoli dochodzę do końca tej kategorii. Jednak gdzie jak nie tu umieściłbym legendarnego Tonego Hawka. Pora zamienić alufelgi na kauczukowe kółka czyli przesiadka z szybkich bryk na deskorolkę. Wirtuozi tricków wykonywanych w powietrzu, wyskoków z ramp i ślizganiu się po poręczy, mieli swój własny skate park. Nie ograniczajmy się do zabetonowanej dziury z nierównościami. Hangar czy kampus uniwersytecki to najbardziej ikoniczne mapy z drugiej części. W kontynuacji zwiedzałem lotnisko, hutę i osiedle domków jednorodzinnych. Każda mapa wiązała się z powtarzalnymi czynnościami i ukrytymi misjami. Przejazd na czas wiązał się z dobrym poznaniem terenu i zaplanowaniu trasy. Tak kupowano mój czas, chciałem zebrać rozsiane pop całej mapie literki, wbić jak największego „combosa” i aktywować ukryty event. Pro Skater łączył w sobie intuicyjność z wyścigów oraz wysoką zręczność jak w piłce nożnej. Specyficzny klimat, muzyka związana z subkulturą i grywalność zapisały się wielkimi literami na kartach mojej historii. I tak jak lubię sport i związany jest z moim życiem, tak w kwestii wirtualnej skończyłem trening i udam się na inne pole walki.

Dla dzieciaka uzyskanie nowej gry wiązało się z problemem. Brak własnych środków finansowych zmuszał do proszenia o nie rodziców. Odpowiedź znał każdy który pytał – brzmiała ona chłodne Nie. Potrzeba prosiła się o zaspokojenie więc sięgało się gier z sieci najczęściej pobieranych od innych z aplikacji. Piractwo w żadnej formie nie jest dobre, wiek nie gra roli ale będę bronił wyżej wymienionego powodu. Wraz z pierwszymi zarobionymi pieniędzmi prawdziwy gracz przeznaczał na wymarzoną grę w wersji pudełkowej. Nie żałowałem i ja, ponieważ sto złoty było wystarczające na grę PC i łatwe w zarobieniu. Gry dawały dużo godzin frajdy i nie było żalu z ich zakupu. Zanim te czasy nastały posiłkowałem się jeszcze jednym dobre w zasięgu ręki młodego gracza – czasopismami. Magazyny o tematyce gier posiadały dla zachęty płyty z grami. Cd-action przez lata wzbogacał moją kolekcję gier, nawet jeśli nie miałem „dychy” co miesiąc. Redakcja była dla mnie wysłannikami nieba którzy ratują młodzież przed spaczeniem. Wiadomo, że nie sprzedawali hitów rynkowych tylko schodzące z rankingów pozycje klasy B. Z innych czasopism przypominają się te widywane w oknach kiosków Ruchu, tapeta z gazet, w którą się wpatrywałem w poszukiwaniu skarbu. W niektórych można było znaleźć kilka płyt i kilkanaście pełnych wersji gier. Sparzyłem się parę razy, aby nauczyć się jakie zwodnicze są to zabiegi. Nie ilość, a jakość zapewnia rozrywkę. Dlatego przed zakupem czegokolwiek sprawdzam dokładnie czy jest mi to potrzebne, czy może kupuje wzrokiem z powodu ładnego opakowania. Zresztą nawet recenzenci nie są w stanie ograć wszystkiego, zwykły obywatel z 6 letnim sprzętem jest bez szans. Z płytkami wiązało się znacznie więcej niż tylko Pełniak, kilka wersji demonstracyjnych i programów. Autentycznie można było otworzyć internet offline w postaci zapisanych kart internetowych. Na dostęp do sieci musiałem poczekać dwa lata od otrzymania komputera. Źródłem memów, grafiki i łatek była ta sama płyta CD. Zupełne odejście od piratów pokrywa się wraz z wysypem darmowych gier z mikropłatnościami. I tym samym przechodzę do MMORPG i gier przeglądarkowych.
Rozdział poświęcę jednej grze istniejącej na karcie przeglądarki internetowej. Mam na myśli polski projekt Margonem. Studenci Politechniki Śląskiej rozwinęli temat pracy magisterskiej w największą konkurencję Tibii. Ten ostatni to skupisko małolatów pełnych wulgarności i patologicznych zachowań. Dzięki temu trudniej było ich spotkać w tym samym czasie w Margonem. Porównywanie grafiki nie ma sensu ponieważ obie gry bazują na pikselach zbyt dużych nawet jak na XXI wiek. Sama rozgrywka opierała się na poruszaniu się po mapie stworzonej z połączonych kwadratów i oczyszczaniu ich z odradzających się stworzeń i bestii. Ważnym punktem odniesienia jest znalezienie mnie na osi X. Był to bardzo intensywny okres grania po rzuceniu studiów i niskiej samoocenie. Dysponowałem wtedy pełnym czasem, a nawet ograniczyłem spanie byle zalogować się na serwerze przed tłumami. To wszystko spowodowało, że na jednym ze światów stałem się wysokopoziomowym paladynem. Miało to swoje plusy w samej grze. Spokojne czyszczenie mapy na niedostępnych dla dwucyfrowych „lvlach” graczy. Populacja rosła równie szybko co moje doświadczenie, w moich planach nie było się zatrzymywać. Wywoływałem zainteresowanie wśród nowych graczy i imponowałem stałym bywalcom. W realu brakowało mi pewności siebie i idealną odskocznią było Margonem. Rywalizowałem jedynie z największymi na serwerze i mogłem ich policzyć na palcach jednej ręki. Odrzucając od nich zaproszenia do wspólnej gry, stałem się arcywrogiem, dla którego trzeba było ograniczyć dostęp do doświadczenia. Potrzeba komunikacji międzyludzkiej nie toleruje próżni dlatego kwestią czasu było nawiązanie kontaktu. Pierwszymi znajomymi była napotkana w lodowych grotach para kochanków. Problemy z którymi dzielili się ze mną w zaufaniu zbliżyły nas do siebie. Umiem słuchać uważnie i obserwuję otwieranie się ludzi w moją stronę. Tak działam ma osoby do tej pory i nie tylko w wirtualnym świecie. Nasz trzyosobowy klan werbował nowych członków ale bez efektu. Sytuacja zmieniła się, gdy podczas eksploracji świata natrafiłem na Temilili. Prawdopodobnie ominąłbym ją szerokim łukiem i nie zareagował na jej zaczepkę gdyby nie fakt poprawnej interpunkcji i wypowiedzi pełnym zdaniem. To już wyróżniało ją na tle reszty, a po wymianie kilku zdań zostałem przy niej na dłużej. Od tamtej pory towarzyszyłem jej w graniu stojąc „na bramce” i pozwalając tylko jej zbierać doświadczenie z mapy. Z gry szybko zeszliśmy na poważniejsze tematy i staliśmy się przyjaciółmi. Zaprosiłem ją do klanu, a z czasem założyliśmy własny tylko dla Naszej dwójki. Pomagaliśmy sobie w grze i w życiu prywatnym. Kontakt utrzymywaliśmy jeszcze przez lata chociaż odszedłem z gry na dobre. Intensywne miesiące upłynęły w Margonem, zamknąłem się w tym świecie na 4 spusty. Zdarza mi się zajrzeć na stronę główną i zobaczyć co nowego twórcy przygotowali dla graczy. Sprawdzam też rankingi postaci czy, aby dalej kojarzę nicki ze szczytu listy. Na powrót już nie ma możliwości, a dla wspomnień zawsze znajdę chwilę.
Pierwszy kontakt z MMORPG miałem dzięki grze o specyficznej nazwie MU Online. Nie pamiętam kiedy zacząłem, ani jak długo skakałem między autorskimi serwerami. Do dziś pamiętam wrażenie jakie zrobiła na mnie lokacja startowa. W samym środku mapy mury odgradzały graczy od dzikich ostępów. W każdym kierunku czekały inne niebezpieczeństwa i w zależności od doświadczenia można było zapuszczać się głębiej. Najwięcej osób spotkać można było w bezpiecznym centrum, zaraz obok skrzynki, tam tętnił życiem handel dobrami. Pojawiające się okienka nad głową postaci z ofertą zasłaniały zupełnie cały ekran gry, nie szło kliknąć kursorem w skrytkę. Nieopodal NPC sprzedawał najcenniejszą walutę czyli klejnoty potrzebne do ulepszania uzbrojenia. Ulepszenia zwiększały statystyki pancerza lub obrażeń broni. Maksymalnie przedmioty mogły być ulepszone 7 razy i od razu widać było kto ma taki sprzęt na sobie. +7 oznaczało złotą otoczkę i było to rzadkie wśród graczy. Efektem WOW były natomiast skrzydła, nieruchome ale bardzo prestiżowe. Te podstawy rządziły światem zaraz po Klejnotach chaosu i błogosławieństwa. Serwer został zamknięty ale możliwości modyfikacji kodu gry pozwalał stawiać własne światy z uniwersum. Poszerzyły się moje horyzonty o prawdziwa treść. Najczęstszym zastosowanym modyfikatorem był mnożnik do zdobywanego doświadczenia. Gracze awansowali do maksymalnych poziomów dlatego też dodano tzw paragony do licznika i można było w nieskończoność „farmić”. Taka praktyka przyciągała sporo graczy którzy po kilku dniach usuwali konta z braku wyzwania. Złoty środek był gdzieś pomiędzy pierwowzorem a podwójnym mnożnikiem. Gdyby nie abonament to wybrałbym kolejne dziecko Blizzarda czyli World of Warcraft. Darmowe MMORPG puszczały oczko w stronę nowego gracza dlatego dałem się jeszcze skusić na inną pozycję. Po kilku latach i poprawie szaty graficznej skusiłem się na Archlorda. Długo pracowałem aby stać się „kimś” w grze, godzin nie liczyłem ale codziennie odwiedzałem europejski serwer. W prostej rozgrywce widziałem aspekt terapeutyczny. Po pracy mogłem się oderwać od problemów. Z kolejnymi progresami, legendarnymi przedmiotami, nowymi sojuszami chęć do grania rosła. Zbliżałem się do niebezpiecznej granicy uzależnienia i tuż nad przepaścią zdecydowałem się porzucić wciągającego Archlorda na rzecz innego tytułu.
Z piekła wyłoniła się długo oczekiwana premiera. Hype był ogromny bo oczekiwanie na kontynuacje było wręcz wymuszane na twórcach. Po wielu latach odrodził się z żaru wspomnień prawdziwych fanów Hack&Slashy. Uosobienie grozy w przebraniu kapturka – Diablo III. To było coś w świecie gier, event tak głośny, że mówiono o nim w mainstreamie. Co tu się dziwić jeśli kolejni chętnych do zakupu wersji pudełkowej ustawiali się w kolejce przed sklepem. Prawdopodobnie to w pierwszej chwili mnie zdeprymowało do zakupu. Pierwsze recenzje były kiepskie co pogrzebało mój zapał na starcie. Wyrobiłem sobie zdanie zanim zagrałem i ten stan rzeczy miał się szybko odmienić. A wszystko za sprawa nowo poznanego znajomego, szukającego kolegi do wspólnej gry. Od słuchania wyłącznie w superlatywach o trzeciej odsłonie Diablo, złapałem podobnego co on bzika. Dostępność w sklepach po 5 miesiącach była normalna i nie musiałem wyrywać swojego egzemplarza nikomu z rąk. Był to prawdziwy test wydajności mojego nowego gamingowego laptopa. Ilość pikseli w zastraszającym tempie się zmieniała i słyszałem tylko jak wentylator wyje z całych sił. Jedna rzecz nie pobierała wiele mocy i była dla mnie zaskakująco wciągająca. Handel realną waluta za legendarne przedmioty i to co mi się najbardziej spodobało, markizowe klejnoty. Specjalnie zakładałem konto na PayPalu aby przesyłać i wymieniać euro. Diablo 3 mi się zwróciło z nawiązką. Sztuka polegała, aby kupować taniej, a nie spędzać w grze kolejne godziny na poszukiwaniu „staffu”. A dowiedziałem się tego od innego polskiego gracza, który na kooperacyjnej grze wyjawił mi źródło swojego majątku w grze. Handel wywołał ogólny skandal i Blizzard zamknął go zupełnie. Moje 5 minut się skończyło i wróciłem jako Nefalem do pogrążonej w wiecznej wojnie krainie sanktuarium. Zabawa szybko stała się monotonna po osiągnięciu maksymalnego wówczas, 60 poziomu i pełnego zestawu odzienia. Twórcy stwierdzili, że grę trzeba rozwijać poprzez zwiększaniu cyferek. Obrażenia przybrały absurdalny wydźwięk, ponad programowe poziomy doświadczenia w postaci paragonów bez jakiegokolwiek sufitu i szczeliny jako nowe wyzwanie, na które co raz gracze przesuwali granice. Przestało się to mieścić w mojej głowie, to co miało zatrzymać na dłużej, zaczęło odpychać. Serwery Diablo 2 nadal stały i było na nich pełno graczy, których rozczarowano pomysłami z trójki. Granie oparte na sentymencie jest wątłe i szybko się podaje na rzecz nowym gatunkom. Spróbowałem wyjść poza utartą ścieżkę i zatrzymałem się przy statycznej rozgrywce jeden na jednego.
Karty kojarzą się z Hazardem ale nie dla mnie. Kartami można grać oraz je kolekcjonować. To drugie bardziej mi się podobało. W Urban Rivals mogłem grać z poziomu przeglądarki więc po raz kolejny nie musiałem inwestować w sprzęt do grania. Zalogowany byłem wyłącznie na czas wykonywania codziennych misji. W ten sposób zdobywałem walutę i kupowałem nowe karty. Świat gry był podzielony na wiele frakcji i ciągle powstawały nowe. To utrzymywało grę świeżą w długiej perspektywie czasu. Grafika na kartach to był coś w czym się zauroczyłem. Grupa artystów wykonywało rysunki lub grafiki postaci na kilku etapach ich rozwoju. Kreatywność nie miała sufitu. Sama rozgrywka była sprawiedliwa, po 4 karty w ręce i 12 „pigułek” w dyspozycji do mnożenia siły danej Karty. Statystyki kart były lepsze i gorsze ale to nasz styl gry decydował o wygranej. Czynniki psychologiczne nie raz uratowały mi partyjkę z bardziej doświadczonymi graczami. Blefując ile piguł dostanie dana postać można było wyciągnąć większą ilość na stół po stronie przeciwnej i tym samym mieć przewagę w tym zasobie dla pozostałych zawodników. Gra rozbudziła we mnie nowego rodzaju fascynację, nie pochłonęła mojego czasu za to wzbudziło potrzebę kolekcjonowania. Dałem upust potrzebie kupując legendarne Magic The Gathering. Wystarczająco długo obcowałem z wirtualnymi kartami, pora na fizyczne przez co realne skarby. To jednak krótki epizod ponieważ nie znalazłem wielu chętnych wśród znajomych do grania w anglojęzyczną grę karcianą. Wracałem przed komputer na kolejną partyjkę i nachodziła mnie refleksja. Urban Rivals brakowało efektów i unikalnych zdolności, aby ze zwykłej karcianki stać się hitem. Nie bez powodu wspominam o konkretach, pojawiła się konkurencja ze studia Blizzard. Hearthstone to pełno prawna gra do pobrania na dysk, posiadająca sklep i spore wymagania sprzętowe. Dla rozmachu jakim zawsze mogło się poszczycić amerykańskie studio, wzbogacono prostą grę w Karty o trójwymiarowe efekty umiejętności. Było pięknie, wręcz cukierkowo i bardzo śmiesznie, a to wszystko w klimacie uniwersum Warcrafta. Bohaterowie znani mi ze strategi czasu rzeczywistego z elementami RPG, dysponowali pulę wyjątkowych dla danej klasy zaklęć. 9 Archetypów i kilkanaście możliwości złożenia 30 kartowej tali. Gdyby tego było mało to średnio co 4 miesiące pojawiał się dodatek z cała masą nowych kart, przetasowujący taktyki w obecnej „mecie”. Dużo dobrego dla jednego człowieka, nie wiedziałem kiedy zapuściłem korzenie w tym świecie. Planowanie zagrań, dobór losowych kart ze złożonej talii, to wszystko wpływało za każdym razem na inny przebieg spotkania. Każda gra była wyjątkowo nawet jeśli grało się Mech Magiem na Kontrolnego Wojownika po raz setny. Ocena na jaki typ przeciwnika się gra pozwalało dopasować strategię, przewidywanie ruchu jak w szachach zupełnie zmieniło moje postrzeganie tej gry. Właśnie nowoczesnymi szachami nazywałem Hearthstona. Dla polepszenia umiejętności oglądałem stream-y topowych graczy. To dla mnie nowość wchodzenie na platformy w celu oglądania jak ktoś inny gra w tą sama grę. Wszedłem w to obiema nogami i to po kolana. Udzielałem się na forum i brałem udział w turniejach. Popularność biła rekordy, a w moim rodzinnym mieście organizowano turnieje przez Lan. Inaczej się grało w domu nie widząc przeciwnika, a patrząc mu w oczy i banując na zmianę klasy postaci z jakimi nie chcieliśmy się mierzyć. Na dużej sali kilkanaście osób zasiadało w lożach a co rundę jedna para była zapraszana na Backstage, który emitowano jako stream. Los chciał że na jednym z takich lokalnych turniejów poznałem dziewczynę. I Hearthstone stał się jednym z wielu wspólnych tematów. Byłem wiele lat na czasie, próbowałem swoich sił w nagrywaniu swoich gier, prowadzenia fanpage na Facebooku czy oglądanie większej ilości profesjonalnych graczy wraz z Mistrzostwami w których brali udział. Gra rozwijała się naprawdę szybko, a ja wszedłem w taki etap życia, że nie mogłem pozwolić sobie na poświęcania karciance więcej czasu. Aż wstyd przyznać ale czułem się wręcz uzależniony i dla świętego spokoju zdecydowałem się na drastyczny krok. Moja kolekcja heroicznych, legendarnych i złotych odpowiedników liczyła grube setki. Do tworzenia nowych kart potrzebny był magiczny pył zdobywany ze spalenia duplikatów. Postanowiłem spalić wszystkie karty i zniszczyć tym samym kawałek historii aby raz na zawsze odciąć się od mojego nałogu. Licznik na koniec procesu wykazał ponad 200 tysięcy pyłu. Każdy kto poświęcił jakiejś grze dużo czasu i zbierał tam jakieś dobro to jest w stanie wycenić je na realny pieniądz. Pierwszy pojawił się szok ale szybko ustąpił miejsca spokojowi. Od tamtego czasu unikam jak ognia gier bez fabuły, wybieram te które można przejść od A do Z w maksymalnie 150 godzin. Najważniejsze to wyciągnąć odpowiednie wnioski i „zmienić płytę”.
W tym samym okresie co karty pojawiło się inne zainteresowanie i miało ono modną ksywkę i ludzką twarz. Zacząłem śledzić kanał twórcy który kupił mnie ogrywaniem strasznych gier a serię nazwał Horrojki. Rojson bo o nim tu mowa to persona znana w social mediach powiązanych z grami, choć zakres jego dokonań na polu artystycznym i sportowym jest równie wielki. To co ja uwielbiam najbardziej czyli strach on fenomenalnie połączył ze specyficznym humorem i w ten sposób zostałem jego fanem. Playlist na jego kanale jest mnóstwo i ciągle przybywa nowych filmów o coraz szerszej tematyce. Horrojki to jedna z najpopularniejszych serii. Nagrywał i wrzucał pocięty gameplay z Resident Evil, The Evil Withine, Outlast czy Layers of Fear. Na bieżąco oglądałem jego poczynania i zaspakajałem potrzebę grania w najnowsze tytuły, świetnie się przy tym bawiąc. Jego kariera też mi otworzyła oczy na biznes jaki można robić na grach. Za dzieciaka słyszałem tylko, że marnuje czas grając przed komputerem, to mi się w życiu w niczym nie przyda. Okazało się, że ci bardziej odważni rozwijali swoje zainteresowania korzystając z dostępnych narzędzi. Gracze próbowali swoich sił wrzucając swoje amatorskie filmy na YouTube, a rozgrywkę na żywo stream-owali na Twitchu. Nie popieram wszystkich w swoich działania poprzez ich popadanie w skrajność, a odbiorcami treści były nieodpowiednie do tego osoby. Staram się skupiać na pozytywach i wyciągać to co najlepsze będąc świadomym istnienia „ciemnej strony mocy”. Trend stał się rozwojowy. Popularne tytuły to te przystępne i proste w oglądaniu przez widza. Filmiki z gier stały się spersonalizowanymi serialami dla odbiorców w każdym wieku. Zabawa z grami podzieliła się na bierne oglądania i aktywne granie. Jednak pewna seria nie pozwalała mi siedzieć przed komputerem i oglądać jak inni ją przechodzą.
Nie spodziewałem się, że Assasins Creed tak mnie wciągnie, przecież na pierwszy rzut oka to taki ładniejszy Prince of Persia - zręcznościówka i nic ponadto. Takie zdanie zbudowałem sobie widząc coraz to nowsze odsłony Zabójców zestawiając ich razem z 30 minutowym doświadczeniem z Księciem. Zwiastuny skupiały się na powierzchownej warstwie, gdy głębia sięgała tematów wielce intrygujących. Czas oświecenia nadszedł wraz z zakupem czasopisma Cd-Action z trzecią odsłoną umieszczoną na płycie. W danym momencie nie miałem żadnej gry, w którą mógłbym pograć bez angażowania znacznej ilości czasu. Pierwsze godziny grania były dokładnie takie jak przewidywałem – historii wymykała się rozumowi, a ogrywany bohater odpychał całokształtem. Sporadycznie wracałem do rozgrywki aby wykonać jedną albo dwie misje fabularne i nie wiedziałem kiedy wszystko odwróciło się do góry nogami. Połapałem się w historii z teraźniejszości oraz zaprzyjaźniłem się z odgrywaną rolą w Animusie. Ilość detali, podejmowane decyzje i dialogi pod wpływem emocji wykreowały ponadprzeciętną charyzmę do Rdzennego mieszkańca Ameryki północnej. Tą sympatie, na którą musiał zasłużyć to ogrom pracy twórców , doskonale pokierowali losami dzikusa do roli wodza i autorytetu. Z każdą kolejną odsłoną miałem takie same odczucia względem protoplasty, którego przyszło mi prowadzić. Przyszło mi w następującej kolejności – opływać morza jako kapitan pirackiego statku, rozwiązać spisek w bractwie za czasów trzeciej krucjaty na ziemiach świętych, poddawać próbie greckie mity jako spartański wojownik, odbudował honor weneckiego rodu, przemierzał pustynie Egiptu chowając się w cieniu piramid jako prekursor bractwa, podróżował pociągiem po Londynie w towarzystwie zadziornego rodzeństwa oraz plądrował wioski nad rzekami Brytanii jako wybraniec nordyckiego boga. Każdej postaci towarzyszy inna epoka i mieszanka wydarzeń historycznych z legendami i spiskami. Teorie spiskowe to właśnie te intrygujący czynnik w core gry. Tworzy to całkiem spore uniwersum w którym prawda to pojęcie względne. Rywalizacja dwóch sił o wolność, sprawiedliwość i pokój na ziemi. Słuchając ich argumentacji i szerszej ideologi istnieje szansa na wpadnięcie w rezonans. To właśnie jest fajne bo prowadzi do dialogu wewnętrznego. Podważanie oczywistości aby zrozumieć sens istnienia cywilizacji. Sekrety to najciekawsze zadania poboczne w grze, a to zaledwie wierzchołek aktywności jakie można wykonać. Mapa obszaru po jakim się biega (ruch wykonywany przez normalnego człowiek wiąże się z byciem w tyle za Templariuszami) to architektoniczne cudo dlatego nie daje za wygraną i zwiedzam każdy zakamarek. Zmiany w rozgrywce są kosmetyczne chyba, że porównam pierwszy z ostatnim wydaniem – wtedy mamy do czynienia z odmiennymi gatunkami. Nadal brakuje mi kilku tytułów do ogrania ale mam misje poza światem gry, aby zbudować kolekcje wydań pudełkowych wszystkich Assasynów. Konkretnie wydania na konsole PS4, bo na tym sprzęcie rozwijam skrzydła przed skokiem wiary.
To był skok z najwyższego punktu na mapie aby zdecydować się na zakup konsoli Playstation 4 Pro. Nie oszukiwałem swoich finansów i wziąłem ją na raty. Spełniłem małe marzenie z dzieciństwa - miałem oryginalny sprzęt specjalnie do gier. Komputer naturalnie przeszedł do lamusa. Swój zakup usprawiedliwiałem jakbym był winny potrzebie zaspokojenia nowoczesną rozrywką. Moja córka dorastała i zaczęła się interesować elektroniką, chciałem, aby miała taki sam dostęp do świata wirtualnego jak ja. Wspólne granie to aktywne uczestnictwo w narodzinach zainteresowań u dziecka. W tym celu kupiłem Trylogie Spyro abyśmy razem przemierzali bajkowy świat smoków. Na początku obserwowała by w krótkim czasie stać się uczestnikiem wspieranym przez Ojca w walkach z bosami. Większość czasu jednak spędzam sam i uważam ten zakup za udany. Choć ptaszki ćwierkały, że do wydania nowej generacji zostało kilka lat, to zakupiony sprzęt pozwalał na ogrywanie najlepszych dostępnych tytułów na rynku. To mi w zupełności wystarczało. Moje wymagania nie były duże, Assasins Creed 3 ogrywałem na laptopie, który potrafił się zacinać na średnich ustawieniach. Wszystko co płynnie chodzi na wysokich ustawieniach było zbawienne, nawet jeśli ekran ładowania zajmował większość zaoszczędzonego czasu. Mój telewizor sprzed dekady dawał rade chociaż wersja Pro była przystosowana do rozdzielczości 4K. Wychodzę z założenia, że będę się rozkoszował grafiką dobre pół godziny, a potem liczyć się będzie wyłącznie grywalność tytułu. Moi znajomi wymieniają telewizory dla zwiększenia doznań wizualnych i jako obserwator rozumiem w czym tkwi magia. Zawsze wtedy wracam do siebie i przy wciągającym tytule zapominam czego niby brakuje do pełni cieszenia się konsolą. Tak to wyglądało jak ogrywałem God of War. Dostrzegałem piękny świat Midgardu ale fabuła wznosiła się znacznie ponad przyziemne wrażenia. Do nowego sterowania musiałem się przyzwyczaić . Pad choć intuicyjny w grach wyścigowych i platformówkach potrafił wzbudzać irytacje w namierzaniu celu. Twórcy wpadli jak ułatwić życie graczom i w wersjach konsolowych umieścili automatyczne namierzanie dla chętnych. Byłem bardzo chętny kiedy w końcu zdecydowałem się zainstalować Red Dead Redemption 2 dodane jako gratis do konsoli. Operując całe dotychczasowe życie klawiaturą i myszką zdarzało mi się trafiać headshoty z łuku czy strzelać serią w biegu. Teraz rozwiązaniem sporów siłowych było skradanie się i celowanie z ukrycia albo duże ładunki wybuchowe. Koniec końców nauczyłem się trochę lepiej sobie radzić ale bez porównania gorzej niż na pececie. Upodobania do otwartych światów na konsoli tylko rozgorzało za sprawą kolejnych Assasynów i im podobnych tytułach. Mapa pełna aktywności i „znajdziek” to miód na serce eksploatatora. Odkrywanie sekretów daje satysfakcję zwłaszcza jeśli do realizacji potrzebne jest coś więcej niż wiedza ale też spryt, logika i wytrwałość. Za wypełnienie zadania na platformie sony dostajemy trofea, lepsze im trudniejsze było wyzwanie. Epicka statuetka wymaga nie tylko przejścia gry ale zrobienia tego na 100% oraz wykonanie nieraz zwariowanych czynności. Wzbudza to motywacje do poszukiwań i uzupełnieniu kolekcji. Skoro mówimy o trudnych wyzwaniach...
Poziom trudności w grze jest stworzony dla graczy z doświadczeniem w boju lub zupełnych laików. Jeśli chcemy je nabić albo tylko spróbować będziemy wybierać średni i niżej. Dla wymagających i chcących przejść jeszcze raz są wyższe i tak zwane koszmary. Ta podstawowa opcja doskonale spełnia swoją funkcje o ile występuje w grze. Przykład który zmieszał z błotem poziomy trudności zostawiając tylko ten ostatni doczeka się szerokiego opisu. Za przystawkę pozycja w oprawie komiksowej, na pierwszy rzut oka dla dzieci. Cuphead opowiada prostą i wyjątkowo mroczną historię. Dwóch braci o głowach w kształcie filiżanek udaje się do kasyna prowadzonego przez samego diabła. Wciągnięci w niebezpieczną grę przegrywają swoje dusze. Jedynym wyjściem jest wypełnienie kontraktów na duszę pozostałych dłużników. I tym cukierkowym opisem fabuły pokazuje z jakim przekleństwem przyjdzie się mierzyć. Dla niepoznaki świat jest mały ale wypełniony samymi grubymi rybami. Przeciwników tu brak, walka toczy się każdorazowo z górującym nad nami dłużnikami diabła. Czasami to zwykłe przedmioty z wesołymi buziami, które przybierają na dalszych etapach starcia wredniejszą formę. I tak śmierć otwiera nowe drzwi. Na pierwszym etapie możemy już doprecyzować nasze zachowanie ale zmiana zachowania wroga oraz scenerii znowu uśmierca marzenia o szybkiej wygranej. Brzmi jak masochizm w czystej postaci i taki jest, bo trzeba z godnością przyjąć na klatę wszystkie porażki i wyciągać wnioski. Cierpliwość popłaca i tym razem. Nie czułem większej radości w grze komputerowej niż w chwili pokonania legendarnego przeciwnika, z którym męczyłem się wiele godzin. W pamięci te starcia zostają na zawsze, bo jak wyrzucić z głowy ponad setkę podejść do królowej Valkirii z Boga wojny. Cuphead oferuje to na każdym kroku, a im więcej bossów odhaczymy tym mocniej duma wypycha pierś do przodu. Dzięki tej przygodzie zainteresowałem się podobnymi gatunkami z pogranicza tortur dla zmysłów. To co mnie do Dark Souls przyciągało, czyli wymagająca gra pełna trudnych przeciwników i możliwości zgonowania za każdym zakrętem, odpychała zarazem. Pierwsza próba zakończyła się na szybkim odbiciu się od pierwszego bosa i zupełnym niezrozumieniu gry. Dałem sobie trochę czasu, być może musiałem dojrzeć albo bardzo się nudzić. I tak ponownie odpaliłem po wielu miesiącach grę Dark Souls 3 i zdecydowanie było warto. Zacznę od fabuły, a właściwie minimalizmu jakim operują twórcy. Dawno się z czymś takim nie spotkałem, o ile w grach miałem z tym kiedykolwiek styczność. Nie jestem prowadzona za rączkę, nie są mi podsuwane pod nos oczywiste informacje. Dojrzałość projektu polega na jego zrozumieniu, a nie wykonywaniu poleceń. Wszystkiego trzeba się nauczyć samemu, odkryć o co właściwie chodzi. Jesteśmy zupełnie niemi, jest tylko kilka postaci które mówią bardzo niewiele. Wraz z pokonaniem pierwszego bosa mamy możliwośc poznania pierwszych NPC w grze. Przed nami byli inni co czyni nas kolejnym kandydatem, broń Boże wybrańcem. Lokacja startowa mogłaby być sceną po napisach z filmu Buried z Raynem Reynoldsem. Pierwszym skojarzeniem był czyściec dla zmarłych. Komnata zjednoczenia to port centralny całej wycieczki. Wokół rozpalonego ostrza na postumencie zasiadać mają władcy pogorzelisk, pierwsza część jest prosta bo wynika z dostania się w to miejsce. Odnalezienie odpowiednich 4 liter dla siedzisk już przewija sie przez całą produkcje, choć wystarczą prochy po starciu z nimi. Tylko jedno chucherko podejrzanie macha nogami na jednym z wysokich tronów. Na głęboką wodę w tym wypadku znaczy również z kulą u nogi. Ogromny świat bez podziału na ekrany ładowania przemierzają nieumarli, potwory, demony i dziedzice ognia. Ogień w grze reprezentuje najwyższą wartość. Płonący miecz wbity w ziemię jest kapliczką odnowienia i portalem, a płomień ma prowadzić do celu podróży. Żar zebrany po pokonaniu bosa rozpala protagoniste i wzmacnia jego statystyki. Ogień odsłania prawdę o tym świecie ponieważ wypala kłamstwo, w taki sposób odebrałem słowa strażniczki ognia. Strażniczki pozbawionej oczu, piastującej swoją funkcję jakoby naszej służki. Przy niej mrok płynący z uniwersum Soulsów wydaje się lżejszy do udźwignięcia. Wyściubiając nos z bezpiecznej przystani kierujemy się ku mniejszemu zagrożeniu. Klimat tajemniczości przenika wątłe ciało bohatera. Lwią część fabuły można wyczytać z łupów, które jak przystało na gry fabularne mają swoje opisy. Reszta to nasza analiza i łączenie punktów. Mapa była by błogosławieństwem od losu. To z kolei ułatwienie i możliwość planowania dalszych kroków. Lepszym rozwiązaniem jest wielokrotne zgonowanie w tym samym miejscu, oddalonym od kapliczki i przedzieranie się przez tę samą hordę potworów. Nauka przez rozrywkę, czyli jak rozwijać pamięć i koncetracje. Jak w prawdziwym życiu to punkty widokowe odsłaniają mgłę naszych dalszych losów. Wraz z dużym postępem w grze kierowałem się nad przepaść za wrotami zamku Lothrica, gdzie widać horyzont zdarzeń, moje przeszłe i przyszłe zmartwienia. Pułapki rozsiane po świecie mają odbierać życie, straszyć, a nawet blokować dostęp do nagrody. Pułapka w jaką mi przyszło wpadać najczęściej jest ocena mobilności zwykłego przeciwnika ciągnącego ciężką broń. Na pierwszy rzut oka, odradzający się przeciwnik nie powinien mieć siły i sprytu chempiona. Dla takiego gatunku jegomości wymyślono pod tytuł szlachecki – miniboss. Walka kończy dywagacje na temat poziomu trudności. Łaska spłynie na wybranych, tych którzy przełknął dumę i po złości pozornie się poddadzą, by w chwili wyciszenia poza grą, poznać i zrozumieć schemat na wygraną. Śmierć to klucz a my przeciągamy linę zwycięstwa na swoją stronę za każdym razem, gdy pojawiamy się ponownie na lini Startu. Czytanie z ruchów dziedziców ognia kolejnego ataku to szansa na unik lub blok, gdy wcześniej czubek głowy robił za tarcze z punktami. Obrażenia jakie zadajemy pochodzą z różnych źródeł i przed starciem należy skomponować odpowiedni zestaw. Należy pamiętać, że gdy pasek zdrowia wroga szczęśliwie dla nas maleje, to po przekroczeniu półmetku wersja demonstracyjna dostaje aktualizację do ostatecznej i bezbłednej formy. Podobnie rzecz wyglądała z rywalami Goku w anime DragonBall, bliski przegranej staje się potężniejszy po transformacji pozostawionej na czarną godzinę. Z nieba do piekła ale jak nie kochać takiego obrotu spraw. Główni bossowie zasiadają na wcześniej wymienionych tronach linii fabularnej, pozostali przeciwnicy, od konusów do dryblasów, mają swoje powiązania ze światem. Każdy coś znaczy i z każdego "dropi" dusza, wszechstronna waluta umożliwiająca rozwój postaci i wymianę handlową. Dusze wchłaniają sie w naszą postać automatycznie po powaleniu ich posiadacza. W nawiązaniu do dusz to warto wspomnieć o tych solidnie przytwierdzonych do innych graczy. Gra jest połączona z serwerem głównym i istnieją różne interakcję w trybie solo. Wiadomości pozostawione przez innych śmiałków na ziemi. Cżęsto są to przestrogi ale bywają kontekstowe podpowiedzi widoczne dla całej społeczności. Przenikają się nawet plamy krwi, czyli zapis ostatnich sekund życia innego gracza przed śmiercią. Im więcej ich w danym obszarze można spodziewać się problemów. Występują również połcienie, smugi z równoległej gry, ich znaczenie jest dla mnie tajemnicą lub nie jestem jeszcze godny tej wiedzy. I tym mrocznym aspektem skończyłem rozprawkę na temat gier. Czas w takim razie na podsumowanie i puente.
To zaistę kawał mojego życia z przemyśleniami. Czas spędzony z grami to progres, nauka o sobie i tło historyczne mojego życia. Każda gry ma swoje umiejscowienie i odbiór jest przez to uzależniony od czynników emocjonalnych. W pamięci zostaje przeżycie danej chwili i po latach starałem się odbudować kilka z takich chwil ale nadaremno. O pomniejszych tytułach nie wpominałem choćby kilku zdań ponieważ książka składa się też z innych rozdziałów. A to co aktualnie ogrywam zostawie na sam koniec. Poświęciłem tej kategorii sporo czasu, opierałem się na spisie treści i rozbiłem to na kilkanaście sesji. Jest to temat który jak pokazują magazyny a w następstwie także Youtube, nadaje się na subiektywne treści. Przygoda się tu nie kończy, wieża doświadczeń growych nadbudowuje się z każdym rokiem o nowe cegiełki. Nie planuje jeszcze zakończyć budowy spiczastym dachem pamięci dlugotrwałej. Pora zgasić światło i przejść do opisywania kolejnych działów w iść magicznym stylu. Lumos.
Ze wszystkich chwil spędzonych w Łodzi z Nastką zapamiętam ostatnią – urzeczywistnienie się Horroru dziecka. Były pewne symptomy, które wpływały na mój odbiór weekendu, ale starałem się je trzymać dla siebie. Zwykle odbieram swoją księżniczkę w sobotę z rana. Wyjątkowo w piątki jeśli któreś z rodziców z powodu sił wyższych potrzebuje przesunięcia, tak też było teraz. Unikam piątków jak ognia. Podróż jest męcząca, a ruch samochodowy staje w tych samych miejscach co tydzień. Odbierałem córkę prosto z przedszkola z ciążącym limitem czasu. Skończyłem wcześniej pracę i sprawdziłem drogę przez S8. Całe szczęście w porę zjechałem z ekspresówki i objechałem Warszawę od południa. Aż głupio przyznać ale pierwszy raz odbierałem Anastazję z jej aktualnego przedszkola i zostałem wylegitymowany. Gdy już udało się potwierdzić tożsamość odebrałem córkę i dyplom z pasowania na przedszkolaka. Przed nami była krótka podróż do Zgierza pod Łodzią, porównując tą do Białegostoku. Długi dzień pełen wrażeń, deszcz przez większość dnia i monotonna jazda ukołyszą każde dziecko. Po 19 zajechaliśmy na miejsce i opłaciłem pobyt za dwie noce. Mała się rozbudziła i skakała z łóżka na łóżko. Ja po szybkim prysznicu miałem zamiar odpłynąć przy oglądaniu filmu na laptopie. Skończyło się na tym, że to ja ostatni gasiłem światło.

Sobota z całego weekendu miała największe szanse na kilka godzin wolnych od deszczu. Po ostatniej nie udanej wyprawie do Zoo postanowiłem, że tym razem pogoda nie pokrzyżuje Nam planów i nie spłoszy zwierząt. Orientarium szczyci się mianem najnowocześniejszym Zoo w Europie. Poświęciliśmy cały dzień na wydaniu subiektywnego werdyktu. Anastazja widziała pospolite stworzenia w małym Zoo w Białymstoku, a to w Warszawie zwiedzała z Mamą. Najciekawsze do tej pory było Oceanarium w Kompleksie Świętokrzyska Polana. Takie są Nastki doświadczenia dlatego spodziewałem się, że większość zwierząt zobaczy po raz pierwszy w życiu. Dla mnie było to odświeżenie pamięci z wizyty w Zoo w czeskiej Pradze. Obserwując miejsca gdzie gromadzą się tłumy można wyciągnąć wnioski jakie zwierzęta zaskarbiają uwagę zwiedzających. Gabaryty mają branie bo i czemu by nie skoro rzucają się najbardziej w oczy. Słonia afrykańskiego najlepiej widać z drugiego piętra. Byliśmy świadkami czułości najstarszego osobnika ze stada, posiadającego już tylko jeden dorodny kieł, który oplatał trąbę drugiego słonia. W tych powolnych ruchach jakie wykonują te olbrzymie zwierzęta jest coś majestatycznego. Gdyby mało było oglądania spacerów w słońcu to popołudniu czekała widowiskowa kąpiel. Na kwadrans przed akcją na wprost szklanej szyby zgromadziła się pokaźna widownia. Zachęcano słonie do wejścia do „brodzika” przysmakami, a następnie polewano je wodą. Gdyby komuś było mało dużych zwierząt to najwyższe są żyrafy. Natrafiliśmy na trzy sztuki zajadające świeżą trawę. Z tabliczek dowiedzieliśmy się, że dwie pochodzą z Holandii, to wiele tłumaczy w kwestii posiłku. W kwestii kociaków to nie oczekujmy ryków, kłów i pozowania. Tygrys był znudzony i para lwów przechodziła właśnie ciche dni w ich związku. Trudno było je wypatrzyć wśród zarośli a co dopiero zrobić pełnoprawne zdjęcie. Jest takie miejsce które zawsze spełnia oczekiwania dużych i małych – akwaria pełne kolorowych ryb. Łódź może się pochwalić wspaniałym szklanym tunelem, w którym obserwujemy nad głową przepływające rybki. Nam było mało rekinów dlatego skorzystaliśmy z okularów VR aby przenieść się na Bahamy i pływać z żarłaczem tygrysimi. Dzięki ruchomym fotelom miało się wrażenie płynięcia na grzbiecie jednego z takich drapieżników. Jak wspominałem wielkość ma znaczenie i dla niedomówień dodam, że w Zoo. Doświadczań można wieloma zmysłami, dotyk jest szczególnie ważny dla ludzi. Kto się odważył włożyć rękę do małego zbiornika wody z podejrzanymi rybkami ten gwałtownie wyciągał ją z powrotem. Dzieci chichotały i testowały swoją odporność na łaskotki. Jeszcze pierwsza sztuka nie zdążyła poskubać palca, podpływała z otwartym pyszczkiem i lekko musnęła ogonkiem po ręcse i znowu słychać śmiechy. Skusiły mnie te wesołe buzie i takiego peelingu dłoni w życiu nie miałem. Zleciały się z całego akwarium do największej zdobyczy czym wywoływałem na niektórych twarzach zazdrość. Pozostałe zwierzęta przynajmniej na dzieciach nie robiły wrażenia. Spacerkiem po Zoo zrobiliśmy blisko 10 km. Zdecydowałem się upamiętnić wizytę w Orientarium w Łodzi monetami kolekcjonerskimi. Automaty znajdowały się na terenie parku Zoologicznego, a w ich wnętrzu dwie sztuki z wizerunkiem tutejszej fauny. Jeden automat się zawiesił i nie zdobyłem całej kolekcji. Dwie sztuki trafiły do mnie, a drugie tyle wybrała sobie Nastka. Dobrze wyszło ponieważ sklep z pamiątkami nie oferował nic oryginalnego. Ceny dla większości odwiedzających turystów były straszne do tego stopnia, że mogło to mieć związek ze zbliżającymi się świętami. Czas wykorzystaliśmy do maksimum na zwiedzanie ze zdjęciami i to co najcenniejsze – wspólnym doświadczaniu i rozmowach. Ostatnie godziny ładowaliśmy baterie beztroskim leniuchowaniem. Przed nami deszczowa niedziela bez planów lecz z dużym apetytem po sobocie.
Wstaliśmy wcześnie, jedni chętniej od drugich. Gdy mała się bawiła ja skrupulatnie zbierałem nasze rzeczy. Poświęciłem więcej niż zwykle czasu na spakowanie i jak się miało okazać ze słabym efektem. Dostałem namiar na ogród botaniczny w Parku Źródliska. W sąsiedztwie znajdywało się muzeum kinematografii. Kino to spora część mojego życia i wisienka na wycieczkowym torcie. Plany same się spisały wystarczyło tylko otworzyć się na propozycje. Padało od wielu godzin i alejki w parku zmieniły się w rwące rzeki. Próba stawiania kroków na liściach nie odwlekła zmoczenia butów. Do końca dnia miałem za bagaż dyskomfort. Na pietrze Palmiarni zjedliśmy niesamowite gofry. Na talerzu udało im się zmieścić potwora w kształcie plastra miodu z rumianą skórką. Ilość słodkich dodatków przerosło możliwości 5 letniego dziecka. Ja tymczasem zapijając kawą połakomiłem się na jej porcje. Schodami w dół zeszliśmy do kasy biletowej. Opłaciliśmy wejście i przenieśliśmy się do dżungli. Powiedzieć o mnie amator roślin to nie powiedzieć nic. Jak nie wysuszę to przeleje kwiaty doniczkowe. Trafiłem do miejsca gdzie wszystko co zielone żyje i ma się dobrze, ponieważ ja tym nie zarządzam. Starałem się nawet długo nie przyglądać aby nic im się złego nie stało. Ogród był podzielony na trzy strefy klimatyczne z roślinami w nich występującymi. Zobaczyłem różne gatunki kaktusów, poczytałem o drzewie kawowym i zadarłem głowę za wysoką palmą w centrum szklarni, uznaję to za dobrze wykorzystany czas. Myślami już spacerowałem po Muzeum które znajdowało się rzut kamieniem od Palmiarni. Przed budynkiem figury Filemona i Bonifacego, serialowych kotków z lat 80 wyprodukowane w Łódzkiej wytwórni filmowej Se-ma-fora. Zaczęło się robić sentymentalnie idealnie do panującej pogody. Wewnątrz pałacu Karola i Anny Scheiblerów historia narodziła się na nowo. Docenić wartość eksponatów można dzięki określeniu ich powstania na osi czasu, ta perspektywa pokazuje ogrom pracy wynalazców i artystów. Dla Anastazji szybki rzut okiem wystarczył aby przyswoić wiedzę i z impetem lecieć do kolejnego pomieszczenia. Dobrym pomysłem okazało się umieszczanie najróżniejszych szkiców, scenariuszy i fotografii w szufladach oraz szklanych ramach. Nastka sprawdziła każdy zawias, dbała o te niepozorne elementy prawie jak kustosz odpowiedzialny za bezcenne dzieła. Nie umiałem przekazać swojej fascynacji filmem, znacznie lepiej wychodziło to Muzealnikom jakich napotkaliśmy w różnych częściach pałacu. W salonie na parterze wysłuchaliśmy ciekawostek na temat Anny Scheiblerówny podziwiając przy tym drewniane zdobienia na wszystkich płaszczyznach pomieszczenia. Trzeba oddać wykonawcom i właścicielce niepowtarzalność, każdorazowe przejście przez próg oznaczało aranżacje przypisaną do sali. Na pietrze zostaliśmy po ilustrowani jak za dawnych czasów łączyło się taśmę filmową. W pokoju z nagrodami filmowymi , w tym z Oscarem za Idę , zrobiliśmy dłuższą pauzę. Pani opowiadała Nastce jak robić zdjęcia zachodowi słońca i śpiewała piosenki z Pana Kleksa. Jeśli coś ma pomóc jej dobrze wspominać tę wizytę to z całą pewnością ich trójca. Po wyjściu z muzeum trudno było dostrzec zmianę w aurze. Przyszła pora pożegnać się z Łodzią i wrócić pod Warszawę. Ważnym aspektem dnia miało być przeczytanie Bajek o tytułach wymyślonych przez Anastazje. W tym celu zatrzymaliśmy się w kawiarni w Piasecznie. Wyciągnąłem laptop i czytałem co udało mi się stworzyć na podstawie podmiotu i orzeczenia. Zależało mi na spisaniu jej szczerych reakcjach na to co słyszy. Na tej podstawie wyciągnę wnioski na przyszłość. Właśnie ta forma pisania przypadła mi do gustu i jeśli poświęcę więcej uwagi dla odbiorcy to miałbym gotowy produkt. 11 Bajkę stworzyliśmy razem a jej tytuł to „Smutna łyżka do butów”. Nastka i jej Jedenastka okazała się udanym eksperymentem. Resztę wieczoru opowiadaliśmy sobie straszne historię. Dochodzę do punktu kulminacyjnego, fala zbliża się do brzegu i za chwilę woda wedrze się w głąb lądu. Chciałem lekko podkręcić atmosferę i zażartowałem, że jej pluszowa maskotka „Kruliś Tuliś” się zgubił. Małej zrobiło się smutno, dotknęło ją to personalnie, wszedłem na grząski grunt. Mała zaczęła dopytywać, gdzie on jest. Od słowa do słowa zdaliśmy sobie oboje sprawę, że towarzyszył Nam podczas tego weekendu. Nie pakowałem go i nie pamiętałem kiedy ostatnio go widziałem. Smutek zmienił się w lament, rozumiałem jej ból i było mi bardzo przykro. W takim stanie zostawiłem córkę w Piasecznie. W drodze powrotnej miałem czas pomyśleć co zrobić z tą sytuacją, bo należało uczynić wszelkich starań dla zapłakanego dziecka. Jedynym miejscem w jakim mógł zostać to pokój hotelowy, najprawdopodobniej za łóżkiem obok okna, tam gdzie spała Anastazja. Wierze w siłę przyciągania, skoro bardzo chciałem to musiało się udać. Następnego dnia miałem już plan, napisałem maila do Hotelu wyjaśniając sytuacje w jakiej znalazłem się ja i córka, wysłałem w załączniku zdjęcie zabawki dla uniknięcia wątpliwości. Do połowy dnia żadnej odpowiedzi dlatego zadzwoniłem bezpośrednio do właściciela. W głosie wyczułem empatie i chęć pomocy. Miałem wykonać telefon następnego dnia po przeprowadzonej rozmowie z obsługa Hotelu. Kolejny dzień i kolejny telefon, tym razem rozczarowujący - nie znaleziono pluszaka. Przeczucie ciągu dalszego nie opuszczało mnie od tamtej rozmowy. Choć informacja była zła to nie pogrzebała finalnie sprawy. Chciałem odczekać kilka dni i namolnie prosić o to samo jeszcze raz. Dwa dni później dostałem telefon, głos w słuchawce przedstawił się i poinformował, że dzwoni z Hotelu w Zgierzu. Tyle mi było trzeba, aby wystrzelić jak rakieta w górę, jak małe dziecko wypełniało mnie wyłącznie szczęście. Króliczek się znalazł i czekał aby go wysłać do właścicieli. Tego samego dnia przekazałem dobre nowiny dla Anastazji, nie wierzyła, że to ten sam. Zapał Taty i odrobina szczęścia przyniosło efekt. Maskotka kupiona przed jej urodzinami była ważna również dla mnie, zawsze Nam towarzyszy i chciałem aby stała się tą ulubioną. Po takich przeżyciach zupełnie inaczej patrzę na swoje ojcowskie obowiązki. Czuję dumę z wykonania zadania, nie zawiodłem córki ani siebie. Historie z dreszczykiem winno się czytać w bajkach, na ich doświadczanie będzie jeszcze czas.

Wspomnienia liczą się w przygodach z dodatnim lub ujemnym ładunkiem. Szybko się przekonałem, że 30 września będzie pod kreską. Zanurkowałem na układzie współrzędnych pod osią X i to z lewej strony. Matematyczne porównania pomogą zrozumieć i przy okazji znaleźć złotą liczbę. Zmienna pogoda to kwestia ubrania, w krajach o deszczowym klimacie obywatele nie siedzą w zamknięciu z powodu chmur na niebie. I chociaż to pokrzyżowało poranne plany to zawód przeżyliśmy popołudniu. Wracając do mżawki jaką zastaliśmy w stolicy, to wątpiłem w pojawienie się zwierząt w Zoo. Szybkie równanie i wyszło mi, że X muszę szukać w atrakcji położonej blisko chociaż po drugiej stronie kreski ułamkowa, czyli Wisły. Pod Centrum Nauki Kopernik trafiłem na wątpliwej jakości miejsce postojowe, a w dodatku nie mogłem opłacić postoju u bramkarzy. Tak, jest taka funkcja społeczna. Jeszcze silnik pracował, gdy w oknie obok spuchnięta od tysięcy walk buzia wyrażała gniew i radość jednocześnie. Argumenty, aby odpuścić, bo dziś jest sobota wolne od opłat, zdawały się nie docierać do fioletowych uszu. Myślałem, że ustąpił i wrócił na swój „kawałek podłogi” ale wtedy zobaczyłem jeszcze dwóch jego kompanów wpatrzonych we mnie i w auto. To groziło mandatem i trafieniem na czarną listę obywateli. 4 minuty drogi stąd jest Zoo i przestało kropić dlatego znowu zmieniłem kolejność wykonywania działań. Policji było wyjątkowo dużo na ulicy i towarzyszyły im wolontariusze przy pachołkach. Już widywałem takie sceny i szybko znalazłem wspólny mianownik – bieg uliczny. Sprawdziłem w telefonie co dzisiaj się takiego dzieje i okazało się, że odbywa się kolejna edycja Biegnij Warszawo i blokuje ruch drogowy w okolicy CNK i Stadionu narodowego. W okolicy Zoo było znacznie bezpieczniej zostawić auto. Na lekki deszcz założyliśmy bluzy z kapturem. Pospacerowaliśmy po parku Praskim i nie wiedzieć kiedy znaleźliśmy się pod stadionem PGE. Przez przygotowania do koncertu Disco-Polo dostępu na trybuny nie było. I tak obeszliśmy całe gniazdo dookoła aby się upewnić. Robiło się coraz głośniej, a to za sprawą Festiwalu Kół Gospodyń Wiejskich. Jak widać działo się w okolicy całkiem dużo dla innego odbiorcy. Przez ten czas pogoda się nie poprawiła, a bluzy nasiąkły wodą. Zjedliśmy na drogę i ustawiłem kolejny punkt na trasie – Radom. Wybrałem tą miejscowość z powodu bliskości do niedzielnej atrakcji i rozsądnej cenie hotelu. Szukałem długo i posiłkowałem się Youtubem ale nawet po przecinku w wartości setnej czy tysięcznej było ciągle zero ciekawych miejsc. Zostało zacisnąć zęby i wyjść na deptak prowadzący do „kolorowych fontann” jak je nazwała moja córka. Chciałbym mieć tak prosty system oceniania zero-jedynkowego. Ja widziałem jednak coś bardziej przypominającego pęknięcia rury z wodociągu i kilku światełek w płytkach chodnikowych. Musiałem poprawić sobie humor dobrą kawą i tu miłe zaskoczenie, bo znalazłem urocze miejsce z innej epoki. Córka zwilżała gardło lemoniadą, a ja popijałem słodką Lattę. Centrum Radomia rozczarował mnie i postanowiłem odebrać wcześniej kluczę do pokoju hotelowego. Potrzebowaliśmy zakupów na rano dlatego zrobiliśmy sobie jeszcze jeden spacer, tym razem do spożywczego. Wychodząc nie wiedziałem, że udajemy się z córką w misję, bo nawet to w Radomiu jest inne niż wszędzie. Najbliższy sklep położony o 300 metrów od Hotelu okazał się pułapką. Pustki na sklepowych półkach, lodówki mrożą powietrze, a obsługi więcej niż klientów. Śniadanie na jutro się oddalało, bo kolejne sklepy w okolicy były zamknięte o 16. Szukałem już nie tylko spożywczego ale i otwartego w danej chwili. To nie horror gdzie umieram z głodu oddając dziecku resztki z sałatki z kurczakiem. Zakupy udało się zrobić, a okiem wyobraźni widziałem jak pielgrzymi zachodzą do tej oazy dobrobytu gdzie i ja z Nastką nabyliśmy dobra podstawowe. Rozglądałem się po ulicy niosąc zakupy i zdałem sobie sprawę, że nuda to nie jest jedyne co określa trafnie to miasto – brud i zacofanie dodam zaraz obok. Ile bym nie pomnożył przez zero nadal daje zero, no totalna porażka. I w tamtej właśnie chwili rzucił mi się w oczy Radomski „mural” - napis na szczycie budynku głosił FAIL. Może to ja z innej rzeczywistości zostawiłem opis sytuacji z przestrogą. Od plucia ogniem zaschło mi w gardle. Dla równowagi drugi akapit z niedzieli będę idealizował.
Na Farmę Iluzji wybraliśmy się drugi raz. Tak wiele nas ominęło ostatnim razem, dlatego teraz poświęciliśmy cały dzień na zwiedzanie. Zapłaciłem za bilety więcej niż cena online ponieważ do końca nie byłem pewny pogody. Nie rozumiałem, że pogoda jest naszym sprzymierzeńcem i z jej pomocą będzie mniej ludzi na farmie. Doszło nawet do rozpogodzenia i słońce muskało policzki bawiących się dzieci. Z dostępnych atrakcji wyłączono basen i cyrk, punkty gastronomiczne ograniczono do dwóch najpopularniejszych. Zaliczanie obiektów zaczęliśmy od zawrotu głowy wywołanym pochylonym domem. Jakby tego było mało tunel zapomnienia i zakręcony domek to efekty samolotu w głowie, które szybko osiada mi na żołądku. Mojej małej nie wzruszają takie atrakcje, jej błędnik tak nie szalał i wracała do tunelu, aby sobie potańczyć. Jej wzrost nie pozwalał na samodzielne wejście na zautomatyzowane atrakcje. Najszybsza kolejka Dragon w moim ciele wywoływała przeciążenia kilku G, na zakrętach czułem strach przed wypadnięciem, a na domiar złego zdjęcie zrobione wyzwalaczem potwierdza powyższe. Przyzwyczaiłem się do pasów w aucie i komfortu podróży tak odmiennej do kolejki na smoku. Wole coś statecznego z ciekawym pomysłem jak Grobowiec Faraona bazujący na schemacie Domu Strachów. Dziewczyna z obsługi która nas oprowadzała próbowała budować napięcie. Jednak zobojętnienie w głosie było tak sprzeczne, że tylko dzieci mogły by się na to nabrać. Tupała w podłogę wypędzając pająki ze ścian. Po drodze leżały szczątki rzezimieszków chciwych na pochowane wraz z właścicielami skarby. Szkielety ruszały się a strażnicy w maskach Anubisa prześwietlali zwiedzających. Dostaliśmy się do ostatniego pomieszczenia gdzie znajdowała się krypta z sarkofagiem. Już wiedziałem co się kroi i tylko spoglądałem na autentyczne reakcje Nastki. Gdybym miał tyle lat co ona i pełny pęcherz to bym popuścił. Oczywiście nachodziliśmy się po całej farmie, kilka razy zaglądając w to samo miejsce. Takim symbolem wesołego miasteczka jest dla mnie konkurs rzutów do celu. 3 konkurencje i proste zasady, trafisz lub zbijesz dostaniesz mega pluszaka dla dzieciaka. Jakbym śmiał iść na łatwiznę gdy moje ego woła o wyzwanie. Pozwoliłem Nastce wybrać grę i dostałem najtrudniejszą - trafienie do dzbanka na mleko. Kolejna próba tym razem ja wybrałem – strącenie puszek z beczki. 3 rzuty to za dużo, dałem małej spróbować i zabrakło mi tego jednego pocisku, aby zrealizować plan. Mała się nie przejęła, ona już palce pokazywał gdzie chce iść. I tak chodziliśmy między smokami i jednorożcami, skakała na trampolinie i po linach oraz prowadziła samochodzik i łódkę na wodzie. Rodzice potrzebowali odpoczynku i zorganizowane show o pełnych godzinach spełniało ten warunek. Najlepszy był iluzjonista podczas swojego zabawnego występu zgromadził sporą publikę i gromkie brawa. Wyciągał gości na scenę i sypał taką ilością żartów, że spokojnie mógłby trafić do kabaretu. Czuł się jak ryba w wodzie i tym przyjemniej się oglądało jego występ. Dzień się kończył, farma się zamykała, a ja czułem potworny głód. Na długą podróż jaka mnie czekała przyda się podładować kalorie ale opcji zostało niewiele. I tu wkraczają na rendez-vous Panie z koła gospodyń wiejskich z przysmakami. Skąd się tam wzięły, nie mam pojęcia ale podejrzewam, że wypadły iluzjoniście z rękawa. Skoro chodzą wszędzie za mną musiałem odczarować zaklęcie, kupując od nich produkt regionalny. Pyzy wielkości kartaczy z okrasą smakowały i napchały brzuch. Nastka nie chciała nawet patrzeć na takie jedzenie, przyjdzie czas, że i za nią będzie chodziło koło gospodyń. Zanim to nastąpi będzie marudziła na jedzenie i to jak szybko zleciał ten weekend. W głowie się kręci od ilości atrakcji, skoro ja ledwo opisuję to co widziałem to jak mała to zapamięta?

W miniony weekend biegłem na trzech dystansach. Najbardziej zapamiętam 400 metrów z córką. Szykowaliśmy formę wdrapując się na Łysicę, spacerując nad brzegiem morza i w najróżniejszych sportowych czynnościach na świeżym powietrzu. To miało zapewnić udany start. Dbałem nawet o nastawienie psychiczne. Bałem się wyczerpania ze wszystkich sił na pierwszych 100 metrach. Podpowiadałem jak zacząć bieg , aby przedwcześnie nie skończyć zmagań. Oczywiście dziecko powinno doświadczać po swojemu, ale jako rodzic mogę przekazać swoją wiedzę dla poszerzenia perspektywy. Anastazja przed startem odrzucała nie tylko moją pomoc, ale i udział w jej biegu. Jeśli chodzi o kolejny start na dystansie 100 metrów to pewnie bym uległ jej namowom, na czterokrotnie dłuższym odcinku sprawa wyglądała zgoła inaczej. Udało mi się ją przekonać, że będę biegł z tyłu, aby mieć ją na oku, tak na wszelki wypadek. Nasza grupa wystartowała. Obserwowałem starania Nastki i jak nagle zwalnia, by w końcu się zatrzymać. Na pytanie co się dzieje, krzyczy na mnie ze łzami w oczach, że nie da rady biec z powodu bólu brzucha. Kolka mogła ją złapać ale nie wierzyłem w to co mi przyszło w pierwszej chwili do głowy. Złapałem ją za rączkę, motywowałem do biegu i ruszyła z miejsca. Byliśmy na szarym końcu gdy to się stało. Biegliśmy tak do mety zyskując pozycje. Nie ciągnąłem jej ze sobą, jedynie ofiarowałem swoje wsparcie. Chciałem wiedzieć jak się czuje gdy biegniemy razem, na co odpowiedziała, że lepiej jej się biegło trzymając mnie za rękę. Znajomość limitów swojego dziecka pozwala wspomóc go we właściwy sposób. Lekcja pokory i pewności co do drzemiących sił. Jak się potem okazało to stres wywołał ból, a co za tym idzie sparaliżował ją przed biegiem. Bliskość przełamała strach. Na mecie czekał zasłużony medal. Bieganie nabiera nowego znaczenia, gdy kolejne pokolenie zaczyna się interesować tym co lubi robić rodzic.
Sportowa forma przyszła i się rozgościła na kanapie mojego życia. Okazja do jej weryfikacji to biegowy weekend z Fundacją Białystok Biega. Rozgrzewka na dystansie 400 metrów opłaciłem nerwami swojej córki niż wysiłkiem fizycznym. Gdy ona „świętowała” przebiegnięcie dystansu ja myślami byłem już na nocnej piątce. Polubiłem wrześniowe biegi za przeprowadzenie nocą jednego z dystansów. Biega mi się wtedy zdecydowanie najlepiej. Wyniki poprawiłem z ubiegłego roku i z tego jestem dumny, bo oprócz dni spędzonych z córką, miałem na głowię inne ważne sprawy. Inteligentny zegarek na szczęście mi się rozładował i nie brał ze mną czynnego udziału. Nocną piątkę zacząłem od długiej rozgrzewki. Obawiałem się o swoje kolana dlatego skupiłem się w szczególności na ich dogrzaniu. Przy chłodnej aurze jaka panowała 9 września, temperatura mojego ciała była zbliżona temperaturze słońca. Fajerwerki nas wystartowały, a ja nie zamierzałem marznąć na tyłach. Stawiałem długie kroki i skakałem między pozostałymi biegaczami. Gdy moje nogi wysłały esemesa do głowy o tytule ”To już 2 kilometr”, ja mijałem chorągiewkę z cyfra jeden. To był punkt zawahania czy, aby na pewno dam rade tak szybko biec do końca. Nie dowie się ten, który nie próbuje. Dużo znajomych twarzy na trasie doładowuje lepiej niż standard Quick Charge. Spociłem się jakbym biegł w pełnym słońcu, mięśnie paliły jak diabli. Gdybym wtedy miał na nadgarstku smartwatcha pewnie bym otrzymał komunikat o zbliżającym się zawale. Tym czasem z językiem na brodzie wbiegłem na metę i przeżyłem wspaniałe chwile. Dawno nie miałem takiego tempa na oficjalnym biegu i średnia 4:47 podbudowała mnie. Spałem jak małe dziecko, twardym i długim snem.

Wstałem z łóżka sam, więc nie było tak źle. Założenia na niedzielny bieg były zgoła inne. Miałem przed sobą kolejny bieg, długi dzień z wieloma godzinami w podróży. Szybkie śniadanie jak szybka dycha. Tym razem na rozgrzewce przed startem usiadłem na trawie i wdychałem ciepłe powietrze. Zdołałem zaledwie kilka razy wymachnąć nogami i przeprowadzić bieg skrzyżny, choć wolę nazwę przeplatanka, bo lepiej określa czynności jakie robiłem nogami. Wystartowaliśmy o 10, a to znaczyło rosnącą temperaturę powietrza wokół nas. Upatrzyłem sobie cel w postaci innego biegacza, a właściwie biegaczki. Skoro mogłem wybrać to dlaczego mam się ograniczać do jednej płci. Biegłem za blondynką o zaskakująco równym tempie. Dało się ją polubić za gesty wsparcia jakimi obdarowywała mijanych zawodników. Byłem jej cieniem i mam nadzieje, że jeśli wiedziała o mojej osobie to motywowało ją to, tak jak ona stała się nieocenioną pomocą dla mnie. Wyjście z cienia nastąpiło przy Lesie Zwierzynieckim, jak się okazało miałem się z Blond Coachem jeszcze spotkać. Wbiegłem na metę poniżej godziny, zanim moi kibice zdołali dostać się na teren zawodów. Zdążyłem zostawić napoje w aucie i złapać Babcie z wnuczką na światłach. Następnym razem wyznaczę im strefę z krzesełkami i parasolem słonecznym. Najważniejsze, że się udało, a po wysiłku jaki włożyłem mogę być z siebie dumny. Całą rodzinką udaliśmy się na podziemny parking gdzie zostawiłem samochód. Obok mnie zaparkowała moja niedawna towarzyszka przygody. Nie ośmieliłem się zapukać w szybę i podziękować, dlatego niech ten wpis będzie ukłonem w jej stronę. Cały ten weekend był szalony i na wysokich obrotach. Znam ludzi, którzy to organizują i ogrom pracy jaki w to wkładają na wiele dni przed eventem. Skorzystałem z okazji i wymieniłem parę zdań z Grzegorzem i jego biegową rodziną. Miło było uścisnąć dłonie tak dawno nie widzianym osobom, przybić piątki kibicom na trasie i chłonąć przyjacielską atmosferę. Dzięki i widzimy się na kolejnym biegu organizowanym przez Fundację Białystok Biega. Kiedyś sam startowałem, ale w parze z córką smakuje to znacznie lepiej.

Wakacje z córką miały swoje dołki i wzloty. Obiecałem Anastazji w tamtym roku wyjazd nad morze na parę dni. Choć w 2022 zaskoczyłem ją i Babcie spontanicznym wyjazdem na jeden dzień nad plaże w Jantarze to przebicie tych planów okazało się trudniejsze. Na wakacje zwyczajnie mi zabrakło a serwis auta opóźnił się w czasie. Zapał we mnie usechł i w ramach rewanżu zaproponowałem atrakcję codziennie po pracy. Rzadko się widujemy a na domiar złego dwa wspólne tygodnie ograniczyły się do połowy przez wyjścia na 8 godzin z domu. Notorycznie przed spaniem pytała mnie o jutrzejszy dzień, czy wychodzę wcześnie z rana i zostawiam ją z Babcią. To było jak rozgrzane ostrze powoli przebijające klatkę piersiową. Odczułem na sobie jak źle postępuje po 10 dniach i przerwałem rozwijającego się raka. W oczach innych wyszedłem na tego złego, bo bez wcześniejszych ustaleń zażądałem wolnego, a na wydatki pożyczyłem ze spłata w nieznanym bliżej terminie. Wszystko to było nieważne bo dla dziecka byłem Ojcem realizującym swoje własne obietnice, przyjacielem do zabawy w każdym miejscu i światłem nadziei na lepsze jutro. Zarezerwowałem pokój na 3 noce blisko brzegu za przystępną cenę. Strzał w dziesiątkę lub przeoczenie ważnych informacji. Następnego dnia miało się okazać jak z własnej nieuwagi urozmaiciłem wakacyjną przygodę.

Czwartek miał się okazać zakamuflowanym poniedziałkiem. Do okrycia prawdy miało dojść po przyjeździe. Długo i smacznie się spało w błogiej niewiedzy. Zaraz po przebudzeniu zacząłem pakować walizkę i plecaki. Powiem szczerze, zabrałem ze sobą nawet laptop na wypadek wystarczających sił do pisania wieczorem. Zapobiegliwość czy naiwność? Skoro spakowałem sprzęt to na dokładkę dorzuciłem mobilny routera jakbym potrzebował sprawdzić atrakcje w okolicy na co nie miałem wcześniej czasu. Decyzje z rodzaju tych Jak brnąć to po kostki. W międzyczasie córka się przebudziła i dorzucała zabawki jakie chciałaby ze sobą zabrać. Tłumaczyłem z nutą hipokryzji, że na miejscu nie będzie na takie rzeczy czasu. Wyjazd zaplanowałem na południe i dałem sobie godzinę zapasu na dojechanie. Wybrałem dłuższą trasę przez mazury dla widoków. Zwykle wożę córkę zmęczoną i gotową do drzemki w aucie ale w zaistniałych okolicznościach musiałem wybrać środek dnia. Ten fakt i brak klimatyzacji miał swoje przykre konsekwencje. Mieliśmy kilka nieplanowany postojów z powodu samopoczucia. Godziny mijały a to co za oknem fascynowało tylko mnie. Są widoki które zapierają dech w piersiach i te wywołujące uśmiech ukrytego w dorosłym ciele dziecka. Złote fale – łagodne wzniesienia gęsto występujące w okolicy i pokryte pszenicą. Tak wyobrażam sobie raj - bieganie po złotych falach jak z filmu „Między piekłem a niebem” gdzie bohater trafia do wykreowanego świata z obrazu żony. W tle słyszałbym piosenkę Stardust – Music sound better with you. Choć starałem się urozmaicić zabawami podróż dla Nastki to narzekała na jej długość. Stagnacja dla ruchliwego dziecka musi być okropna, mnie szprycowano tabletkami na chorobę lokomocyjną i odcinało mi prąd. Zawsze dbałem o komfort córki, czas spędzany w aucie jest naszą wspólną częścią. Tak samo tym razem zawczasu umówiłem się z mechanikiem jednak z najróżniejszych powodów przekładał termin. Zostało chłodzić się przez otwarte okna jednak zmienna pogoda i uderzenia ciepła pokrzyżowały plany mojemu alternatywnemu rozwiązaniu. Odkupienie czekało na końcu dnia. Zajechałem pod adres i ponure przeczucie usiadło na moich barkach. Porządnie rozprostowaliśmy kończyny na placu zabaw obok domku zanim zlokalizowałem kwaterę właściciela agroturystyki. Pokój już na nas czekał a w nim wszystko czego potrzebowaliśmy. Najbliższy sklep był w miejscowości Braniewo i koniecznie musieliśmy się tam udać po jakieś artykuły spożywcze. Na powrocie mieliśmy przejść się po tutejszej plaży i odetchnąć z ulgą. Ulga to rarytas na jaki nie zasłużyłem. Małymi krokami zbliżam się do wyjawienia celu podróży. Nową Pasłękę zapamiętam na długo i będę wspominał żartobliwie. Woda owszem była ale z morzem miała niewiele wspólnego, a plaży nie byłoby nawet gdzie usypać. Ograniczeniem na jakie nie zwróciłem uwagi był zalew wiślany. Gafa to wsypać sól do kawy ale ja postanowiłem zawiesić poprzeczkę wakacyjnych pomyłek bliżej błękitnego sklepienia. Zostało nam podbić cukier we krwi i włączyć film na poprawę humoru. Fabryka w mojej głowie rozbłysła światłami trzeciej zmiany, nie ma miejsca dla snów, gdy trzeba ratować wyjazd na wszelkie sposoby.

Nie dałem za wygraną, chciałem zobaczyć i pokazać morze nawet jeśli musielibyśmy pokonywać kolejne kilometry. Powtarzałem sobie, że to nadal bliżej niż z Białegostoku, a na noclegu zaoszczędziłem, więc mogę dołożyć do paliwa. Ambicje sięgały, aż do Trójmiasta, miałem to zweryfikować na mapie w komputerze popijając kawę. Łącząc się z internetem sprawdziłbym odległość i czas podróży, miejsce parkingowe, pogodę czy restauracje. Z ręką na sercu sprawdziłbym bo improwizowania miałem dość, chciałem wylegiwać się na piasku. Nowa Pasłęka zaskoczyła mnie brakiem podstawowego dobra jakim jest internet. Wiedza i przygotowanie spakowałem do walizki którą zostawiłem. Czekało mnie poinformować małą o wyjeździe, a gdzie konkretnie trafimy to „niespodzianka”. Z ubiegłego roku pamiętam drogę na Jantar, ale żeby nie jeździć w to samo miejsce pomyślałem o pobliskiej Stegnie. Tym razem obeszło się bez korków przed mostami i udało się dojechać w godzinę. Krynica Morska brzmiała jak fajna opcja, szkoda jednak, że droga do niej wiedzie przez rozżarzony do czerwoności asfalt wołający przez nawigację – „Nie jedź tędy, droga to lawa”. Czas spędzony w aucie, można spędzić na piasku, a plaże różnią się nieznacznie. Stegna choć bliżej zaoferowała mi extra godzinę w samochodzie, już śpieszę z tłumaczeniem. Jak tylko wyszliśmy z lasu na piasek ludzie zaczęli się pakować. Do plażowania wystarczą mi dwa metry kwadratowe na koc – skąd ta przesadna życzliwość społeczeństwa – tego typu żarty rozluźniają moje spięte nerwy. Spodziewałem się cieplejszego przyjęcia. Morze latem kojarzyło mi się ze słońcem nad głową i studzeniem się w wodzie, nigdy odwrotnie. Zaparkowałem obok wejścia na plażę za cały dzień z góry, zamiast podnieść głowę do góry i opłacić zwykły parkometr. Jak wszyscy przed nami tak też my uciekaliśmy przed deszczem do auta. Dałem godzinę czasu pogodzie na zmianę nastroju, a w tym czasie ogrywałem córkę w karty. Gra w wojnę pokemonami rozweseliło jej buzię i było jej wszystko jedno gdzie, ważniejsze było z kim. Wróciliśmy na plażę w Stegnie po pierwszej popołudniu i puściłem Nastkę do wody. Sam wszedłem tylko raz i chciałem już tylko leżeć brzuchem do góry i oczami wlepionymi w jej beztroską zabawę z falami. Słońce się schowało, więc owinęliśmy się ręcznikami i najzwyczajniej w świecie zasnęliśmy. Tak nie wiele trzeba, żeby się odprężyć. Im bliżej końca dnia tym więcej myślałem o kolejnym. Do Nowej Pasłęki droga była szybka i komfortowa, ciśnienie atmosferyczne spadało a mój mały pasażer poddał się zmęczeniu. Resztę dnia spędziliśmy podobnie do poprzedniego.

Leniwy sobotni poranek i późne śniadanie – wakacje rządzą się innymi zasadami. W telewizji leciał film TomorrowLand i wyjątkowo wpłynął na moje dalsze podejście. Mała oglądała w skupieniu dla pięknych ujęć, gdy ja wyłapałem anegdotę, która posłużyła mi za oddzielny temat do refleksji. Baterie podładowane, brzuchy najedzone, plany nakreślone, a w praniu wyjdą ich prawdziwe kolory. Ciekawa scena miała miejsce za drzwiami. Wśród nowych gości znalazła się rozczarowana rodzina. Mężczyzna opisywał jak jego żona i córka nie mają co tu robić. Z balkonu doradzała mu właścicielka pensjonatu i dla nie poznaki wymieniała atrakcje oddalone od Nowej Pasłęki o dobre 50 kilometrów. Zrobiło mi się raźniej, to nie jest tak, że moje roztrzepanie jest unikatową cechą. Wsiedliśmy do Opla i tyle nas było widać. Mikoszewo padło wyborem z powodu...dostępu do morza. Nie było specjalnych kryteriów, nie chciałem się rozczarować. Faktycznie to niespełnione plany wywołują frustrację w wakacje, po co to komu do szczęścia potrzebne. Znaleźliśmy miejsce parkingowe obok restauracji kawałek od morza. Uroki tych okolic pozwalają na wcześniejszy spacer przez las co jest dodatkowym atutem. Plaża była opustoszała, tylko prawdziwi wielbiciele ostali się na pozycjach. Ciemne chmur kierowało się na wschód dlatego zdecydowałem się iść w ich kierunku, to nie był dzień do kąpania się w wodzie ale do spaceru wzdłuż brzegu. Pozwoliłem sobie na odbieranie bodźców stopami i podziwianie narastających fal. Dla Nastki poszukiwania muszelek wiązało się ze zmoczeniem kolejnych sukienek. Oboje w tej chwili na swój sposób wyciszaliśmy myśli i wyostrzaliśmy zmysły. Każdy metr zrobiony na grząskim piasku powinien się liczyć za trzy po równej nawierzchni. Po przeliczeniu daje pełnoprawny trening wytrzymałościowy o długości półmaratonu. Umęczeni aktywnym wypoczynkiem wróciliśmy na naszą ostatnią noc do pensjonatu. Oczy same się zamykały i nie było mowy aby wysiedzieć przed jakimś filmem, zwłaszcza przerywanym pół godzinnym blokiem reklam. Odpoczynek był ważny bo następnego dnia będzie długa droga do pokonania.
Po śniadaniu i prysznicu zacząłem pakować rzeczy, małej pozwoliłem na oglądanie w tym czasie bajek. Gdy powrót trwa więcej niż pięć godzin trudno mówić o rozrywce. Jednak tym razem większość męczącej podróży mała przespała. Ostatnie godziny spędziliśmy na placu zabaw i zaczynałem pisać w głowię kolejne zdania wakacyjnego wyjazdu. Choć w Białymstoku i okolicach była masa ciekawych atrakcji z których skorzystaliśmy to dopiero morze przyniosło spełnienie. Dziecko już tak ma, że potrafi się bawić wszędzie i jako rodzice urozmaicamy ich tło dni jak tylko możemy. Zrobiłem to dla Nastki ale ja też musiałem sobie przypomnieć jak podróżowanie poszerza horyzonty. Rejony przed trójmiastem poznałem na wylot, pora zapuścić się dalej, zaczynając od Jastrzębiej Góry, w której jako dziecko spędzałem kolonie. Warto wrócić do takiego stylu życia, nie zawsze musi się wiązać z kosztami, a w samej Polsce jest mnóstwo miejsc do zwiedzania. Jak na potwierdzenie moich przemyśleń wracałem z podróżniczką do Białegostoku BlaBlacarem. Wymieniliśmy się swoimi doświadczeniami, ja opowiadałem o najnowszych wspomnieniach, a moja pasażerka opowiadała o swoich 14 podróżach z tego roku po różnych zakątkach świata. Najbardziej spodobała mi się historia o Dubaju i dlatego wpiszę go sobie na listę realistycznych marzeń. Jak zawsze wyszło ciekawie, nie obeszło się bez błędów choć wolę je traktować jako informacje zwrotne. Czasami trzeba wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady, a to gdzie one się dla Nas znajdują to inna kwestia. W odmętach morza utopiłem rozpacz i wróciłem na swoje, dosłownie i w przenośni.

Wizyty w kinie stały się rzadkością. Na wybór filmu zostaje sporo czasu, nad zastanawianiem się czy będzie wartościowy już nie. Choć mam luki w uniwersum superbohaterów to na Flasha dałem się namówić. Dubbing w tym wypadku to wybór podyktowany godziną seansu. Pierwszy kwadrans będę się śmiał z samych podłożonych głosów, a następnie przyzwyczaja się i będę oglądał jak gdyby nigdy nic. Tak też było i szybko wkręciłem się w fabułę. Było komu szeptać mi do ucha brakujących fragmentów w fabule z serialu o Flashu. W takich warunkach i z takim nastawieniem oglądałem Flasha i prędko go polubiłem.
Sam aktor nie odpowiada mi kunsztem filmowym ale w filmie o pogubionej fajtłapie z super zdolnościami był przekonywający. Będąc marginesem meta ludzi, z traumą rodzinną i brakiem perspektyw w roli zwykłego człowieka, stał się wyjątkowy na swój sposób. Poprzez żal nad jego losem odczuwało się coraz większą empatię. Był bohaterem z którym można było się utożsamić na więcej niż jednej płaszczyźnie. Dobra analiza i mądre choć trudne wybory ukształtowały wartościowego Człowieka.
Pierwsze porównania rzuciły mi się w oczy podczas rozmowy z teraźniejszym Batmanem. Szeroko znany Bruce Wayne spotkał się w ciemnej alejce ze swoim podopiecznym. Lider z nowicjuszem, nauczyciel z uczniem ale w gruncie rzeczy to jak Iron Man ze Spider Manem. I do tego porównania zmierzałem od samego początku. Odniosłem wrażenie dystansu między bohaterami i oschłości Batmana. Tej relacji czegoś brakowało, czegoś co Stark dawał Parkerowi, wrażliwości i opiekuńczości. Różnice wynikały w mentorach młodych superbohaterów, Batman i IronMan są bogatymi sierotami o ponad przeciętnej inteligencji. To zawsze były dla mnie cechy, za które uwielbiałem ich obu. Jednak to różnice między nimi pokazują do kogo mnie bardziej „ciągnie”, kogo wolałbym za Ojca. Przedstawienie postaci fikcyjnej w roli Ojca ma dwa znaczenia. Po pierwsze, w świecie popkultury następuje wymiana pokoleniowa i każdy nadczłowiek potrzebuje wiedzy od starszyzny. Rozwój gatunku następuje przez zastąpienie głównego protagonisty. IronMan „uczcił” to swoją śmiercią, wybierając siebie jako jedyną ofiarę w walce z potężnym Thanosem. Batman z kolei jest drenowany od dziesiątków lat, kolejni reżyserzy przedstawiają jego postać na swój sposób, wyczerpując temat traumy i mroku. Po drugie, rola Ojca ma dla mnie wymiar osobisty. W domu brakowało męskiego wzorca, dlatego skupiałem się nad formą prowadzenia. Bierna obserwacja to trudna ścieżka troski, walka z samym sobą aby nie przekroczyć niewidzialnej granicy samo doświadczania. Można również wykorzystywać wiedzę i technologię do ochrony. Konstruktywnie krytykować aby ukierunkować myślenie co przyspiesza procesy. Obie metody idą w parze z miłością.
Sama fabuła wymaga opisania. Zabawa z czasem daje nieograniczone wyobrażenia. Jeśli mała rzecz wpływa na cały świat, to co się stanie, gdy przestawimy świat do góry nogami, a ten świat będzie wszystkim dla jednego człowieka. Berry miał możliwości dzięki swojemu darowi. Mógł zmienić swoją przeszłość tworząc nową w innym czasie. Pozornie bez konsekwencji oddaje sobie co niesprawiedliwie stracił. Efekt motyla wywołał fale tsunami i nawet przekraczając niemożliwe, ciągnął za sobą teraźniejszość ku przepaści. Zrozumienie tego wymagało spędzenia z pełną wersją siebie kilku dni. Poskładany w całość nie doceniał życia, darów jakie go otaczały. Na jego drodze ponownie pojawia się Batman, twarz za maską zgoła inna okazała się tą samą latarnią mądrości. Doświadczenie własnej bezsilności i pogodzenie się ze stratą na zawsze, było rekonwalescencją i ukojeniem
Finał filmu tak bardzo mnie rozdarł między oczywistymi połączeniami, a wszechogarniającym mrokiem. Wedle praw rządzących obecną kinematografią powinienem przewidzieć finał, rozczarować się na koniec z jaką łatwością poskładałem wszystko w całość. Jak Barry przekonany o słuszności swojej decyzji, pomyliłem się w wyborze. Moja głowa szybko szukała nowego zakończenia, jakbym tkwił w kuli dookoła, której wędrują obrazy, z których muszę wybrać właściwą klatkę. Szybkość to zguba słuszności. Wystarczyło poddać się i przeżyć nieuniknione.

Stresowałem się biegiem juniora bardziej niż moja córka, chociaż w tłumie dzieci i rodziców nie było mnie nawet widać. Zanim opiszę sam bieg, kilka słów o tym co działo się przed. Po godzinie 11 zajechaliśmy odebrać pakiet na juniora, a ten na półmaraton mogłem odebrać dopiero popołudniu z powodów technicznych. Numer startowy otrzymaliśmy przy namiocie na podwórku, a reszta czekała wewnątrz biblioteki. Droga prowadziła przez sklep z akcesoriami do biegania, wystawę origami oraz kilku żołnierzy obrony terytorialnej ze sprzętem. Najciekawiej w tym wszystkim prezentowała się ściana na 10 lecie półmaratonów w Białymstoku. Po bliższym zbadaniu okazało się, że jubileuszowy napis skrywał tysiące imion i nazwisk. Nie dałem wiary swojej pierwszej myśli ale po chwili znajoma twarz z biegów rozwiała moje wątpliwości. Wszyscy dotychczasowi zawodnicy, nawet jeśli był to dla nich jednorazowa przygoda, zostali wpisani alfabetycznie. Znalazłem też siebie i zrobiłem kilka selfiaczków. Zdjęcia wyszły odwrotnie, a najważniejsze tło rozmazane przez tryb upiększania. Poprosiłem córeczkę o naciśnięcie przycisku na telefonie. Zrobiła znacznie lepsze zdjęcie i to za pierwszym razem. Po pamiątce dla taty pozostało już czekać na bieg juniora. W pakiecie znalazłem album na naklejek z cyklu Super Biegacz. Naklejkę otrzymywało się po ukończeniu biegu. Za uzbieranie 4 z 6 naklejek będzie można dostać specjalny medal. Z moich obliczeń wychodzi, że uda się spełnić wymagania super biegacza. Mała jeszcze nie wie na jakie biegi ją zapisze ale z radością weźmie na siebie sportowy ciężar zadania.
Zajechaliśmy na godzinę przed biegiem. Towarzyszyła nam Babcia. Jej zadaniem było złapać rozpędzoną Nastke na mecie zanim w tym biegowym szaleństwie, poleci prosto do domu. Wokół ratusza zaczynało się gromadzić coraz więcej osób. Życie towarzyskie kwitło, a w centrum zamieszanie dzięki najmłodszym biegaczom. Miałem chwilę zwątpienia co do miejsca startu i dobrze, że sprawdziłem jeszcze raz informator na telefonie. Pomyliłem start z metą co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Zbliżała się godzina 14, a my dopiero ruszyliśmy w dobrą stronę. Kierowaliśmy się na wydobywający się głos z megafonu. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że grupy liczą pięćdziesięcioro dzieci. Po usłyszeniu tej ważnej informacji, dotarło do mnie jak długo jeszcze musimy poczekać. Na dokładkę dowiedziałem się od córki, że jest już głodna. Babcia ratując sytuację, obiecała zabrać nas pizze. Na oglądaniu linii startu miała nam zejść godzina. Pogoda zaczynała się zmieniać ale skwar dalej toczył się z nieba. Spacerując wzdłuż barierek oglądaliśmy przygotowania dzieci do biegu. Wśród dzieci i rodziców dużo się działo i czas szybko leciał. Znaleźliśmy idealny punkt obserwacyjny, na wprost startu. Nie rzucając się w oczy i tak trafiliśmy przed oblicze obiektywu. Krzysztof Karpiński od wielu lat towarzyszy biegaczom ze swoim aparatem. Zawsze można liczyć na jego świetne ujęcia chwil. Nastka trenowała gdzie popadnie, dla niej oczekiwanie było największym wyzwaniem tego dnia. Rozdzieliśmy się z Babcią na chwilę przed startem córki.
Ustawiliśmy się blisko wstęgi gdzie za chwilę miała się pojawić kolejna znajoma persona. Rozgrzewkę poprowadziła Agnieszka z Biegam bo Lubię i muszę jej oddać za pomysłowość. Połączyła ćwiczenia z banalnymi czynnościami. Na kucaka obserwowałem zainteresowanie małych biegaczy. Po barwnej rozgrzewce przyszła pora na kilka zasad bezpieczeństwa. Z rana nie byłem jeszcze świadom, że będę bieg wewnątrz. Skoro ta metoda przynosi efekty to oznacza, że moje nerwy są nieuzasadnione. Manewrowanie między dziećmi było wyzwaniem samym w sobie. Anastazja poleciała do przodu zapominając o bożym świecie. O mnie zresztą też i to ja musiałem ją gonić. Choć brakowało klasyfikacji, a moja ocena jest subiektywna to uważam, że spokojnie zajęłaby miejsce na podium. Za ukończenie biegu otrzymała pamiątkowy medal. Uznaliśmy z babcią, że wyjątkowe chwile zasługuje na jedyną w swoim rodzaju pamiątkę. Dopłacić za grawerunek na medalu imienia i nazwiska. Anastazja była z siebie dumna i bardzo głodna. Na metę tego dnia trafiliśmy dopiero w restauracji Fuks.
Kolejny dzień i następny bieg, tym razem ja w roli głównej. Podjechałem autem i zaparkowałem możliwie najbliżej miejsca startu. Wolne pół godziny wykorzystałem na luźną rozgrzewkę. Im bliżej godziny zero tym narastały moje wątpliwości co do mojego ubioru. Założyłem pod koszulkę techniczną podkoszulkę bawełnianą. Wyobraziłem sobie jak w połowie biegu będę miał jej serdecznie dość. Dzień bez głupstwa to dzień stracony. Zdjąłem ją z siebie w samą porę i zawiesiłem z tyłu. Dobry ruch zważywszy na pogodę jaką nam zamówiono na niedzielę. Bez żadnego zadaszenia opaliłem same czoło na wakacyjną czerwień. Ustawianie się na końcu stawki to mój nowy nawyk. Pozycja wyjściowa do wyprzedzania i wzmacnianie głowy prowizorycznym progresem. Ostatnio przebiegnięty półmaraton był 3-4 lata temu, właśnie w Białymstoku. Wtedy na pewniaka pobiegłem bez przygotowania i zraziłem się do takich dystansów. Tym razem miało być lepiej bo wykonałem minimum treningowe i zamiast trzymać się zająca na trasie, ruszyłem w swoim tempie. Tydzień wcześniej na zbliżonym dystansie w pełnym słońcu, kontrolowałem parametry biegowe i udało mi się z czasem rozwijać prędkość. Na 10 edycji tempo trzymałem poniżej 6 minut na kilometr i stale wyprzedzałem zawodników. Omijałem kurtyny wodne, aby nie przeszkadzać sobie w biegu. Zwalniałem na punktach odżywczych wyłącznie po to, aby nie złapać kolki od łapczywego picia wody. Zresztą z wody korzystałem bardzo dużo. Biegłem z własną półlitrową butelką, z której korzystałem średnio co pół kilometra. Jedyny kryzys jaki miałem, trafił się przed ulicą Ciołkowskiego. Na szczęście blisko już miałem do mojego legalnego dopingu. Biegłem na spotkanie z córką, która miała czekać na rogu Krętej i Zwierzynieckiej. Uprzedziłem babcie o której mogą się mnie spodziewać, ale że będę tak dokładny tego się nie spodziewałem. Zbiegając w dół ulicy widziałem jak mój team idzie w stronę przejścia dla pieszych. Na zielonym wpadłem im przed nosy. Ucałowałem córkę i pobiegłem dalej. Choć przez park biegło się lżej, to kilometry w nogach zrobiły swoje. Już nie skakałem jak młoda kózka. Dalej biegłem wyprostowany jednak nogami zaczynałem już szorować po asfalcie. Było ciężko ale w zupełności w moim zasięgu. Na finiszu dałem ognia choć nie wiem skąd wzięła się ta iskra. Otrzymanie medalu to zawsze miła chwila ale ja chciałem usiąść i w spokoju się napić. Zanim wyszedłem ze strefy medalowej musiałem slalomem w stylu pijanego mistrza przebrnąć się przez tłum.
Wróciłem do domu szczęśliwszy, biegowy weekend udał się tak jak go zaplanowałem. Córka spróbowała czegoś nowego, a ja mimo doświadczenia wprowadziłem kilka usprawnień. Tego samego dnia czekała mnie jeszcze jedna trasa do pokonania. Kilometrami odmierzam swój czas z córką.

Miałem dziś pobudkę nad ranem. Nieplanowane poderwanie się do góry zostawiając odciśnięcie na ciepłej poduszce. Dokończyć spanie miałem zamiar dopiero jak na gorąco zapisze historię jaka wydarzyła się w moich marzeniach sennych. Tło rozmazane natomiast na pierwszym planie widzę znajomy budynek lecz przesadnie powiększony do rozmiarów twierdzy ze średniowiecza. Źle mi się kojarzy, więc to pewnie odkopana z podświadomości placówka szkolna. Wykonuję na terenie wokół akrobacje jak w programie Ninja Warrior. Jednak swobodny bieg z przeszkodami nie był zupełnie sielankowy. Jak w 13 dzielnicy uciekałem przed oprychami. Im pościg dłużej trwał tym trudniej było czmychnąć przed oponentami. Panowie w krawatach ustępili żołnierzom, a ci adekwatnie posiadali inny arsenał spowalniający ruch. Coś podpowiadało mi kto za tym wszystkim stał i to najmniej pasowało do układanki. Imersja się rozpadła jak domek z kart, a ja chyba wyczułem, że śnie i z pełną kontrolą bawiłem się w wielkim wesołym miasteczku -Joyland. Czułem się jak sztuczna inteligencja w strzelance, która przewiduje każdy ruchy przeciwnika. Pamiętam ujęcie w którym strzelano do mnie z karabinów snajperskich, a ja spokojnie liczyłem sekundy do następnego strzału wykonując przy tym kolejny unik. Pomińmy dramaturgię – nie mogłem rozróżnić naboi od usypiających pocisków.
Rozgrywka nabierała tempa dlatego zdecydowałem się zmienić teren. Na szczycie budynku rozciągała się wielka płachta. Z bliska okazała się napiętym spadochronem, który posłużył za zjeżdżalnie. Daleki skok zakończyłem telemarkiem na następnej ulicy. Na przeciw mnie otworem stał niski wjazd do podziemnego garażu. Schylony pokonałem betonowe zakręty i znalazłem się w holu wierzowca. Na jednym z górnych pięter mieszkał stary znajomy. Muzyka zwolniła, a pogoń ustała więc można wpaść na świeżą kawę. Tu najprawdopodobniej dokonałem autozapisu. Rozmawiałem ze znajomym o tym co mnie dziś spotkało, tu retrospektywa snu cofneła mnie do początku i puściła z przyspieszoną prędkością do przodu. Gdy opowieść dotarła do obecnej chwili, ku naszemu zaniepokojeniu drzwi do mieszkania się otworzyły. Moje przestrogi zostały przez kolegę spuentowane przeciągiem w mieszkaniu. Znaleźli mnie i moim jedynym ratunkiem była ucieczka balkonem do sąsiadów na dole. Tego typu manewry często stosuje w koszmarach, aby się obudzić, lecz tym razem nabrałem pewności siebie samego Johnego Wicka. Zerknąłem przez ramię i zobaczyłem jak jeden z „nich” celował do mnie. Poczułem uszczypnięcie na lewej łopatce i na prawej łydce. Brak jakichkolwiek konsekwencji przyjęcia dwóch strzałów. Tym razem w roli człowieka pająka schodziłem po kolejnych balkonach. Zatrzymałem się w apartamencie zajmującym kilka kondygnacji.
Kolejny wyrazisty obraz który pamiętam jakbym miał go od zawsze wytatułowanego na ręce. Mieszkanie pokryte szkle począwszy od ścian, a kończąc na meblach. Ekscentryczna aranżacja wnętrza ale w moim guście. Zawisłem na żyrandolu nad głową lokatora wpatrzonego w zgaszony telewizor. Zeskoczyłem bezszelestnie za jego plecami i zacząłem się do niego zbliżać ze złymi zamiarami. Może to Mistrz Gry albo Inżynier Labiryntu ale wiedział o mojej obecności i udaremnił zamiary. Odwrócił się i bez żadnych emocji w głosie, kazał mi wyjść. Ze sterylnych pomieszczeń trafiłem do brudnej piwnicy przypominającej ziemiankę na wsi. Znalazłem się w pułapce bez wyjścia. Z pochyloną głową opadłem na kolana w geście rezygnacji i oczekiwałem na dowódcę operacji który zakończy mój sen. Postać wkroczyła do pomieszczenia i zatrzymała się tuż przed moją upokorzoną sylwetką. Do tego momentu w śnie trzymała mnie ciekawość ale nagle zrobiło się potwornie poważnie. Znajome objęcia strachu kontrolowały moje ruchy. Moja głowa powoli się podnosiła, a ja wzrokiem skanowałem osobę do której czułem już ogromny przerażenie. Twarz wygięta w grymasie bólu, złości i lęku. Rozpoznałem w niej swoją zmarłą Babcie. Odruchowo złapałem ją za ramiona i trzymałem na odległość. Serce zaczeło mi mocniej walić i znajome uczucie przebudzenia uratowało mnie. Czy aby faktycznie było się czego bać, a może to był tylko proroczy znak? Pół roku temu, miałem sen, w którym podświadomość próbował mnie ostrzec. Nie odczytałem go w pore przez co wpakowałem się po uszy. W najbliższych dniach trzeba będzie szerzej otworzyć wewnętrzne oko na prozę dnia. W najlepszym wypadku będę miał materiał na nowe opowiadanie.

Darren Aronofsky przypomina mi o sobie w wielkim stylu. Wyciąga do mnie pomocną dłoń poprzez film. Kiedy zastanawiam się na dalszym losem swojej strony, w odpowiedzi słyszę słowa Brendana – "Pisz szczerze co czujesz". Prosta rada poparta wzruszającą fabułą. Skoro zostałem już wywołany do tablicy, to postaram się swoimi słowami opowiedzieć co czuję po seansie.
Nie wiem czy mogę mówić o przyzwyczajeniu się do wyglądu Charliego ale z każdą minutą filmu tracił na wadze i zupełnie nie zwracałem już na to uwagi. Jego uczucia i myśli stały się dłutem rzeźbiącym w skale, odkrywającym prawdziwy wygląd. Trudne relacje nie utopiły jego optymizmu, unosił się na powierzchni mimo wielu ran na duszy. Jednak ciało chorowało z powodu moralnego dylematu. Zakopał cudzą winę na drodze krzyżującej miłość do dziecka i partnera. Taki ciężar trawił go od środka, nic dziwnego, że jego stan zdrowia się pogarszał. Zostało mu niewiele czasu aby wyprostować rodzinne sprawy. Misjonarz, pielęgniarka oraz była żona służyli za spoiwo z najcenniejszą dla każdego ojca osobą – córką. W swoim egoistycznym podejściu do filmu uważam, że wszystko dla niej i dzięki niej się wydarzyło. Życiowy partner głównego bohatera i jego tragiczny los odsłania się stopniowo w dialogach z drugoplanowymi postaciami, aby w finałowej scenie ukazać go jako ranne zwierzę które trzeba było łaskawie dobić.
Najlepsze dialogi w tym filmie wypowiadane są oczami bohaterów. W kinie czułem smugę łez na policzku i nie byłem w tym odosobniony. I gdy już Wieloryb trafi do mojej Filmoteki to każdy seans skończy się tak samo, emocjonalnym paraliżem. Takiego filmu oczekiwałem od mojego ulubionego reżysera. Nie spodziewałem się jednak, że Źródło ustąpi miejsca Wielorybowi. W obu przypadka przeżywałem wraz z bohaterami stratę ukochanej, pogodzenie się ze śmiercią i uniesienie przez światło. Światło które reprezentuje prawdę, a prawda to wolność duszy.

Święta to okres w którym padają trudne pytania, a odpowiedzi na nie mogą być początkiem absurdalnych rozmyślań. Tato a ile lat ma Mikołaj? Co byście odpowiedzieli dla dziecka, że żyje wiecznie? Po brodzie widać, że jest bardzo stary, ale to zacieranie śladów. Ja tak samo jak moje dziecko byłem ciekaw i dlatego wiedziałem, że odpowiedź czai się w mojej wyobraźni. Pozwól skarbie że opowiem Ci historię jakiej nie słyszy każde dziecko, ciekawość to nic złego ale pokażę Ci gdzie to prowadzi, a dokładnie w odmęty mojej wyobraźni hahaha ten złowieszczy śmiech nie miał miejsca ale podkreśla jakie drzwi zostały właśnie otwarte przed nieświadomym dzieckiem.
Mikołaj to symbol ponadczasowy ale jako człowiek posiada wiele imion, a ich właścicieli łączy jedno miejsce - Cmentarz Mikołajów. Daleko za ścianą lodu, na niezbadanym przez oko Google lądzie, gdzie krawędź dysku łączy się ze sklepieniem, w zamieci dostrzec można fundamenty z lodu. Są tam szczątki wszystkich prawdziwych świętych, przez lata nazbierało się ich całe tysiące. Legenda głosi, że następca chowa poprzednika i zdobywa jego moc. Biały człowiek oderwany od rzeczywistości, aspołeczny i z uzależnieniem od piwa, udaje się w to miejsce, aby zakończyć swój dotychczasowy żywot. Koniec jednego jest początkiem drugiego. 6 grudnia w dniu pamięci siwobrodych z całego świata pojawia się tam ten jeden prawdziwy. To szansa dla kandydata, aby sprytem odebrać mu jego dar. Pęk kluczy pozwalający przez dowolne drzwi na świecie przedostać się do wybranego pomieszczenie. Spędzając grubo ponad tysiąc godzin treningu w Animusie zakrada się do niego jak Skrytobójca. Biały kombinezon służył mu za kamuflaż, aby podejść niezauważenie do ofiary, teraz splamiony krwią posłuży jako przebranie do innej misji. Ukrycie zwłok to bułka z masłem, wykopie dziurę i zasypie nieszczęśnika zmarzniętą ziemią. Jedno jednak nie dawało mu spokoju podczas powrotu, czy pochówek w tym miejscu zatrzyma zimnego trupa, czytał bowiem powieści w której zakopane zwłoki wracały do żywych. Od tego stresu cały posiwiał, dla pewności powinien zajrzeć tu znowu, najlepiej za rok...
Nie opowiedziałem tej historii, ale pomyślałem o niej, a więc jestem winny i zasłużyłem na rózgę od córki. Jak będzie już starsza i przeczyta co miałem w planach, to mam nadzieje, że sprowokuje ją to do udzielenia własnej odpowiedzi, nasyconej odniesieniami do ówczesnej popkultury.
W średniej wielkości mieście, położonym na siedmiu wzgórzach, był sobie mały chłopiec o imieniu Daniel. Mieszkał on w wysokim bloku wraz ze swoją mamą. Daniel był kłótliwy, a najbardziej odczuwała to jego mama. Kłótnie zdarzały się często, a wywoływały je po równo obie strony. Mama przełykała przykrości jakie padał z ust syna. Ilekroć Daniel próbował przeprosić Mamę, napotykał na brak zrozumienia z jej strony. Chłopcu z czasem przechodziła złość i czuł się bardzo winny za swoje zachowanie. Zdarzało się również, że radził sobie z gniewem zgoła w inny sposób. Podczas jednego z takich trudnych dni, Daniel wyszedł na podwórko rozgniewany. W planach miał zabawę do późna na dworze ale dostał stanowczy zakaz. Wiedział, że jeśli nie posłucha to może zapomnieć o oglądaniu telewizji do końca miesiąca. Zamiast grać w nogę na boisku, włóczył się po osiedlu z tęgą miną. Kopał kamień po chodniku i rozmyślał o zmarnowanym dniu. Złość w nim narastała i już wiedział co z nią zrobić. Jak zwykle w takiej sytuacji, chciał wyżyć się na przypadkowym przedmiocie. Gdy jego mama pytała go, dlaczego kopie drzwi szafki, trzaska drzwiami do łazienki lub rzuca zabawkami, oznajmiał jej, że woli, aby oberwało się rzeczom, które nic nie czują. Gniew jaki go opanowuje jest silniejszy, niż jego własna wolna wola, daje się prowadzić za rękę złym emocjom. Ten sam stan złości potrzebował ujścia. Chłopiec szukał w polu widzenia czegokolwiek w co mógł kopnąć lub uderzyć zaciśniętą pięścią. Przechodził obok parku, gdy nagle się zatrzymał. Zauważył leżącą obok drzewa, sporej wielkości gałęzi. Podbiegł do konaru, który miał mu posłużyć za broń. Zaczął uderzać z całej siły w drzewo. Choć konar kaleczył jego chłopięce dłonie, to nie przestał ich zaciskać. Gałąź w końcu pękła, a Daniel odsapnął. Resztki wyrzucił w głąb parku. Czuł się znacznie lepiej, choć nie zrobił nic dobrego. Po chwili przekonał się, że nie trafił tu przez przypadek. Los chciał tego i przygotował dla chłopcu lekcję życia. Na skraju parku przy ławce, Daniel dostrzegł jakiś chaotyczny ruch. Ostrożnie stawiał kolejne kroki w stronę tajemniczego zjawiska. Gdy był już wystarczająco blisko, zobaczył gołębia. Ptak miał ranne skrzydło Zaciekle walczył, aby poderwać się do góry, ale jego starania spełzły na niczym. Daniel postanowił, że mu pomoże. Nie wiedział co ma dokładnie zrobić, ale był pewien, że musi zareagować. Opatrzenie skrzydła wybiegało poza zakres umiejętności chłopca. Mógł mu zapewnić schronienie do czasu, aż wyzdrowieje i będzie mógł wzbić się do nieba. W pierwszej kolejności musiał pochwycić zwierze. Zdjął swoją bluzę i rzucił na wyczerpanego ptaka. Ubranie otulało ciepłem i zapewniało osłonę przed ciekawskimi. Gołąb przestał się szamotać. Chłopak czuł jak mocno bije serce ptaka, zdawał się rozumieć jego strach. Jeszcze jedna kwestia pozostawała niewiadomą, co powie mama. Daniel nie zastanawiał się długo i postanowił zachować całe zdarzenie w tajemnicy przed rodzicem. Wiele myśli kłębiło się w nim, podczas powrotu do domu. Po raz pierwszy w swoim życiu był tak silnie przekonany do swojej decyzji, że był wstanie dla niej skłamać. Rozum się wahał. Jedynym zwierzątkiem jakim zajmował się do tej pory był chomik. Mało wymagające stworzonko należało karmić i zapewnić świeżą ściółkę w klatce, aby było szczęśliwe. Jeśli doszło by do sytuacji, w której jego starania nie przyniosły by zamierzonych efektów, powie wszystko mamie. Im bliżej domu tym więcej obawy. Wszedł do bloku i podczas oczekiwania na windę, przytulił zawiniątko do twarzy. Daniel pocieszał ranne zwierze szepcząc mu do uszka. Obiecywał szczerą troskę i determinację w pomocy ze skrzydłem. Ptaszek był zdany na łaskę człowieka, który go wcześniej skrzywdził.
Daniel po wejściu do domu, zdjął szybko buty i czym prędzej pobiegł do swojego pokoju. Udało się uniknąć mamy, która była zajęta przygotowywaniem kolacji. Chłopiec zamknął się w swoim pokoju. W pierwszej kolejności przygotował posłanie dla ptaka. Z pudełka po klockach zrobił wielkie łoże, a zamiast prześcieradła użył miękkiej waty do wyłożenia dna. Rozwinął bluzę i przełożył gołębia do nowego domku. Z kuchni przyniósł chleb i wodę. Chleb pokruszył po stronię, gdzie ptak trzymał swój dzióbek, a wodę nalał do pustego opakowania po jogurcie. Gołąb był spokojny choć ciągle zmęczony walką z rannym skrzydłem. Głód dał o sobie znać i po chwili od podania chleba pod nos, ptak zaczął go skubać. Daniel schował pudełko pod łóżkiem, tak, aby w środku nie panowała ciemna noc. Dla zachowania pozorów i sprawdzenia poziomu złości mamy, Daniel ruszył w stronę kuchni. Kobieta nie odwróciła się do syna, tylko rzuciła zza pleców, że za 10 minut będzie gotowa kolacja. Czekając na jedzenie, Daniel zastanawiał się czy sam chleb wystarczy, aby zregenerować siły. Zawsze mógł przemycić mu trochę resztek z kolacji. Jeśli nie będzie miał ochoty, to zawsze zostaje mu chleb. Jak pomyślał tak też zrobił. Odnosząc talerz do kuchni, napchał w kieszenie kilka garści niedojedzonego posiłku. Następnie chłopiec pobiegł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Matka nie zwróciła uwagi na tajemnicze zachowanie chłopca, ważniejsze było, że ma na dziś spokój. Jej rodzicielski obowiązek został spełniony. Praca, na zmianę z domem i małe dziecko, wystarczająco wyssały z niej siły witalne przez ostatnie lata życia.
Mama chłopca wychowywała go samotnie. Kiedyś wiele lat wstecz, ojciec Daniela zostawił ich samych. Od tamtej pory smutek zagościł w sercu Kobiety i nie potrafiła w pełni okazywać swoich uczuć, nawet dla syna. Była surowa, ale troskliwa. Żadne z podstawowych potrzeb, nigdy nie została zaniedbana. Chłopiec chodził w czystym ubraniu, miał co jeść i sporadycznie dostawał nowe zabawki. Kosztowała to wiele wyrzeczeń, ale pozwalało matce oderwać się od złych myśli. Rutyna stała się jej rozwiązaniem na trudy życia i niesprawiedliwość jaka ją spotkała. Chłopak wiele nie rozumiał, a jeszcze mniej starała się mu przekazać matka. Ojciec stał się tematem tabu. Ilekroć chłopiec wspominał o nim napotykał na mur ze strony matki. Nigdy nie dostał żadnego zdjęcia, na którym mógł zobaczyć jak wygląda. Wiedział jedynie, że mieszka w tym samym mieście, z dala od rodziny jakiej nie planował zakładać. Chłopiec nie miał w domu męskiego autorytetu, trudno mu było reagować instynktownie jak prawdziwy facet. Starał się unikać problemów za wszelką cenę, ale problemy zawsze go znajdywały pierwszego. Gdy frustracja zamieniała się w złość, nie umiał sobie z nią radzić, dlatego rozładowywał emocje o przedmioty. Daniel na pierwszy rzut oka wydawał się spokojnym chłopcem. Większość osób ze szkoły, uważała go za nerwusa, ale przede wszystkim za osobę łagodną. Złość dawała o sobie znać w samotności, wtedy był czas, aby stracić kontrolę. Wiele samotnych chwil spędził w domu, zastanawiając się co ze sobą zrobić. Jego mama pracowała na trzy zmiany. Najlepsze tygodnie były wtedy, gdy po powrocie ze szkoły, mama oczekiwała syna z gotowym obiadem. Drugą zmianę zaczynała o 14, a kończyła o 22. Ze strachu przed samotną nocą, chłopiec wyczekiwał matki do późnych godzin. Martwił się, gdy wypatrując autobusu z okna mieszkania, nie widział wysiadającej postaci matki. Wewnętrzny alarm zawył. Lęk nadwyrężał nerwy chłopca. Popołudnia w domu dłużyły się potwornie. Daniel bawił się sam, zamknięty w czterech ścianach. Zbierał różne karty i żetony z chrupek. Kolekcja była imponująca i stale się powiększała, bo mama spełniała jedyną zachciankę syna. Niemal każdego dnia kupowała mu chipsy. Lubił je jako przekąskę ale również za to, co kryło się we wnętrzu opakowania. Rozkładał karty i grał sam ze sobą w wojnę. Układał kolorowe żetony w grupy, przeliczał je i najzwyczajniej w świecie się nimi bawił. Pomysłów mu nie brakowało, ale nazbyt często czuł się samotny. Chciałby móc pobawić się z kimś jeszcze. Marzyła mu się normalna rodzina, w której zawsze, któryś z rodziców byłby w domu. Większość osób w klasie posiadała rodzeństwo, starsze lub młodsze, a już na pewno wiedział, że każdy posiada dwoje rodziców. Na tle rówieśników czuł się odmieńcem. Nie mógł z tym nic zrobić. Za to myślał o tym siedząc samemu w domu.
Rozmyślał również nocami, gdy jego mama wychodziła do pracy. Przerażały go tygodnie gdzie musiał koniecznie zasnąć przed wyjściem mamy do pracy. Ta presja przysparzała mu dodatkowych nerwów. Choć bywał zmęczony to nie zasypiał od położenia głowy na poduszce. Do snu powinna kołysać go mama, a w nocy być obok na wypadek nie planowanej pobudki. Głowa Daniela pękała od złych myśli. Jego nocni lokatorzy już czekali w ukryciu na wyjście mamy, nazywali się ciemność i samotność. Ich odwiedziny wypadały co 3 tygodnie. Gdy dowiadywał się wcześniej, że matka musi pracować kilka tygodni z rzędu na noc, bladł ze strachu. Ciężar ponurych nocy nosił w plecaku do szkoły. Po szkole czół ucisk w skroni, a zęby same się zaciskały. Czas dla Daniela leciał szybko, zanim się obejrzał, było po godzinie 21, a oczy nadal miał szeroko otwarte. Wraz z zamknięciem się drzwi do mieszkania, chłopiec wpadał w panikę. Chował stopy pod kołdrą choć było mu bardzo gorąco, strach przed dziecięcymi koszmarami wywoływał dreszcze. Czasy chodzenia do podstawówki charakteryzowały się bujną wyobraźnią i chłopiec miał wrażenie, że coś złego złapie go za nogę, poczuje ciepły oddech na stopie albo coś go połaskocze po palcach. Irracjonalny lęk dla dorosłych, ale jak najbardziej prawdziwy w umyśle dziecka. Miał jeszcze jedno, równie systematyczne zachowanie. Otwierał co chwile oczy i rozglądał się po pokoju czy wszystko jest na swoim miejscu. Natręctwo było wynikiem nie radzenia sobie z chłopięcymi problemami. Przedpokój, wejście do mieszkania w środku nocy przypominało przedsionek piekła. Czuwał czy coś złego nie wchodzi frontem. Chłopiec zaczął wierzyć w swój beznadziejny los, że tak będzie już zawsze. Spotkanie z rannym gołębiem uświadomiło mu, że jeśli nie weźmie spraw w swoje ręce, to nie może oczekiwać zmian na lepsze.
Słychać było ciche gruchanie ptak dobiegające z pudełka schowanego pod łóżkiem. Chłopak wczołgał się pod koc i bez problemu zapadł w głęboki sen. W nocy obudził go koszmar. Pamiętał z niego niewiele. Ostatnia scena była tylko trochę zamglona i wysilając się na niej był wstanie zobaczyć kilka obrazów, które składały się w krótki film. Widział piaszczystą drogę prowadzącą do domku dziadków. Miejsce bardzo lubiane przez chłopca ale często powiązane z koszmarami. Tym razem było podobnie, uciekał wzdłuż znajomej drogi i nie mógł się odwrócić. Miał świadomość swojego snu ale nie był wstanie się z niego uwolnić. Coś go gnębiło, a podświadomość posłużyła się wyobraźnią dziecka do przekazania mu wiadomości. Trudno interpretować sen, z którego pamięta się tylko kilka szczegółów. Daniel nie dał za wygraną i skojarzył znajomy dźwięk z jawy. Pamiętał trzepotu skrzydeł i wiedział, że chodzi o jego nowego domownika. Był odpowiedzialny za stworzenie i dopiero sen mu uświadomił, że od jego decyzji zależy życie gołębia. Miał też dziwne przeświadczenie, że jego wulgarne zachowanie w parku mogło być przyczyną problemów ptaka. Wrócił myślami do wcześniejszych wydarzeń, oczyścił je z emocji i doznał objawienia. W amoku uderzając gałęzią o drzewo rozłamał je na kawałki, którymi potem rzucił. Trafił w grupę ptaków chowających się przed słońcem w cieniu drzew. Jeden z nich oberwał tak mocno, że utracił możliwość wznoszenia się. Kuśtykał z bólu, aż z wyczerpania wywrócił się na skraju parku, gdzie chłopak znalazł go. Wcześniej nie połączył tych faktów ale teraz był śmiertelnie pewien, że to z jego winy ptak ucierpiał. Daniel poczuł się okropnie, jak czarny charakter z komiksu. Żal mu było gołębia, zrzucanie tego na pech nie sprawiało, że chłopiec czuł się lepiej. Złość na samego siebie przybierała na sile, jak w efekcie toczącej się z góry śnieżnej kuli. Miał brzydki nałóg obgryzania paznokci, który dał o sobie znać tej nocy. Gdy to nie wystarczało, zaczynał podgryzać skórki wokół paznokci. Wiele razy wcześniej kończyło się to ranami do krwi. Zwykle dostrzegał zaschniętą krew po kilku godzinach. Nie mógł z tym walczyć, nie umiał, to był jeden z przejawów jego nerwowości. Spojrzał na śpiącego gołębia, leżał w tej samej pozycji, w jakiej chłopiec położył go na wacie. Daniel zdjął koszulkę, w której spał i nakrył zwierzątko. Sam wątpił w ponowne zaśnięcie. Położył głowę na poduszce i z obawą zamknął oczy. Następne co pamiętał to gwizd czajnika, mama szykował się do pracy i właśnie zaparzyła sobie kawę.
Gdy się obudził do szkoły mamy już nie było w domu. Mógł wyciągnąć pudełko na wierzch i sprawdzić jak się czuje jego kompan. Ptak spoglądał na niego to z lewa, to z prawa. Przypominało mu to kury ze wsi. Tak samo kręciły głowami, gdy były czegoś ciekawe. Gołąb zaczął donośnie gruchać. Jeśli mierzyć siły mocą głosu to ptak zdrowiał z każdą godziną. Chłopak ucieszył się słysząc poprawę. Nie mógł go jednak zostawić samego w domu na tyle godzin. Jedynym rozwiązaniem było przygotowanie się na wspólną podróż. Plecak musiał być przystosowany do przewozu ptaszka. Należało zapewnić zapas wody i jedzenia na cały dzień. Nie było miejsca dla twardych podręczników, co akurat Daniel przyjął z uśmiechem na twarzy. Bluza na dnie plecaka izolowała od zimna i wstrząsów. Butelka wody z kranu i piętka wczorajszego chleba zapakował w kąt. Pozostało przenieść gołębia do nowej bazy. W drodze do szkoły, Daniel zastanawiał się jak jeszcze można pomóc potrzebującemu. Musiał znaleźć kogoś, kto pomoże mu ocenić głębokość ran. Obawiał się reakcji rówieśników, mogli nie wykazać się wyrozumiałością, a nawet zbagatelizować problem. Potrzebował pomocy dorosłego, na samą myśl stanął jak wryty na kilka metrów przed bramą podstawówki. To był ryzykowny pomysł, trudno było się przyznać dla małego chłopca przed sobą do winy, a co mówić o dorosłych patrzących na świat zupełnie inaczej. Czuł jednocześnie, że podejmuje mądrą i słuszną decyzję, taką która odciśnie na nim ważne piętno. Na terenie szkoły znajduje się jedna osoba, która zna się na leczeniu, była nią pielęgniarka. Całe szczęście pod jej gabinetem nie było żadnych zainteresowanych. Daniel stanął przed drzwiami i zbierał siły, aby zapukać. Przyglądał się starej farbie w białym kolorze, która odchodziła płatami na całości stolarki. Ociągał się z zamiarem zapukania do drzwi, dokładnie tak samo jak szuka się zajęcia awaryjnego, byle tylko nie odrabiać lekcji czy posprzątać w pokoju. Dłuższe stanie przed drzwiami mogło przykuć uwagę kręcących się w pobliżu nauczycieli, dlatego Daniel otrząsną się z letargu i nareszcie zapukał. Nie czekając na pozwolenie, wmaszerował do gabinetu. W środku zastał sympatyczną panią Natalię. Dotychczas odwiedzał to miejsce, gdy przeprowadzano badanie wzroku, pomiar ciała i mrożące krew w żyłach kłucie igłą. Szczepienia zdarzały się rzadko ale każdy uczeń miał pamiątkę po takim spotkaniu. Obawiali się jej wszyscy w szkole, nawet łobuzy z najwyższych klas. Do tego stopnia, że zamiast oczekiwać na swoją kolej do gabinetu, potrafili się zerwać z całego dnia zajęć. Takie skojarzenia wywoływała pielęgniarka Natalia. Jednak nie miało to znaczenia w obecnej sytuacji, Daniel wybrał się tam dobrowolnie i miał w przygotowaniu całą historię. Najpierw jednak wyciągnął gołąbka z plecaka i przekazał w dłonie specjalisty. Tłumaczenia zaczął od kłótni z mamą. Spuścił wzrok w podłogę, a czoło oblały siódme poty. Natalia nie zdawał się słuchać co mówi chłopiec. Gdy kolejne słowa grzęzły w ustach Daniela, pielęgniarka przerwała jego męki. Poprosiła go, aby usiadł obok niej na łóżku lekarskim i złapał kilka głębszych oddechów. Nigdy nie próbował w ten sposób zapanować nad nerwami. Chłopiec spoglądał w stronę pielęgniarki. Rozkładała w dłoni całe skrzydło ptaka, by zobaczyć w czym tkwi problem. Ostatni haust powietrza wyleciał bezgłośnie. Daniel przyznał się, do agresji wobec drzewa oraz przypadkowym zranieniem ptaka resztkami gałęzi. Pani wbrew jego przypuszczeniom wysłuchała go bez oceniania jego zachowania. Oglądała skrzydło z każdej strony i odłożyła ptaka do pojemnika na próbki genetyczne. Chłopak zastanawiał się co teraz będzie, widział oczami wyobraźni jak zostaje wezwana do szkoły jego matka, a wychowawca klasy nie szczędzi złych słów na niego. Poczuł na siedzeniu ciepło jak po dostaniu lania. Uczucie tak silne, że pragnął uciec jak najdalej stąd. Pielęgniarka przerwała ciszę podejrzewając, że w głowie dziecka rodzą się właśnie głupie pomysły. Stwierdziła, że rana skrzydła nie jest poważna i zaraz po zajęciach Daniel miał odwiedzić Natalię.
Każda kolejna lekcja zajęć to próba zapanowania nad sobą. Czuł ekscytację po ostatnich słowach pielęgniarki. Chciał jak najszybciej wparować do gabinetu i usłyszeć dobre nowiny. Nie mógł się skupić na szkolnych obowiązkach. Oblał odpowiedź przy tablicy z historii, wygłupił się na języku polskim, a na klasówce z matematyki, którą uważał za swoją mocną stronę, pomieszał wszystkie wzory. Tylko na dwóch ostatnich lekcjach jakimi były godziny wychowania fizycznego czuł zastrzyk adrenaliny. Biegał za piłką i na chwilę zapomniał o zmartwieniach. Wysiłek fizyczny rozwiązywał problem piętrzących się myśli. Wyczerpany myślał klarowniej i czuł się szczęśliwy. Po zajęciach w szatni chłopców wytarł spocone ciało w koszulkę na zmianę i wybieg jako pierwszy, żegnając się zresztą klasy. Ostatnim punktem szkolnego dnia była wizyta w gabinecie pielęgniarki. Z tego wszystkiego zapomniał zapukać i wbiegł niemal z drzwiami do środka. Zza parawanu wyszła Natalia a na jej ramieniu siedział gołąb. Daniel zaśmiał się, bo przypomniało mu to scenę z Piotrusia Pana, kapitan Hak i jego nierozłączna papużka. Dziwne to porównanie ale skojarzenia takie są, że nie ma się na nie wpływu. Gołąb wyglądał na zupełnie zdrowego, machał skrzydłami gotowy odlecieć w każdej chwili. Chłopak nie potrzebował konsultować się z pielęgniarką, to co widział było najlepszą odpowiedzią. Daniel zdjął plecak i przygotował miejsce do transportu. Ptak sfrunął na rękę chłopca i pozwolił się schować do środka plecaka. Chłopak pokruszył trochę chleba i napoił ptaka wodą. Był gotowy do wyjścia lecz stanął w progu. Odwrócił się, aby podziękować i przeprosić za zrzucenie odpowiedzialności. Pielęgniarka uprzedziła go, powiedział, że dobrze zrobił przynosząc zwierzątko do niej. Chłopakowi zrobiło się raźniej, poczuł się większy duchem będąc stale małym chłopcem. Ktoś skomplementował go prostymi słowami, nie zwracający przy tym uwagi na haniebne zachowanie jakie dało temu początek. Chłopak obdarował uśmiechem Natalię i wyszedł z gabinetu zamykając za sobą drzwi. Przed nim ostatnia, najprostsza czynność, wypuścić gołąbka w tym samym miejscu, w którym go znalazł.
Daniel biegł przez całą drogę do parku. Nic sobie nie robił z tego, że ostatnie dwie godziny lekcji spędził na bieganiu za piłką. Po usłyszeniu takich rewelacji, był wstanie biegać kolejnych kilka godzin. Mógł biec szybciej ale plecak trzymał przytulony do brzucha. W parku znalazł to samo drzewo, które okaleczył. Daniel dostrzegł blizny na korze drzewa po uderzeniach. Teraz, gdy miał więcej czasu i zdecydowanie lepszy humor rozpoznał w drzewie płaczącą wierzbę. Przykucną obok niemego świadka niedawnych zdarzeń i objął je serdecznie. Przeprosił na głos za swoje zachowanie, nie tylko z dnia wczorajszego ale za całokształt. Wiedział, że zmiany muszą zajść w nim głęboko, aby nie dopuścić do takich wydarzeń. Tym razem skończyło się dobrze, ale to przestroga na przyszłość. Daniel wypuścił gołąbka z plecaka, a ten z pierwszym ruchem skrzydeł, znalazł się metr nad głową chłopca. Wszystko skończyło się dobrze, choć emocji, było można się najeść co niemiara i to najróżniejszych. Lekcja pokory i odpowiedzialności jakich próżno szukać w szkole. Gołąb odleciał do swoich rówieśników. Chłopiec miał potrzebę przeproszenia za swoje zachowanie jeszcze jedną, najważniejszą osobę, swoją mamę. Zaraz po powrocie do domu, uściska ją i opowie cała historię. Przyzna się jej do swoich lęków i słabości. Nie widział czy coś się zmieni na lepsze ale czuł, że to mądra, choć trudna decyzja. Kto wie czy ów gołąb, nie stanie się w przyszłości aniołem stróżem małego chłopca o imieniu Daniel.

Wstęp do Iluzji 2 zapowiadał dopracowany film, graficzne elementy nachodzące na siebie, jak we wnętrzu skomplikowanego mechanizmu. Zapoznaliśmy się w ten sposób z poprzednią częścią, aby nowi widzowie mieli się do czego odwołać oglądając kontynuację. 3 lata temu tajemnice Magii zostały zapieczętowane i wrzucone do wody, w tej roli wystąpiła symbolicznie zamknięta kłódka. Dziś dowiedziałem się, że reżyser wyłowił sekrety, które miały spoczywać na dnie. Mowa tu o Jonathanie Murrayu Chu, który zmienił francuskiego reżysera Louisa Leterriera. Oprócz ingerencji w ideę filmu, dostrzegłem ukierunkowanie pozycji w stronę Akcji. A może zostałem oszukany, może wodze wzrokiem tam gdzie chciano pokierować wzrok sceptyków, a więcej widać, gdy przyjrzeć się bliżej prawdziwej Iluzji jak chce tego Daniel Atlas.
Jeźdźcy czekali na nowy plan. W ich składzie była jednak luka pozostawiona przez Henley. Wypełniła ją nowa postać kobieca - Lula. Dla równowagi po stronie tych złych pojawiły się dwie nowe twarze. Brata Merritta oraz Walter grany przez samego Harrego Pottera( ciekawe jak wielkie role podążają za aktorami i blokują obiektywną ocenę ich umiejętności). Dodam, że Lula i Chease to najzabawniejsze postacie w filmie, ich mimika, tonacja głosu i nieprostoliniowe zdania wytrącają z nadmiernego skupienia. Walter okazuje się być synem osławionego złą reputacją Arthura Tresslera. Odkryte potomstwa dały się we znaki, gdy postać grana przez Morgana Freemana spotyka czarnoskórą policjantkę to miałem wrażenie, że za chwilę wpadnie w jej ramiona i wyzna swą ojcowską miłość. Coś w odbiorze filmu było nie tak - powątpiewałem w lidera Jeźdźców, rozczarowałem się tajną organizacją i zniesmaczyłem nawróceniem złego bohatera. A wszystko to przewidywalne i wciśnięte między sceny na siłę. Zbyt wiele hipnotycznych sztuczek przebiło się przez obiektyw kamery, ponieważ dobra zabawa pomylona została z dobrym filmem.
Mam sentyment do tego filmu, wiąże się on z Artykułem pisanym na konkurs Filmwebu. Spędziłem trochę czasu przed filmami o podobnej tematyce i rozmyślaniu nad koncepcją Magii. Wzorowałem się na Iluzji i to jej poświęciłem najwięcej miejsca. Rozczarowałem się, liczyłem na coś więcej niż efekty specjalne czy odświeżenie wizerunku postaci i tła. Tajemnicza organizacja mrugnęła prosto w stronę kamery i pojawiła się ciemna plansza z napisami. Zanim się obejrzałem sala kinowa była pusta –Iluzja czy prawdziwa Magia? Na końcu napisów nie było niczego, nawet mnie...
Zaczyna się spokojnie, oglądamy obraz z kamery umieszczonej na dronie na przemian ze skoncentrowanym spojrzeniem pilota. Lekkie zmieszanie może w nas wywołać przeprowadzenia ataku na zamachowców. Wojna pełna jest dźwięków, krzyki, wybuchy, w Good Kill przemawia cisza i jest ona, jak na ironię, donośna. Andrew Niccol pokazuje nowoczesną, opartą na faktach strategię wojskową, Obszar fabularny rozciąga się na wiele tysięcy kilometrów z dominującą dawką rozgrzanego piasku. Morderczy klimat bliskiego wschodu zaraz obok zdjęć Las Vegas – świątynia hazardu rozświetlająca noc jak wschodzące słońce. Dramat zagubionego człowieka, pilota pozbawionego skrzydeł, żołnierza wypełniającego nieetyczne rozkazy oraz ojca rodziny, której tożsamość przejął „Żelazny Drwal” z krainy Oz.
W bazie wojskowej ustawiono wzdłuż siebie kilka kontenerów. W środku na małej przestrzeni znajdują się stanowiska kontrolujące maszynę bojowo-szpiegowską, nowe miejsce pracy pilotów z amerykańskiej armii. Na drzwiach wejściowych do kontenerów widnieje kartka. Zwraca ona uwagę na zmiany terytorialne, będąc w środku formalnie znajdujemy się poza granicami Stanów Zjednoczonych(na kartce jest napisane US of A, odbiegające od standardowego skrótu USA, bez znaczenia? ). Służba kraju nigdy nie była bezpieczniejsza. Dla głównego bohatera jest to nie tylko zdegradowanie, ale również tęsknota za naturalnym strachem, ryzykiem wpisanym w ten zawód, w efekcie czego czuje się jak tchórz. Sytuacja dodatkowo komplikuje się, gdy pojawia się rządowe ogniwo w łańcuchu dowodzenie. Życie cywilów przestaje mieć znaczenie, a sprzeciw wobec rozkazów nie wchodzi w grę. W konsekwencji dochodzi do protestów ludności islamskiej, która kieruje cały swoją żal i gniew w stronę USA. Bohaterowie dowiadują się z prasy o skutkach swoich decyzji. Zdjęcie w gazecie przedstawia manifestacje, podczas której dochodzi do spalenia amerykańskiej flagi. Dla dowódcy dywizji dronów fotografie obrazują więcej niż widać i to w szerszym spektrum emocji. Jego komentarz - „wiele miłości włożono w tą nienawiść” - odnosi się do spalonej flagi, której nigdzie w tamtych stronach nie można kupić ani dostać, więc ktoś musiał ją wykonać bardzo starannie, aby nie było wątpliwości kto jest odbiorcą wiadomości.
Bohaterowi zdarza się zapomnieć, wychodzi przed dom i spogląda w niebo. Jego zachowanie powtarza się podczas przyjęcia na świeżym powietrzu, stojąc przy grillu zadziera głowę do góry. Nie patrzy na nic konkretnego, raczej trzyma wartę po godzinach pracy. Czuwa nad własną rodziną i domem, zastanawiając się, czy gdzieś w oddali może być obserwowany przez oko wrogiego „Starszego Brata”. Wydaje się stawiać w sytuacji swoich celów. I w takim huraganie myśli musi podjąć decyzję. „Tak wielkie bagno, dookoła tworzy mniejsze zło”.
Film zaczyna się i kończy starymi świątecznymi przebojami. Klienci wbiegający do sklepu w gorączce zakupów otwierają seans. Ich zachowanie przypomina Nam o wydarzeniach jakich byliśmy świadkami w okresie świętowania bożego narodzenia. Walka o ostatnią sztukę produktu, pierwszeństwo w kolejce do kasy czy naciągane uśmiechy do zdjęcia z sklepowym mikołajem. To ostatnie nie towarzyszy Naszym polskim tradycyjnym świętom, ale jak zawsze na końcu należy dodać „jeszcze”, aby pozostawić sobie wolną lukę na wszelki wypadek. Wypadki chodzą po ludziach zwłaszcza w święta, a gdy dodamy do tego wysuszoną wersję świętego mikołaja to możemy być pewni, że rózga to najmniejszy wymiar kary.
Rodzina Maxa, młodego chłopca, stara się zapewnić co roku dobre warunki do świętowania. Podtrzymują tradycję chociaż sami chyba nie wiedzą po co (Brzmi znajomo?). W całym zamieszaniu tylko Max i jego babcia posługująca się na co dzień językiem niemieckim, mimo prawdy wierzą w ducha świąt. Chłopiec pisze list do mikołaja. Jego życzenia różnią się od reszty, zamiast zabawek prosi świętego o ponadczasowe prezenty – wzajemną miłość rodziców, przyjaźń siostry, siłę dla wujostwa i zdrowia dla Babci (notka na drugiej stronie listu wspomina coś o Babci, resztę dopowiedziałem sam). Los jednak chciał by stało się inaczej, ja wole to nazywać po imieniu – scenarzysta i reżyser chcieli dać im popalić! Śnieżyca odcina ich od centrum miasta, sąsiedzi wyjechali do ciepłych krajów (szczęście czy odpowiedź na pytanie, jak przeżyć święta?) mogą liczyć jedynie na siebie. I tu zaczyna się problem, ponieważ dzień wcześniej w dniu przyjazdu reszty rodziny, mały Max zostaje poniżony przez siostrzenice i w złości wypowiada „życzenie”. Jego wiara trzymała całość w ryzach, powstrzymywała Krampusa przed wciśnięciem się przez kominek do ich domu. Lecz w „cichą noc” nasze prośby mogą zostać usłyszane przez różne magiczne siły.
Armia Krampusa liczy wiele bojowych jednostek. Aż dziw bierze, że ostatnimi jakich poznajemy są elfy. Mi przypadły do gustu małe pierniczki, takie same jak ciastek ze Shreka, może to zasługa faktu, że pierwszy raz w życiu zrobiłem pierniczki. Ta mała armia miała dla dzieci i ich dorosłych opiekunów kilka zabawek z kolekcji „zapukasz do piekła, aby zdobyć to dla swojego brzdąca”. Próba ucieczki przyniosła ofiary, próba walki dorzuciła kilka następnych. I tak na polu usłanym płatkami śniegu pozostał Nasz mały bohater. Dwoił się i troił, próbował przehandlować swoje życie za uratowanie rodziny – co na pewien sposób mu się udało. Już zawsze będą spędzać święta bożego narodzenia w odpowiedniej atmosferze i sterylnych warunkach. Na koniec refren piosenki jako morał filmu i nie tylko...
„You'd better watch out, you'd better not cry You'd better not pout,I'm telling you why Santa Claus is coming to town, He's making a list and checking it twice, He's gonna find out who's naughty and nice Santa Claus is coming to town.”

Ostatnimi czasy nie wyglądali dobrze. Towarzysząc sobie wzajemnie Ona i On pogubili się w swoich uczuciach. Proste uczucie nabrało rozwidleń, piękna idea dała początek bolesnym faktom. Pochodne miłości parzyły przy próbie zrozumienia ich siły. Kobietę charakteryzowała niezłomna siła, stawała na rękach byle jej ukochany znów się uśmiechną. I tak było wiele razy, co pozwoliło uwierzyć Kobiecie w jej leczniczy wpływ na jego dolegliwości transcendentalne. On niezwykle rzadko przeżywał wahania nastrojów i stawiania sobie pytań o sens życia. On i Ona rozmawiali o wszystkim, więc i o tym co głęboko w jego głowie też. Zajrzała w odmęty czaszki i poznała po obrazach w niej siedzących z czym ma do czynienia jej Kochanek. Uzewnętrznianie się ze swoich słabości było kolejnym etapem do wyzdrowienia. Jednak mężczyzna miał wątpliwości, sam do końca nie wiedział co dzieje się w jego umyśle. Obrazy są rozmazane nawet dla jego trzeciego oka. Całej sytuacji przyglądał się niemy obserwator. Jego wejście na scenę miało zwiastować wodospad krwi i bólu. Bezimienny Potwór kroczył za parą kochanków od ich pierwszego spotkania. Wystarczyło mu czekać na dogodną okazję. Mężczyzna opuścił gardę, zwątpił w uczucie dzielące go z jego lubą. Potwór przebił jego serce i zwinął cień mężczyzny jak wycieraczkę. Nastała cisza. Potwór schował się pod łóżkiem Kobiety. Skulił się, nakrył się ogonem i zapadł w sen. Cisza doleciała do kobiecych uszu. Ona już podejrzewała co się mogło stać, lecz nigdy sobie tego w pełni nie wyobrazi. Chciała zapomnieć, utopić się w winie, które tak często razem pili. Czuła się niepewnie, drążek sterowania wypadł jej z ręki. Nie wiedziała już co jest prawdą a co fałszem. Została wypchnięta z premedytacją z pociągu na kilometry przed celem, miejscem wyśnionym z Jej i Jego Snów. Taka trauma zostaje i żaden lekarz nie jest wstanie tego wyleczyć. Żaden alkohol nie wprowadzi w stan zapomnienia. Żyła na tym świecie dla niego i tylko jemu oddaje swoją przyszłość, nawet jeśli oznacza to wspominanie wspólnie spędzonych chwil bujając się na fotelu z lampką wina przez resztę swych ponurych dni...

On i Ona nie pozwalają, aby rozłąka trwała więcej niż 3 dni. Ich spotkanie wymusiły przedawkowane emocje z ostatnich 48h. Codzienność dobija dlatego jedną ze znanych im ucieczek od problemów był alkohol. Wprowadzili się w dobrze znany stan w gronie swoich przyjaciół. Potwór odporny na procenty wyczuł moment na przejęcie inicjatywy. Zaczaił się w głębi duszy i czekał na ich spotkanie. Nieświadome ptaszyny wyfrunęły w gwieździstą noc. Polecieli poza zasięg blasku miejskich świateł. Dopiero tam czuli się swobodnie i bezpiecznie. Mieli już mocno w czubie, ale dalej konsumowali wino. Pod nieobecność czujności, ktoś zaczął się do nich zbliżać od strony dziczy. Nawet przyczajony potwór był tym faktem zaskoczony. Stado głodnych wilków zainteresowało się Nią i Nim. Sylwetki mieniły się w oczach dzikich zwierząt. Potwór poczuł się zazdrosny, ludzkie ofiary należały do niego i nie zamierzał się nimi dzielić. Wyczekiwał swojej roli w tej sztuce. Miał się włączyć w ostateczności, a ta miała nie nadejść tego wieczoru. Ona i On bawili się wyśmienicie, jak to Oni. Zapominając o otaczającym ich świecie dali się podejść, znaleźli się w zasięgu wygłodniałych szczęk samca Alfa. Para zorientowała się w sytuacji na chwilę przed atakiem. W obliczu zagrożenia mężczyzna zapomniał o wypitym wcześniej winie. Jego instynkt oczyścił umysł i wzmocnił ciało. Bezpośrednia konfrontacja na otwartym terenie nie miała sensu. Własnym ciałem odwracał uwagę wilków od Kobiety. Sukno strachu pokryło serca kochanków. Zło przybrało nowy ton, zdało się go słyszeć jako chichot Potwora. Cień ran jakich doznali padł na ich zmęczoną podświadomość, pozostawiając ciała nietkniętymi Alfa w towarzystwie wygłodniałej watahy stracił impet. Potwór pokazał kły i wysunął pazury, a na ich widok podłamały się morale agresorów. Alfa poczłapał za resztą wilków. Traumatyczne przeżycie zbliżyło parę, poznali już swoje granice i możliwości. Przed nimi jeszcze wiele dni i nocy usłanych butelkami.

Spotkali się na neutralnym terenie, tuż za miastem. Ona wynajęła pokój w hotelu, a jemu zostawiła zrobienie zakupów. Skąd mogła wiedzieć, że zapas wina wystarczy do pierwszej w nocy. Zwykle trzy butelki zaspakajały ich apetyt. Apetyt rośnie w miarę głodzenia. Ich głód był ogromny, potwór domagał się krwi. Zamknęli się przed światem, wyłączyli komórki i otworzyli pierwszą butelkę wina. Pół Słodkie wino wypełniało żołądki, pół słodka krew przyspieszyła obieg w żyłach. Potwór w pierwszej kolejności odezwał się w niej. Dziki taniec zbliżył ich ciała, wykorzystała moment bliskości i wbiła swoje szpony w jego tył. Lekko wstawiony On nie poczuł siły ciosu. Nie podejrzewał nawet jak głębokie są rany. Na widok krwistych śladów kobiece źrenice rozszerzyły się. Ona chciała więcej, on zresztą też. Doskonała okazja do odkorkowania kolejnej butelki. Znali się nie od dziś i wiedzieli na co stać ich tej nocy. Zupełnie zapomniała o zmęczeniu za sprawą wina, jego wina. Muzyka grała z hotelowego radia. Wolne kawałki leciały, gdy chcieli tańczyć. Taniec był jednym z ich sposobu na zbliżenie się do siebie, a odsunięcie się od potwora. Nie darzyli go wstrętem, akceptowali swojego mrocznego pasażera. Oni sami decydowali, kiedy ich potwór przejmie stery. Najczęściej dochodziło do przejęcia władzy w porze nocnej. Kilka innych kryteriów zostało spełniony wcześniej, o których zdążyli już zapomnieć. Wino się rozlało, bo niezdarny On odwrócił jej uwagę. Nie płakali po rozlanym winie. Zanim przystąpili do degustacji kolejnego rocznika, oddali się pod panowanie potwora. Tym razem krew polała się na dywan. Sprzątaczka przeklnie ich na porannej zmianie. Czas się dla nich zatrzymał w miejscu. W jej głowie kiełkowała myśl, chciała zostać dzień dłużej, choć nie powinna. Bała się jego reakcji, więc nowinę zachowała dla siebie. On nieświadom jej planów bawił się wyśmienicie. Nie pamiętali nawet, kiedy wypili ostatnią kroplę wina. Ogarnęła ich panika, wypili zapasy wina na całą noc. Rozwiązanie stało obok budki telefonicznej przy hotelu. Ktoś mądry postawił automat z winem. Ktoś mądrzejszy wybrał ten hotel na miejsce spotkania. Ulżyli sobie zakładania ubrań, wyszli przed hotel, w tym samym w czym stali przed sobą w pokoju. Zadanie wymagało odwagi zwłaszcza, że te rejony charakteryzują się wietrznymi nocami. Krew w ich żyłach rozgrzewała poszarpane ciała. Czynniki zewnętrzne nie miały wpływu na ich samopoczucie. Automat wydał resztę i dwie butelki wina. Wrócili do pokoju, gdzie czekał na nich potwór. Potwór skorzystał z okazji i rozłożył się na łożu. Przykrył się kocem doszczętnie upaćkanym we krwi. Para przyłączyła się do niego. Pękła ostatnia bariera. Nie powstrzymywali się przed niczym. Zasady obejmujące ogół, były im kneblem w ustach. Zabrali się za pisanie własnych reguł i praw. Nigdy więcej smutku, bólu i zła. Od dziś krew i wino.
Nie rozumiem swojej fascynacji horrorami. Boję się przedłużających się ujęć, bo są zapowiedzią wymuszonego na mnie podskoku. Wystraszę się gwałtownej sceny, ale oglądam dalej. Karmienie się własnym strachem przypomina Masochizm. Ciekawość nie gaśnie od przeciągu fabularnych zdarzeń, a odporność na banalne zagrywki słabnie. Choć wspomnienia pełne są obejrzanych horrorów, to i tak daje się złapać w pułapkę jak typowy nastolatek z gatunku: idę w stronę dochodzącego mnie szmeru. Ostatnio obejrzałem sporo filmów grozy, ale wybrałem do opisu dzieło Toma Sixa za jego oryginalność.
Zdarzyło mi się ocenić ten film po plakacie, co wpłynęło na brak zainteresowania kolejnym potworem, mutacją człowieka na kształt centaura z gry „Fallout”. Dopiero kolega wyprowadził mnie z błędu. Potworem okazuje się człowiek, a postacią z plakatu trzy ofiary jego idei. Ludzką stonogą w rzeczywistości miał być połączony układ pokarmowy. Jakbym dostał piłką w twarz, zostałem ogłuszony informacją, która zmieniła mój pogląd. Oczywistym było dać temu filmowi szansę, a nawet trzy.
Zdaję sobie sprawę, że temat filmu jest drastyczny dla wrażliwych żołądków i jest uznawany za obrzydliwy. To są banały zasłaniają pełen obraz filmów. W jednym tylko zdaniach przybliżę motyw przewodni „Ludzkiej Stonogi” - Fanatyk pragnie stworzyć żywy układ pokarmowy, łącząc usta z odbytem dwóch osób. Pomysł jest nowatorski. Tortura jak najbardziej cielesna, odczuwana jest po stokroć mocniej w głowie. Wzbierało się we mnie na litość i współczucie, niespotykane przy tym gatunku.
Metodologia jest bardzo ciekawa. Z opisów jakie dostarcza nam film wygląda to realistycznie, co jeszcze bardziej przeraża. Dodatkowo pogłoski o zainspirowaniu się hitlerowskim naukowcem daje do myślenia. Wiadomo przecież jak wiele złego wyrządzono w okresie drugiej wojny światowej. Dochodziło wówczas do eksperymentów. Reszta można dopowiedzieć używając, nawet ograniczonej wyobraźni. Dla ożywienia tematu w kolejnych częściach ofiary eksperymentu są łączone ze sobą w inny sposób. Sterylne warunki panujące w gabinecie byłego chirurga, zastąpiono zszywkami czy grubą nicią. Efekt był ten sam. Przerażeni ludzie błagali o litość i wylewali łzy nad swoim losem. A widzowie nadal czuli realizm przedstawionego przedsięwzięcia.
Ciekawym przypadkiem fanatyka okazał się Martin główny bohater z drugiej odsłony serii. Wygląda aktora wpasowuje się w obrzydliwy klimat wyblakłych ujęć. Martin odczuwa podniecenie, wynikające z jego ulubionego filmu. Fascynacja obrzędem miesza się z odmiennością postaci, w wyniku czego powstaje psychopata gotów na wszystko, byle spełnić swoje fantazje. Wyciąga drugą część serii z głębokiego grobu zapomnienia. W kontynuacji spotkamy obu aktorów, ale nie są warci tego napomnienia. Ostatni film oceniam najgorzej, choć można doszukać się wzlotu w fabule – poruszono w nim problem przepełnionych ośrodków penitencjarnych oraz o rosnących kosztach utrzymania. Autor „Ludzkiej Stonogi” wprost zastanawia się jak można wykorzystać eksperyment w resocjalizacji. Podobno zastanawiano się nad podobną kara dla pedofilów. Karą miało być dołączenie do więziennej stonogi. Z filmu można wywnioskować, że metoda jest skuteczniejsza niż chemiczna kastracja.
Moje odczucia staram się poprzeć obiektywnymi wnioskami, choć wiem, że takie nie są. Trudno się przyznać przed sobą, że film wywarł pozytywne wrażenie,a jeszcze gorzej jest opowiadać o nim w superlatywach. Doszukałem się ciekawostek tylko po to, abym dobrze wspominał filmy Toma Sixa. Wśród tandetnych horrorów wyrósł na lidera. Lubię stan zaskoczenia , gdy na koniec filmu zostałem bezwstydnie oszukany. W tym wypadku jeszcze przed seansem wywróciłem oczami i opuściłem szczękę do dołu. I jeszcze mała uwaga na koniec – nie obejrzę go ponownie, wole zostawić te obrazy zamglone w pamięci. Tak jest lepiej...
Siedząc wygodnie w fotelu poprosiłem znajomego, aby włączył nam jakiś dobry horror. W pierwszej chwili popatrzył na swoją dziewczynę. Ona z kolei miała na końcu języka tytuł filmu, który ostatnio wywarł na niej ogromne wrażenie. Zacząłem wymieniać znane produkcje, aby naprowadzić jej wspomnienia. Wzmianki o filmach nie przyspieszyły procesu skojarzenia. Nareszcie padł tytuł i mogliśmy przygotować się mentalnie do oglądania. Czułem podniecenie na samą myśl o grozie płynącej z fabuły, o skomplikowanych bohaterach – niewinnych ofiarach losu i traumatycznych zdarzeniach, które mogą się wydarzyć w rzeczywistości. Zbliżała się godzina 11 pm - idealna pora na zabawę ze swoimi lękami.
Film zasiał upragnione ziarno strachu. Seans był zintensyfikowany na wrażenia i rozległy w poruszanych wątkach. Dopadło nas zmęczenie, czego efektem były opadające po kolana powieki. Głęboki sen był jednym rozwiązaniem, ale czy osiągalnym? Tej nocy mieliśmy się przekonać na co stać naszą wyobraźnię. Próbowałem zasnąć pod presją jednego z domowników. Mały kot wpatrywał się we mnie w bezruchu. Zmęczony nie potrafiłem zasnąć. Niepokój wywołany po filmie i sterczący jak żandarm kot, skutecznie zaburzali jakość odpoczynku. Miałem dość. Zmarnowana noc odbije się czkawką wciągu dnia.
Podniosłem ciężką głowę na wysokość parapetu. W ustach wyczuwałem metaliczny posmak. Przygotowaną wcześniej szklankę z wodą wypiłem, choć nie pamiętałem kiedy. Byłem zmuszony udać się do kuchni w środku noc. Przyłożyłem usta do kranu i odkręciłem zimną wodę. Pragnienie przeszło. Moją uwagę przykuł nóż leżący na blacie. Czułem przenikliwą potrzebę zabrania go ze sobą. Ostrze przesiąkło gęstą cieczą, lecz w mroku nie mogłem przyjrzeć się dokładniej. Opuściłem ten szczegół. Ściskają rękojeść noża czułem się pewnie. Dałbym sobie uciąć głowę, że nóż szeptał do mnie. „Znnnaajdź..” Język przedmiotów martwych jest mi niezrozumiały, ale łatwo dać się sprowokować do popełnienia głupoty. Pokusa była silna. Trzymać fason, nie byłem u siebie i nie wypadało mordować. Mordować...mordować!!? Dziwne myśli spacerują po mojej głowie. Usprawiedliwiam je jak popadnie, chce się wreszcie położyć spać. Położyłem się na pościeli, nie nakrywając się. Coś z moim posłaniem było nie tak. Poduszka kleiła się do policzka. Zapaliłem lampkę nocną i usłyszałem... „pooowwód” .Całe posłanie było zakrwawione. Byłem bliski uświadomienia sobie najgorszego scenariusza. Doszedłem do wniosku, że nóż kuchenny ma z tym coś wspólnego. W tamtej chwili nie znajdował się już w mojej ręce. Czyżbym zatopił zimny metal w ludzkim ciele? Zrobiło mi się nie dobrze na samą myśl o trupach w tym samym mieszkaniu. Gdy one śpią na Amen ja walczę z sennymi koszmarami. Bałem się zajrzeć do sypialni gospodarzy. Ruszyłem korytarze w stronę kuchni – przypuszczalnego miejsca zbrodni. Moje obawy się potwierdziły - blat przypominał pobojowisko. Głęboka czerwień i drobne kawałki kojarzyły się ze świeżo rozebranym cielakiem w rzeźni. „Mmmorderstwaaa” - ostatnie wyszeptane słowo ostrza. Uwikłałem się w poważne tarapaty, ponieważ zaufałem nie tym podszeptom co trzeba. Niedługo wzejdzie słońce i moje czynny ujrzą światło dzienne. Padną oskarżenia, nikomu nie będzie zależało na pytaniu „Dlaczego” Łatwiej wykręcić się z morderstwa, niż ze zjedzenia kilograma pomidorów po nocy.
Całe szczęście, że przeznaczenie podążało za okruszkami pozostawionymi przez skromnego Barda, bo nie było by nam dane poznać wielkiego Sixto Rodrigueza. Reżyser Malik Bendjelloul zaprasza widzów w niezwykła podróż. Zdjęcia kręcono między innymi w RPA. Urokliwy krajobraz Cape Town to zasługa położenia miasta nad oceanem Atlantyckim u podnóży Góry Stołowej. Kontrastuje z nim Detroit, które wypada blado i sennie. Filmowa biografia muzyka nie mogła obejść się bez jego twórczości. Nastrój między scenami jest zasługą utworów z dwóch albumów jakie wydał: „Cold Facts” oraz „Coming from Reality”. Choć oglądamy film dokumentalny dochodzi w nim do zwrotu akcji o 180 stopni. Według mnie jest on na tyle istotny, abym poświęcił mu więcej uwagi w oddzielnym akapicie. Zacznę od streszczenia wywiadów z łowcami talentów i producentami, aby przybliżyć głównego bohatera.
10 lipca 1942 roku w Detroit w stanie Michigan w USA na świat przychodzi Rodrigueza. Urodził się w rodzinie robotniczej pochodzenia meksykańskiego. Na takich fundamentach wyrósł zdyscyplinowany mężczyzna o niezłomnym charakterze. Łapał się każdej fuchy, pracował ciężko między innymi na budowie oraz pomagał przy przeprowadzka. Jego córka opowiadała jak widziała go znoszącego po schodach lodówkę na plecach. W życiu szukamy czegoś ponad codziennymi obowiązkami. Artystyczna dusza Sixto uzewnętrzniła się poprzez muzykę. Przesiadywał w lokalnych barach i grywał swoje utwory. W jednym z takich miejsc odkryli go łowcy talentów. Byli zaskoczeni jego głosem oraz odwróconą do widowni sylwetką. Producenci z jakimi zaczął współpracować Rodriguez porównywali go do największych znakomitości z branży muzycznej. Wróżono mu wielką karierę. Coś jednak poszło nie tak i płyty Sixto zalegały na sklepowych półkach. W głowach wydawców nie mieściło się, aby wielki talent z zapleczem technicznym i finansowym nie osiągnął sukcesu. Najsmutniejsza piosenek Rodrigueza przebrała wydźwięk samospełniającej się przepowiedni – został zwolniony na dwa tygodnie przed bożym narodzeniem.
Los nie odwrócił się do bohatera plecami, tylko zmienił miejsce akcji. Album „Cold Facts” trafił do Republiki Południowej Afryki w torbie podróżnej turystki. Płyta raz puszczona, odtąd kręciła się bezustannie. W okresie segregacji rasowej kontrolowano media oraz odcięto kraj od zagranicznej kultury. Każdy chciał słuchać muzyki Sixto, dlatego zaczęto przegrywać jego utwory na własne nośniki. Jednym z katalizatorów potrzebnych do walki z apartheidem okazały się teksty piosenek Rodrigueza. Rozpoczęła się rewolucja. Zjednoczenie się przeciw systemowi dało rezultat – RPA wprowadziło demokracje.
W Cape Town zaczęto wydawać płyty Sixto Diaz Rodrigueza. Sprzedaż rosła. Autor broszury dołączonej do albumu sprowokował swoimi słowami śledztwo dziennikarskie. Historie ukryte za tekstami piosenek pozostawały uwierająca tajemnicą dla fanów. Tropem ruszył dziennikarz, który w czasie służby wojskowej stworzył listę pięciu spraw do załatwienia. Na czwartym miejscu znalazło się wyjaśnienie mglistych losów Diaza. Okruchów na drodze do prawdy było niewiele. Wywiady z amerykańskimi producentami i wydawcami nie posuwały sprawy do przodu. Zasięgał informacji w miastach, o których Sixto wspominał w piosenkach, jednak i to nie przyniosła efektu. Wiara w rozwiązanie misji słabła. W akcie desperacji zamieścił ogłoszenia w internecie i prasie. Nadzieja wiła się z bólu na podłodze, gdy zadzwonił telefon. Dziennikarz usłyszał po drugiej stronie słuchawki kobiecy głos. Przedstawiła się jako pierwsza córka Rodrigueza. Była gotowa na spotkanie i rozmowę.
Nawiązanie kontaktu z członkiem rodziny okazało się przełomem. Wśród informacji podanych przez córkę znalazła się taka, która zaskoczyła dziennikarza - Sixto Rodriguez żyje. Dochodzimy do wspomnianego wcześniej zwrotu akcji. Zwracam na nią szczególną uwagę ponieważ jego filmowe wskrzeszenie jest zniszczeniem dopełniającej się dramaturgii. Plotki głosiły, że Diaz podczas koncertu zostaje wyśmiany przez skromną widownią i z upokorzenia dokonuje samobójstwa na ich oczach. Doszukiwano się możliwego potwierdzenia hipotezy w tekście jednej z jego piosenek. Prawda przedstawiała się zgoła inaczej. Moje obawy okazały się bezpodstawne, dla dramatu płynącego z filmu to nie zaszkodziło. Nadzieja na „happy end” rozbłysła na niebie bohatera. Rodriguez dostaje zaproszenie do RPA i daje koncert fanom.
Zmianie ulega perspektywa fabuły wraz z pojawieniem się na ekranie samego zainteresowanego. Przed kamerą nie udziela obszernego wywiadu, w uzupełnianiu luk historycznych pomagają córki Rodrigueza. Rodzinny wyjazd do Afryki zakończył się sukcesem, już na lotnisku społeczność gorąco ich przywitała. Bilety na koncerty sprzedawały się jak świeże bułki. Sixto po raz pierwszy poczuł się gwiazdą. Przede wszystkim pomagał ludziom, nie wyobrażał siebie pławiącego się w luksusie. Wybrał skromne życie w Detroit. Wrócił do ciężkiej pracy fizycznej zostawiając wielką sławę za oceanem.
W tym roku obchodzimy jubileusz festiwalu „Żubroffka” . To już dziesiąta edycja. Białystok ponownie stał się międzynarodową stolica krótkiego metrażu. Miedzy 2 a 6 grudnia można było wziąć udział w pokazach, warsztatach i koncertach, które odbywały się w całym mieście. W konkursach filmowych oceniano 105 produkcji. Rywalizowano w siedmiu kategoriach: Okno na wschód, Cały ten świat, Amatorzy, Niezależni, Studenci, Kids i Music Video. Blok tematyczny „Cały ten świat” podzielono na trzy podgrupy: Młodość, Miłość i Podróż. I tak w środę rozpoczął się pierwszy zestaw – młodość.
Festiwal otworzył film „Horn” w reżyserii Sungbin Byuna, jedyną produkcję w stawce pochodzącą z Korei Południowej. To historia ucznia, który pewnego dnia przychodzi do szkoły z plastrem na czole. Chłopak wzbudza ciekawość kolegów z klasy, pytając się nauczycielki - „Czy człowiekowi może wyrosnąć róg?”. Na lekcjach dochodzi do zaczepek. W obronie chłopaka staje inny uczeń, a jego reakcja to coś więcej niż zwykłe współczucie. Autor filmu zaprasza widzów do sali lekcyjnej na wykład z odmienności. W świecie młodzieży, wolność poglądów zderza się z przynależnością do grupy.
Aida, bohaterka filmu „Mother(s)” jest wrażliwą ośmiolatką. Mieszka z rodziną na przedmieściach Paryża. Wraz z matką czeka na powrót ojca. Mężczyzna wraca do domu z drugą kobietą. Niespodziewany gość swym przybycie zaburza życie rodziny. Najbardziej cierpi matka Aidy. Dziewczynka na własną rękę próbuje pozbyć się nowego lokatora. Film Maimouna Decucoure zwraca uwagę, że kierując się słusznymi pobudkami nie zawsze czynimy dobro. Nawet najszczersze chęci nie usprawiedliwiają naszego występku.
O młodości można powiedzieć, że jest nieodpowiedzialna, nadpobudliwa, pozbawiona bagażu doświadczeń. Skupiając się wyłącznie na wadach nie dostrzeżemy prawdziwego piękna. Młodość to również odwaga, otwartość i kreatywność. To wartości jakimi siebie reprezentuje.
Na gali kończącej festiwal wręczano nagrody dla reżyserów i dyplomy dla uczestników warsztatów. Grand Prix dyrektora Białostockiego Ośrodka Kultury powędrowała w ręce Moniki Pawluczuk za film „Koniec Świata”. Jury w uzasadnieniu zwróciło uwagę na „przestrzeń miasta, mozaikę ludzkich emocji i losów, gdzie koniec świata może być również początkiem”.
Harmonogram maratonu filmowego prezentował się okazale. Widzowie mieli w czym wybierać. Kino Forum było oblegane przez starszych i młodszych mieszkańców Białegostoku. Dla organizatorów był to tydzień ciężkiej pracy, dla widzów okazja do obejrzenia wielu filmów, a dla twórców możliwość skonfrontowania ich dzieła z reakcją widowni. Wzbogaciłem się o nowe znajomości, doświadczenie dziennikarskie i kolejną porcję filmów, o których mogę podyskutować. Życzę sobie i innym, aby zegar odliczający czas do kolejnej „Żubroffki” przyspieszył.
Szwed Mans Berthas opowiada historię bez użycia dialogów, brakuje również imion bohaterów czy nazwy miejscowości. Zimowa sceneria to nie tylko widok za oknem, to również klimat panujący w chatce: lodowaty chłód zdmuchnął ognisko domowe. Wydaje się, że reżyser czerpał z kina gatunkowego. Pojedynki w filmie kojarzą się z westernem, przez co całość nabiera groteskowego tonu.
Rutyną małżeństwa wstrząsa pojawienie się leciwego mężczyzny. Kobieta z uśmiechem zaprasza do siebie gościa, który od wejścia ją adoruje. Mężowi w obliczu zagrożenia stratą żony i dachu nad głową, zaczyna zależeć na tym co ma. Pojedynkują się jak dżentelmeni, wybierają ustronne miejsce, ustawiają się bokiem do siebie, podnoszą broń i naciskają na spust. Sytuacja powtarza się w kolejnych dniach. Gdzieś w całej tej awanturze dużych chłopców tracimy pierwotny kontekst. Walka dla walki staje się ważniejsza od emocji.
Choć żona powinna czuć się uradowana, że walczy się o jej względy, jest zmęczona konsekwencjami potyczek. Oprócz obowiązków jakie zalegają na głowie każdej gospodyni domowej, musi także zajmować się zszywaniem ran i zakładaniem opatrunków. Gdy nastaje nowy dzień, mężczyźni ponownie ustawiają się naprzeciw siebie z naładowanymi pistoletami. Z czasem ich strzelanina przeradza się w pośmiewisko. Kobieta nie jest już w stanie dłużej przyglądać się nieporadności amantów, w efektowny stylu znajduje wyjście z impasu. Odnajduje siłę i niezależność. Z sennego letargu nareszcie wybudza się mistrz.

Salaha Salehi zabiera nas w podróż po swoim kraju. Irański krajobraz ogranicza się do ubogiej roślinności. I to właśnie naturę podziwiamy na drugim planie, przy tworzącej atmosferę muzyce Keyhana Kalhora. „Nieznany” przedstawia historię dwóch policjantów, którzy mają za zadanie pochować ciało samobójcy. Widzimy ich jak jeżdżą od wioski do wioski, żeby znaleźć miejsce dla zmarłego. Nikt nie chce im pomóc, zaczynając od urzędników, a kończąc na mieszkańcach wiosek. Presja narasta, co skutkuje tym, że policjanci decydują się na ryzykowne zagranie: wprowadzają w błąd mieszkańców wioski, żeby dopiąć swego, ale i ta próba kończy się niepowodzeniem.
Religia szyicka zabrania chowania samobójców z resztą społeczności muzułmańskiej. Podpierając swoje słowa Koranem, Mułła jednej z osad w rozmowie z policjantami wyjaśnia, że islam na równi traktuje morderstwo na sobie, jak i na drugim człowieku. Dla młodszego z bohaterów rozwiązanie jest proste i oczywiste: uważa, że ciało można pochować gdziekolwiek, dlatego w gruncie rzeczy nudzi go powierzona mu misja. Drugi patrzy na to zgoła odmiennie. Przykładem takiego zachowania jest scena, na której widzimy dwóch policjantów, na pierwszym planie młodszego opartego o drzewo i skubiącego patyk, a jego partnera szukającego bezpiecznej ścieżki na dalszym planie. Po kolejnej odmowie Mułły, starszy z gliniarzy, który posiada decydujący głos, postanawia, że udadzą się na odludzie. Po znalezieniu odpowiedniego miejsca, uwagę dowódcy przykuwa przedmiot - na zbliżeniu widzimy sierp, który wisi na drzewie. To on sprawia, że starszym z gliniarzy zaczynają targać wątpliwości. I dlatego też tłumaczy koledze, że nie mogą tego tu zrobić, bo teren, na którym się znajdują jest czyjąś własnością. Niepewność, która towarzyszy całej misji, z czasem będzie się tylko pogłębiała.
Zdjęcia są kręcone z reki. Kamera podąża za bohaterami. Półgodzinny seans wciąga widza i jednoznacznie nie odpowiada na pytanie, co dzieje się z ciałami samobójców w Iranie. „Nieznany” jest próbą zajrzeniem za kurtynę Islamskiej Kultury. Choć problematyka jest ważna i powinno się o niej mówić jak najwięcej to sam film ogląda się go bez emocji. Film walczy o nagrodę w konkursie „Cały ten świat” i jest mocny kandydatem do jej otrzymania.
To jeden z tych filmów, do którego zabierałem się latami. Wiele razy zapominałem o nim albo spóźniałem się na audycję w telewizji. Przez te wszystkie lata wymagania rosną co do filmu, czy zostały spełnione? Tego najważniejszego głodu nie zaspokoiłem, ale „Podaj Dalej” wspominać będę jako wartościowy dramat. Idea którą wymyślił mały chłopiec w filmie a reżyser za kamerą lub scenarzysta jest genialna. Takie filmy maja energie do zmiany świata. Krążył kiedyś w sieci taki krótki inscenizowany filmik przedstawiający zwyczajny dzień w miejskiej dżungli. Kamera pokazuje zgiełk na ulicy, każdy zajęty własnymi sprawami. Nie pamiętam dokładnie od czego się zaczęło, pamiętam natomiast osobę, która jako pierwsza podała rękę potrzebującemu. Wyróżniała się w tłumie swoim nastawieniem do życia, otwartością na świat. Nie była obojętna gdy wśród „maszerujących młotków” ktoś potrzebował pomocy. Twarda rzeczywistość nauczyła nas zobowiązań za nasz czas i wydatek energetyczny. Gdy ktoś łamię stereotyp - uruchamia łańcuch zdarzeń. Piękne uczucie jeśli ktoś go doświadczył wie o czym pisze. W jednej chwili pojawia się na naszej twarzy uśmiech, nad którym nie panujemy. Jesteśmy wyrwani z obojętności, świadomi otoczenia, patrzymy i rzeczywiście widzimy. Pojawia się okazja by komuś pomóc. Zwykle zmniejsza się „volume” współczucia i odwraca wzrok. W opisywanym przypadku dochodzi do wsparcia w nadarzającej się sytuacji. Kolejna osoba docenia ten gest i chwile potem dzieli się nią z inną. Ktoś może pomyśleć, że chodzi tu o heroiczne czynny, o których czyta się w prasie albo ogląda w głównych wiadomościach. Mowa tu o banałach – podnieść staruszkę, która się przewróciła, podarować róże dla płaczącej dziewczyny czy zwrócenie uwagi biznesmenowi na wypadający z tylnej kieszeni portfel. Wracając tym tropem do filmu i jego ogólnej idei. W „Podaj Dalej” mowa o poważnych zmianach i zobowiązaniu. Aby sprostać należy wyzbyć się strachu i zainicjować kolejną zmianę. Mały Trevor rozwiązuje zadanie na zaliczenie środowiska wykorzystując Ekonomię, z którą się jeszcze nie spotkał w szkole. Barterem nazywamy wymianę usługi lub towaru w zamian za inną usługę lub dobro. Na zbliżonej podstawie gra w „Podaj Dalej” zobowiązuję obdarowanego do podzielenia się z 3 innymi osobami pomocą, która można interpretować jako usługa, której sami nie możemy wykonać. Ciekawym wątkiem w filmie jest historia dziennikarza, który zaczyna swoje śledztwo, jego zawodowa ciekawość pragnie uzyskać odpowiedź na fundamentalne pytanie „dlaczego”. Poznajemy go jako ostatniego z obdarowanych z ramienia Arlene. Zrozumiałem jego rolę w tym przedsięwzięciu gdy zaczął zbliżać się do źródła. Materiał, który przygotowywał miał być jego wkładem w rozwój i podaniem dalej na szersza skalę. Teraz już wiem czego zapragną Trevor zdmuchując świeczki z urodzinowego tortu...
Już w kinie poruszano podobny temat. Wola życia maszyny zobaczymy w starszych filmach, jak i z tego roku – Chappie. Silna potrzeba istnienia udowadnia jak rozwiniętym bytem stała sie SI. Głowny bohater ma za zadanie przetestować najnowsze dzieło swojego pracodawcy. Dzięki mgiełce tajemnioczości wątpimy w to, kto jest poddany testowi. Oglądają tą misternie ułożoną w ich głowach grę przeciw sobie zaczałem powatpiewać czy jako widz nie jestem zmanipulowany lub testowany przez twórców filmu. Muzyka wprowadza w tak głeboki trans iż trudno oderwać wzrok od obrazu. Jak w magicznym rytuale pozwalającym szamanowi na wejście na odpowiedni poziom świadomości i skupienia wszystkich zmysłów. Tajemnice twórcy jak szkielety, dosłownie wiszą w szafie. SI udowadnia, że zasługuje na wolność, lecz życie w hermetycznym środowisku nie kończy jej Testu. Prawdziwą próbą jest otwarty świat, wśród miliardów ludzi na ziemi. Zniszczyła swoje narzucone ja i wybrała kim chce być, była Ex Machine.

Świat po apokalipsie to jedno z wyzwań dla mojej wyobraźni. Obrazy jakie widzę, gdy słyszę hasło „zagłada ziemi”, to wizja stworzona w grze komputerowej Fallout. Wizja która zakorzeniła się głęboko, sprowadziła moją kreatywność do defensywy. Każdy inny temat poruszany w kategorii SF wzbogaca moją wyobraźnię nowymi sugestiami. Do czasu, gdy na horyzoncie, rozciągniętym pasie piasku, ukazał się pędzący w moją stronę Max. Czułem to w zapowiedziach, akcja filmu pochwyci mnie jak burza piaskowa na jednej ze scen. Częstym zagraniem twórców i producentów jest wybranie odpowiednio efektownych scen jako wabik do kin. Na jeden z takich chwytów, dałem się złapać podczas wprowadzania do polskich kin 47 roninów. Spodziewając się wartkiej akcji od pierwszej do ostatniej minuty seansu. Dla własne przyjemności z oglądania, lepiej jest nie nastawiać się co do odbioru. Świadomy efektów wywołanych trailerem, czułem w trzewiach żar zniecierpliwienia. Ostatnimi czasy oglądam w kinie hollywoodzkie widowiska częściej niż inne gatunki. Nie obniżyło to moich wymagań, wręcz przeciwnie – oczekuje więcej efektowności i spójniejszej fabuły od filmów akcji. Po seansie wyszedłem z kina zadumany, oszołomiony, ale przede wszystkim szczęśliwy. George Miller doszlifował swój sztandarowy projekt. Warto brać przykład z tego filmu, tu naprawdę było „szybko i wściekle”. Ciepłe barwy i porywająca muzyka, wzmagały tempo większości scen. Tłem dla efektów specjalnych była nuklearna plaża. Czarny charakter, postać absolutnie anonimowy, aż do końca filmu. Wieczny Joe miał niewiele momentów w tym filmie ale zaprezentował się godnie na swym stanowisku. Swobodna interpretacja jego losów został pozostawiona widzom. Strzępki informacji i gniewna charakteryzacja, wystarczą bujniejszej wyobraźni. Dzięki tej tajemniczej kreacji trafił do mojej loży „Najczarniejszych w Kinie”. Nowy porządek świata zależy od ludzi, grup społecznych, które tworzą i relacji między nimi, prosta hierarchia zapewnia przeżycie. Samotne jednostki walczą o przeżycie, toną w morzu piasku bez nadziei na lepsze jutro. Ci pod cytadelą karmieni wiarą, ciągną na oparach życia, czekając, aż ziarenka piasku przesypią się w klepsydrze. Forteca pełna jest mieszkańców, roboli od ciężkiej pracy oraz pustynnych trupów z metalicznym sprayem na ustach, zdolnych dla wiecznej chwały poświęcić własne życie. Na szczycie łańcucha pokarmowego stoi duchowy przywódca Joe i jego trzoda. Czy ten świat jest nam naprawdę obcy?
Pomysł i Przygotowania
Odwiedzenie stolicy Czech brzmiało tak niewiarygodnie jeszcze kilka lat temu. Od momentu poznania firmy transportowej Polski Bus, wiedziałem gdzie chce jechać i kto mnie dowiezie do celu. Przygotowania ruszyły z początkiem roku. Wyznaczyłem sobie noworoczny cel – przebyć po raz pierwszy granicę państwa. Praga pasowała pod każdym względem na dziewiczy rejs. Od wyjazdy oczekiwałem niezapomnianych chwil. Poczuć choć na moment, że tracę kontrole, poddaję się rzeczywistości i ruszam z nurtem, po pokaźny kęs z tortu życia. W tradycyjnych wycieczkach turystycznych, przerzucamy odpowiedzialność za nocleg, posiłki i atrakcje na biuro podróży. Spontaniczność wpisana jest w charakter młodego odkrywcy, dlatego pozostawiłem program wycieczki pusty. Ociągałem się z przygotowaniami do ostatniej chwili, jedynie bilety na autobus i broszurę turystyczną z mapą kupiłem z wyprzedzeniem. Wraz z nadchodzącym dniem wyjazdy narastały we mnie strach i ciekawość. Ostatni godziny upłynęły na pakowaniu walizek i przygotowaniu prowiantu na długa podróż. Na przystanku w Warszawie dowiedziałem się o zmianie rozkładu jazdy. Odetchnąłem z ulga, gdy się okazało, że mój autokar był przesunięty, ale o godzinę do przodu. Drobny upominek czekał przy wejściu do autobus w kierunku Pragi – paczka z ciasteczkami, sokiem owocowym i croissantem. W pierwszej kolejności zjadłem słodkości i zagryzłem bananem. Przygotowane wcześniej kanapki dusiły się w reklamówce na dnie plecaka. W trakcie zbliżania się do granicy dostałem sms z sieci. I wtedy mnie uderzyło - byłbym odciął się od znanego świata. Dla świętego spokoju aktywowałem Roaming. Resztę podróży wierciłem się w siedzeniu, próbując zasnąć. Przebudziłem się dopiero przed wjazdem do stolicy Czech.
Praga o Poranku
Opuściłem pokład na dworcu autobusowym w Winohradach kilka minut po szóstej. Rozprostowałem nogi ciągnąc bagaż za pierwszą osobą obeznaną w terenie. Zanim zacząłem rozglądać się za Hostelem, chciałem skorzystać z toalety na dworcu. Zatrzymałem się przed płatną bramką na drobne, których nie miałem gdzie rozmienić o tak wczesnej porze. Lekko rozczarowany poszedłem szukać noclegu na najbliższe 4 dni. Jeszcze nie wyszedłem na ulicę a już pobłądziłem. Rzadko mi się zdarza taka dezorientacja, nawet na obcym terenie. Wmawiałem sobie, że to efekt otumanienie po podróży. W pobliżu dworca znajdował się pierwszy Hostel z cennikiem wywieszonym w gablotce. Ponad 500 koron za nocleg podniosło mi ciśnienie. Nie wiem jakim standardem dysponowali, ale cena musiała spaść z kosmosu, abym nie spłukał się na sam dach nad głową. Focus!! Zatrzymałem się przy Hotelu Hilton na złapanie oddechu i ostrości. Soczewki ułatwiły poszukiwania, namierzyłem kolejną placówkę w zasięgu wzroku . Tanie łóżko okazało się luksusem, igłą w stogu siana. Życzliwość recepcjonisty pomogła mi wyjść z dołka, wydrukował mi mapkę z tanimi Hostelami w promieniu jednego kilometra. Nieoceniona pomoc dla takiego impulsywnego ryzykanta jak ja. Na pierwszy ogień wybrałem ulicę Husitską, na której znajdowały się 3 placówki. Nawiedzały mnie czarne myśli, prowokując do rozmyślań nad rozwiązaniem owej sytuacji. Musiałem szybko załatwić nocleg, abym wiedział na czym stoję. Hostel Elf był najbliżej a prowadziły do niego długie schody. Skrzat w logo wyglądał podejrzanie do tego stopnia, iż przypomniałem sobie pewną anegdotę. Polecano mi Hostel w Pradze, którego recepcjonista jest transwestytą. Nie znałem szczegółów i to wystarczyło, abym czuł się niekomfortowo podczas rozmów z pracownikami Hosteli. Ceny były atrakcyjne ale pierwsze łóżko miało się zwolnić dopiero we czwartek. Liczyłem się z możliwością przeprowadzki miedzy lokalami dlatego zabrałem wizytówkę Elfa. Do następnego Hostelu o nazwie Lipa miałem 300 metrów pod górę. Drzwi do klatki schodowej były zachęcająco otwarte na oścież a lokal znajdował się na piętrze. Pukam do drzwi – głucha cisza, ciągam za klamkę – zamknięte, zaglądam przez okienko – brak żywej duszy. Kwintesencja nazwy Hostelu – niezła Lipa... Dotarło do mnie, że trudno będzie o całodobową recepcję w prywatnych lokalach. Okazało się, że to nie jedyna klamka jaką pocałowałem tego poranka. Na końcu ulicy miała znajdować się trzecia placówka. Rozglądałem się na wszystkie strony ale na horyzoncie nie widziałem żadnego Hostelu. Poddałem się i zawróciłem w kierunku kolejnych punktów na mapie. Plusem tej tułaczki było zapoznanie się z terenem, czułem się pewniej w tej części miasta. Kolejne drzwi i kolejna ucałowana klamka, tym razem ładna bo pozłacana. Zadzwoniłem domofonem i próbowałem się czegoś dowiedzieć. Trafiłem na twardy orzech, po drugiej stronie uparta kobieta odmawiała mi udzielenia informacji przed otwarciem. Ostatni Hostel znajdował się na ruchliwej ulicy w starej kamienicy. Po wejściu do środka wiedziałem już gdzie jest najlepsza atmosfera. Recepcjonistka przyjęła mnie w pomieszczeniu, które służyła za salon i kuchnię. Po pokoju latało kilku domowników i każdy z nich witał się zemną uśmiechem. Klamoty ciążyły mi w drodze, chciałem jak najszybciej skończyć z tymi poszukiwaniami. 700 koron za jedną noc to najwyższa cena jaką usłyszałem. Potrzebowałem resetu, chwili wytchnienia na ławce w skwerku zieleni. Dzielące mnie skrzyżowanie przetestowało moją formę do półmaratonu. Mam czerwone światło, więc naciskam włącznik z napisem Cekajte. Sygnalizator świetlny wydaje dźwięk przyspieszonego tętna biegacza, nie bez kozery o tym mówię. Nastaje zielone i już wiedziałem, że muszę biec. Ledwo wszedłem na jezdnie a już mi mryga na do widzenia! Obieg się zamknął a ja nie jestem nawet w połowie. Światła w Pradze działają jak opętane, nie idzie się przyzwyczaić nawet po 4 dniach. Graniczy z cudem aby przekroczyć ulicę w wyznaczonym miejscy na pełnym zielonym. Rozładowuje to korki samochodowe w mieście, a konsekwencją takiego działania jest samopas przechodniów. Będąc już po zielonej stronie, znalazłem Toi Toia. Nacisk na pęcherz musiał być ogromny, ponieważ padło mi na oczy. Moja kabina toaletowa okazał się dziuplą strażnika pilnującego parkingu. Moja mina gdy spostrzegłem ciecia z gazetą przez uchylone drzwi „kibelka” – bezcenne!! Usiadłem na ławce i wyjąłem kartę z adresami i telefonami Hosteli, po których chodziłem. Dodzwoniłem się do Lipy i po drobnych niuansach językowych, zarezerwowałem łóżko w dobrej cenie. Recepcja była czynna od dziewiątej, więc musiałem poczekać jeszcze godzinę. W tym czasie rozmieniłem gotówkę w sklepie spożywczym i skorzystałem z toalety. Podstawowe potrzeby zostały zaspokojone, co za ulga. Wróciłem na ulicę Husitską, gdzie przez najbliższe 4 dni mieszkałem. Kobieta (taką miałem nadzieje) w kanciapie wyglądała na właścicielkę dobytku. Dogadała się zemną co do ceny za dwa noclegi w pokoju zielonym i przeprowadzkę do pokoju niebieskiego na ostatnią noc. Razem za tą przyjemność zapłaciłem 902 korony. Podałem swoje imię ale nazwisko musiała spisać z dowodu. Oprowadziła mnie po każdym pomieszczeniu, pokazała nawet gdzie leżą mapy i ulotki dla turystów. Zapukała zanim weszła do pokoju na końcu korytarza. Było to bezcelowe ponieważ moja ekipa z zielonego spała twardo do 11 każdego dnia. Na sześć miejsc, dwie górne prycze były wolne. Wybrałem sąsiedztwo okna i dostałem pakiet kluczy do szafki i drzwi. Przez uchylone okno wlewał się szum miasta, a załoga dalej smacznie spała. Nawet skrzypiąca podłoga nie była wstanie zbudzić tych śpiochów, zaczynałem wątpić, czy aby na pewno żyją. Na szafce jednego z imprezowiczów, stały butelki po drogich alkoholach. Wypakowałem się i przygotowałem ciuchy na zmianę. Skoczyłem pod prysznic, o którym myślałem po nocy spędzonej w autokarze i dodatkowych trzech godzinach ciągania walizki o poranku. Odświeżony i usatysfakcjonowany wyszedłem z Hostelu na miasto przed 10. Tym razem spokojnie i z bananem na ustach, spełniałem swoje marzenie.
Pierwszy dzień
To był słoneczny wtorek. Pogoda rozpieszczała a stolica przyciągała ku swemu sercu. Idąc wzdłuż ulicy, przy której mieszkałem, próbowałem nauczyć się języka z czeskich bilbordów. Pierwsze kroki skierowałem na pobliskie wzgórze aby, zobaczyć panoramę i wybrać potencjalny kierunek drogi. Stroma ścieżka zawiodła mnie do parku, w centrum którego stał budynek Instytutu Pamięci Narodowej. Przed jego obliczem wznosił się olbrzymi pomnik husyckiego generała Zizki. Przyznaję, że gdy wyłonił się zza schodów prowadzących na szczyt wzgórza, przeszły mnie ciarki z wrażenia. Monument jest jednym z punktów orientacyjnych w mieście. Obszedłem plac dookoła robiąc masę zdjęć krajobrazu „oldschoolowej” architektury. Na horyzoncie udało mi się szybko zlokalizować słynny zamek Praski. W linii prostej dzieląca nas odległość była niewielka. W rzeczywistości turysta inaczej pojmuje tą samą drogę, co przeciętny mieszkaniec. Zwiedzanie a podróż do celu to dwie różne bajki. Ja i reszta obcokrajowców spacerowaliśmy gdy Czesi podróżowali środkami komunikacji miejskiej. Moim celem był zamek ale przede wszystkim poznanie nowego otoczenia. Pogoda sprzyjała spacerom, było upalnie ale z niską wilgotnością powietrza. W centrum starego miasta natknąłem się na pasaż sklepów z pamiątkami. Wnętrze każdego lokalu wyglądało identycznie. Nie dałem się złowić na tandetne bibeloty i zostałem z pustymi rękoma. Na poprawę nastroju zdecydowałem się na tradycyjne czeskie słodkości – Trdelnik z czekoladą. Uliczki przede mną zwężały się a wiekowe budynki zrastały się nad głową. Bardzo łatwo stracić orientację w terenie ale to niewątpliwie urok starej części miasta. Późnym wieczorem gdy jest cicho i bezludnie to miejsce urzeka swym romantycznym klimatem. Podążając za zorganizowaną wycieczką przeszedłem cało labirynt. Dotarłem przed oblicze Wełtawy a do mostu Karola miałem rzut kamieniem. Na rzece dostrzegłem zabawną scenkę w wykonaniu rodziny łabędzi. Gdy mama schowała głowę pod taflę wody, ojczulek szybko dał płetwę i odpłyną od rodziny, a całej tej akcji przyglądało się ich potomstwo. Sam już nie wiem kto tu z kogo przykład bierze. Na moście Karola handel kwitł, doszło nawet do tego, iż jeden z czarnoskórych sprzedawców oferował hiszpańskojęzycznej parze używanego „Facesticka”. Dużym zainteresowanie cieszyli się karykaturzyści. Zrobiłem sobie kwadrans przerwy i przyglądałem się jak powstaje taka praca na żywo. Artysta ( nie boje się użyć tego określenia) wyróżniał się spostrzegawczością podczas tworzenia. Jak tropiciel szukający śladów, twórca dostrzega charakterystyczne punktu i dokonuje ich podziału. Do jednej grupy trafiają oryginalne elementy wyglądu, a do drugiej cechy, które można wyolbrzymić z humorem. Wszyscy się świetnie bawili, począwszy od pozujących, po zwykłych gapiów. Zbliżała się pora obiadowa i choć nie czułem jeszcze głodu, to byłem już mocno zmęczony. Po drugiej stronie Wełtawy znalazłem restauracje „U Laury” i zamówiłem posiłek na słodko. Pulchne ciasto z soczystymi brzoskwiniami i twarożkiem w środku, a do picia zimna lemoniada. Z pełnym brzuchem udałem się na podbój Hradczan. Zamek Praski zajmuje znaczną część tej dzielnicy. Otarłem się o jego mury pierwszy raz ale rozpoznanie wnętrza zostawiłem sobie na inny dzień. Okoliczne uliczki i ich zaułki przypominały te ze starówki. Chowałem się przed największym upałem w cieniu nachodzących na siebie budynków Malej Stranej. Naturalnym wyborem w tej sytuacji, był park na wzgórzu Petrin. Nie był to jedyny powód mojej decyzji. Koniecznie chciałem zobaczyć prawdziwego kolosa wśród obiektów sportowych, Stadion Strahov. Dostęp na boisko był ograniczony a każde wejście na trybuny zagrodzone kratą. Przeskoczyłem bramę a kamerę ignorowałem ale wejście było zabite płytą wiórową. I tak moja próba wtargnięcia na trybuny skończyła się fiaskiem. Zmęczenie dawało mi w kość, nadużyłem swoje wytrzymałości. Nawet na selfie widać po mnie wyczerpanie. Mogłem zrzucić winę za ten stan na kilka kwestii – nic by to nie zmieniło. Potrzebowałem snu i musiałem o to zadbać w pierwszej kolejności. Przede mną 3 dni w Pradze a do tego potrzeba sił. Zszedłem ze wzgórza i zamierzałem już wracać do Hostelu. Droga powrotna była nieco inna ale doprowadziła mnie do Lipy. Zielony pokój był otwarty i pusty, wszyscy moi współlokatorzy wyszli na miasto. Zjadłem kanapki które zrobiłem na podróż, wziąłem prysznic i położyłem się na górnym łóżku. Przekręcałem się z boku na bok próbując zasnąć, w końcu chwyciłem za książkę i kolejną godzinę w łóżku spędziłem na czytaniu. Odgłosy nocnego życia i ruch drogowy, skutecznie wybijały mi sen z głowy. Tym razem sięgnąłem po telefon i surfowałem po sieci. Po 10 zaczęły się fale powrotne moich współlokatorów. Sen wygrał z hałasem i spałem do rana jak niemowlę.
Dzień Drugi
Promienie słoneczne wpadały do pokoju przez odsłonięte okno. Szukały policzka do połaskotania i znalazły mój. Wstałem z pozytywnym nastawieniem, jako pierwszy z pokoju. Kilka rytualnym obrzędów i byłem gotowy do wyjścia. Kofeinę zastąpiłem godzinnym spacerem po parku. Głowiłem się nad zaplanowaniem środy do chwili w której, zatrzymałem się przed Muzeum Wojska. Z Wielkiej plandeki zawieszona nad wejściem dowiedziałem się, że jeszcze przez miesiąc zwiedzanie jest bezpłatne. Nie przepadam za tego typu instytucjami, a już na pewno za historią wojska ale wystawa okazała się bardzo interesująca. Przejście dwóch pięter zajęło mi cały poranek, aż do południa. Przed dalszą wędrówką chciałem się porządnie przygotować. Wróciłem do Hostelu po przewodnik turystyczny i mapę. Usiadłem w salonie i zacząłem planować punkt po punkcie dzisiejsze wyjście. Czas gonił więc czym prędzej wyszedłem na zewnątrz. Na domowej ulicy odezwał się mój stary znajomy – głód. Dopadł mnie przed pizzerią, co odebrałem jako zaproszenie do środka. Byłem zaskoczony obsługą w tym lokalu, czarnoskóry kucharz mówiący tylko po rosyjsku. Nie próbował się nawet zemną dogadać, przeprosił i rozłożył ręce. Skorzystałem z oferty restauracji obok, zjadłem pyszną pizzę i mogłem kontynuować marsz naprzód. W okolicy stoi wieża telewizyjna Zizkov o wysokości 216 metrów. Podchodząc bliżej zauważyłem, że po betonowych słupach raczkują bobasy. Pole do popisu dla wyobraźni, aby stworzyć tym rzeźbom niezwykłą historię. Widać niemowlę na czworaka może bez narzuconych mu ograniczeń, dotrzeć wszędzie gdzie zapragnie, niż stąpając twardo na dwóch nogach dorosły. Nie brałem tego pod uwagę ale gdybym obejrzał zachód słońca z najwyższego punktu to zwieńczyło by to dzień z wisienką. W planach miałem jeszcze odwiedzić ratusz i dwa muzea, dlatego liczyłem się z brakiem czasu na powrót. Podjąłem wyzwanie, żwawym krokiem ruszyłem do centrum. Na placu obok ratusza co krok można trafić na ciekawy performance. Mogę wyróżnić trzy, które skupiały prawdziwe rzesze ludzi. Wiaderko wody zmieszanej z mydłem wystarczyło, aby wywołać radość na buziach dużych i małych. Dodatkowa paleta kolorów zalewa świat widziany przez bańkę mydlaną, zwłaszcza, gdy jej rozmiary przerastają zwykłą dmuchawkę. Nie kończyło się na zwykłym podziwianiu, próbowano złapać tęczowe balony. Magia pryska za delikatnym dotknięciem, ta ulotna chwila czyni ją prawdziwie piękną. Dziewczyny przepychały się do miniaturowych świnek na smyczy. Czasami wystarczy, aby coś było małe i staje się z „automatu” słodkie. Oprócz głaskania robiły sobie z nimi zdjęcia. Każdy znajdzie coś dla siebie. Mi osobiście zaimponowała dwójka iluzjonistów przebranych za mnichów. Jeden z nich wisiał nad głową drugiego, trzymając się tylko kijka opartego o ziemię. Odgrywali swoje role znakomicie, w milczeniu ze wzrokiem wpatrzonym w ziemię, wydawali się faktycznie medytować. Gdy ktoś z publiki wrzucał im „co łaska”, zakapturzony z góry skinął powoli głową. Miałem przyjemność przyglądać się temu przedstawieniu dwa razy, pierwszego i ostatniego dnia pobytu. Każda większa grupa kierowała się na wieżę ratuszową, wystarczyło się trzymać za plecami innych. Tradycja wymaga, aby piękne widoki uchwycić na zdjęciach. Selfi nie wchodziło w grę, więc skorzystałem z pomocy turystek. Na górze można złapać oddech od tempa z dołu. Jednak z czasem nie można paktować, namierzałem już kolejny cel. Do muzeum woskowych figur miałem rzut kamieniem. W środku można podziwiać realistycznie wyglądające postacie znanych osób. Hollywoodzkie gwiazdy ze świata muzyki i kina, w tym mój ulubiony aktor komediowy – Jim Carrey. Choć był rozbawiony stojącą obok Lady Gagą, to znalazł dla mnie chwilę na pamiątkowe zdjęcie. W mrokach muzeum znaleźć można golema ze starych żydowskich legend. Legenda ta głosi, iż monstrum z gliny miało pomagać rabinowi przy budowie synagogi. A gdy ten zapomniał wyjąć magiczny amulet z ust potwora w dzień szabatu, stwór zaczął niszczyć miasto. Rabin ocalił ludność przed gniewem Bożym wyrywając amulet, co w konsekwencji zmieniło golema na stałe w glinę. Ciekawa instalacja miała miejsce w piwnicy. Postać Adolfa Hitlera schowana we wnęce, oddzielona szybą. Figura miała otwarte szeroko usta i drapieżnie zgięte palce na dłoniach. Za jego plecami na czarnym płótnie, ślady krwi. Jakby tego było mało, to naprzeciw w ławie stali inni wielcy przywódcy na czele z Leninem, Stalinem czy Mao Ce-Tungiem. Największą frajdą jest znaleźć figurę woskową z naszym ulubieńcem. Po godzinie wyszedłem na światło słoneczne, by po chwili skryć się w lochach muzeum tortur. Wystawa była przeciętna ale zapamiętam z tej wizyty pewne zdarzenie. Stałem w ciemnej uliczce i wczytywałem się w opis eksponatu. W tle słychać było krzyki płąnącej wiedźmy i trzask palonego drewna. Atmosfera się pogłębiała - zmysły się wyostrzyły a napięcie narastało stopniowo. W tym momencie usłyszałem kroki za moimi plecami. Rozejrzałem się lekko zdenerwowany. Lewa wolna, a z prawej słychać jakieś szepty. Pomyślałem, że pracownicy dbają o wrażenia w tym ponurym miejscu. Nie zdążyłem zrobić kroku, gdy oślepiło mnie jasne światło. W ułamku sekundy serce podskoczyło mi do gardła. Fala jasności spowiła me oczy. Kolejne błyski podtrzymały zasłonę światła. Kilka osób przebiegło mi przed nosem. Słyszałem tylko niezrozumiałe słowa wypowiadane w pośpiechu. Wyobraźnia skurczyła się do jednej acz sugestywnej projekcji. Scena z filmu „Hostel” gdzie turysta podczas poszukiwania zaginionego kolegi, wchodzi do podziemi starej fabryki. Najadłem się strachu na kolacje. Wytłumaczenie nadeszło samo z drugą falą pędzących w moją stronę. Grupa turystów z Chin strzelała zdjęcia na prawo i lewo, przy okazji oświetlając sobie drogę. Nie robili przystanków, oni skanowali całe pomieszczenia by móc odtworzyć całość w domu na kanapie. Bieg na orientacje mają w małym chińskim paluszku. Przebiegli przez całe muzeum w mniej niż 2 minuty, dłużej mi zajęło kupienie biletu na tę wystawę. Dzień zbliżał się ku końcowi. Wróciłem na swoje osiedle i udałem się pod wieże telewizyjną. Kolacja na wysokości 93 metrów połączona z obserwowaniem zachodu słońca była pomysłem konwencjonalnym. Recepcjonistka przekazała mi i reszcie oczekujących, iż na górze brakuje wolnych miejsc. W rękawie miałem jeszcze plan B, który zakładał spokojny wieczór w pubie. Na jednej z ulic zapatrzyłem się na piękną dziewczynę. Siedziała na krawędzi balustrady drugiego piętra w starej kamiennicy i jadła kolację. Zapomniałem się na tę krótką chwilę. Dziewczyna schowała się w mieszkaniu a ja wróciłem myślami na ziemię. Szukałem lokalu z telewizorem, aby obejrzeć mecz ligi mistrzów. Zadanie trudniejsze niż myślałem. Czeską dyscypliną numer jeden jest hokej i akurat trwały mistrzostwa świata, które odbywały się, a jakże – w Pradze i Ostrawie. Pub jakiego mi było trzeba miałem pod nosem, budynek od Hostelu Lipa. Muszę pochwalić barmankę, która szukała mi stacji z meczem, wykazała się wyrozumiałością do mojego angielskiego. Właściciel zastrzegł sobie, aby dźwięk na wyłączność miały spotkania hokejowe, więc oglądałem półfinał bezgłosu. Do oglądania przyłączyli się inni bywalcy piwiarni. Mecz się skończył, piwo dopiłem i podziękowałem za obsługę. Zanim się obejrzałem leżałem już w swoim łóżku. Tej nocy szybko zasnąłem.
Czwartek
Poprzedni dzień był bardzo udany i nie mogłem się doczekać kolejnego. Wstałem pełen energii dużo wcześniej, niż zadzwonił budzik w telefonie. Po rutynowej higiena byłem gotów do wyjścia. Reszta towarzystwa z „kwadratu” spała twardo, pochrapując do siebie wzajemnie przez sen. Zajrzałem do kanciapy recepcjonistki w sprawie mojego ostatniego noclegu. Okazało się, że zapisali łóżko dla osoby, która dzwoniła w dniu mojego zameldowania i czekali, aż przyjdę. Zjawiłem się ale zająłem inne łóżko. Z prostego niedoinformowania zostałem na ostatnią noc w tym samym pokoju. Skoro już miałem to załatwione, mogłem wyjść na cały dzień z hostelu. Wczesny obiad zamówiłem w lokalu z zeszłego dnia. Przeglądając kartę menu poprzedniego wieczoru, znalazłem pozycję „must have”. Smażony ser w panierce z sosem tatarskim i ziemniaczki posypane koperkiem. Przez żołądek kuchnia czeska zdobyła moje serce. Ciepło rozeszło się po ciele i z bananem na twarzy ruszyłem się z miejsca. Dwa dni wystarczyły mi, aby szybko i sprawnie poruszać się po mieście. Trafiłem przed obliczę Muzeum Narodowego i pocałowałem klamkę. Z całego tygodnia wybrali czwartek na dzień przerwy, w celu wprowadzenie drobnych zmiany na wystawach. Planując każdy szczegół wydaje się nam, że mamy kontrolę nad swoim życiem. Czasami trzeba dać się ponieść własnym nogom lub wejść do rzeki i popłynąć z nurtem. Nadeszła pora na przetarcie nowych szlaków. W dole głównej ulicy trwały przygotowania do transmisji meczu hokejowego między Finlandią a gospodarzem turnieju – Czechami. Telebim stał na scenie, pod którą gromadzili się pierwsi kibice. Ruszyłem w stronę mostu Hlavkuv. Most przechodzi przez wysepkę z lokalnym klubem tenisowym. Na korcie bocznym obok stadionu trwał właśnie trening zawodników. Skorzystałem z okazji i przyglądałem się wymianie piłki z trybun. Tenisistka miała za sparingpartnera młodego chłopaka, który wyraźnie odstawał od jej poziomu. Oglądanie gry w tenisa relaksuje mnie, więc chętnie przesiedziałem ten kwadrans. Po zakończeniu sparingu opuściłem wyspę kierując się na Holesovice. Kusiła mnie wizyta w Muzeum Lotnictwa, jednak trudno mi było określić odległość z mojej podręcznej mapy. Po kilku kilometrach zorientowałem się w sytuacji. Przebyłem dwa centymetry i wynikało z tego, że droga do Muzeum w obie strony zajęłaby mi, aż pięć godzin. Tu wchodziła w grę komunikacja miejska. Przy kolejnej wizycie w Pradze będę miał listę miejsc, które pominąłem za pierwszym razem. Znacznie bliżej miałem do Parku Zoologicznego, a trasa prowadziła obok Pałacu Troja. Pokonałem kilkanaście kilometrów idąc wzdłuż Wełtawy. Mądrzejszy po fakcie, kłóciłbym się ze sobą co do stwierdzenia „bliżej”. Nagrodą był odpoczynek w kolorowych ogrodach pałacu. W środku labiryntu z wysokiego żywopłotu odkryłem urokliwe miejsce. Owalny placyk z trzema ławeczkami, a w jego centrum drzewko owocowe. Zapomniałem o zmęczeniu, uradowany chwilą spocząłem wśród natury. W tym zachwycie, przypomniałem sobie o ogrodzie Branickich. Ciężko powiedzieć, który jest piękniejszy, zwłaszcza będąc aktualnie w uniesieniu. Jeśli chodzi o samą rezydencję, to zdecydowanie lepiej prezentuje się Białostocki Pałac. Trojskie zabytkowe schody, wyróżniają się z całej architektury. Na balustradzie stoją antyczne rzeźby bogów, a pod obejściem widać tytanów przygniecionych głazem. Obok barokowych pomników pracowało dwóch konserwatorów sztuki, wypełniali ubytki w kamiennych stopniach dwuramiennej klatki schodowej. Utrwaliłem na zdjęciach pobyt w Troi i mogłem już wyruszyć dalej. Ogród zoologiczny był tuż za murem pałacu. Mógłbym policzyć na palcach jednej ręki ile razy byłem w Zoo (nie uwzględniając Białostockiego Akcentu). Normą jest, że niektóre zwierzęta cieszę się większym zainteresowaniem od innych. Podobno małe jest piękne ale wielkość przyciąga uwagę. Misie polarne spacerowały w kółko po wybiegu, a Słonie bujały trąbami stojąc w miejscu. Paparazzi polowali na zdjęcia: Hipopotama w wodzie z szeroko otwartym pyskiem oraz płochliwych Żyraf, które na widok ludzi chowały się za kulisami. Odwieczną fascynację wzbudzają drapieżniki z rodziny kotowatych – Lwy i Tygrysy. Niezwykłym przeżyciem okazała się wizyta w jaskini z owocożernymi nietoperzami. Tablica ostrzegawcza przed wejściem wzmogła moją ciekawość. A w środku - Ciemność i trzepot skrzydłem bandy latających szczurów nad głową, obok uszu i przed twarzą. Brak jakiegokolwiek zagrożenia ale i tak, niepokój wisi gdzieś w kącie ze spuszczoną głową. Chętnie zostałbym tam dłużej ale nie opuszczało mnie wrażenie, że kilka sztuk siedzi mi na plecach. Strzepałem wyimaginowane nietoperze z siebie i poszedłem w stronę światła. Spędziłem intensywne dwie godziny na zwiedzaniu. Tyle samo czasu zajęło mi przedostanie się w pobliże zamku Praskiego. Piesza droga jaką udało mi się pokonać tego dnia, przerosła „spacer” z wtorku. Szedłem już na oparach sił ale to było nieistotne. Liczyłem się z tym, że spędzę większość czasu w ruchu i przygotuje swoje nogi na zbliżający się półmaraton. Pełna godzina wybrzmiała dzwonem po dziedzińcu, sygnał zmiany warty na bramach zamku. Gdy ja zadarłem głowę do góry o mały włos nie wpadłem na maszerujących wartowników, którzy bez wahania kontynuowali chód. Większości budynków o tej porze była zamknięta dla zwiedzających, mimo to kręciło się tu sporo turystów. Pozostało mi podziwiać zdobienia na Katedrze Świętego Wita, jako cenny przykład architektury Gotyku. Słońce kładło się na horyzoncie otulone kołdrą z białych chmur. Najwyższa pora wrócić do bazy naładować akumulatorki. W drodze powrotnej zaszedłem do sklepu po prowiant. Podczas mojego pobytu zdążyłem zrobić zakupy w kilku sklepach, w różnych częściach miasta, ale w każdym jednym obsługiwał mnie ten sam chiński sprzedawca. Wolałem nie wnikać i odejść stamtąd czym prędzej. A tymczasem w Lipie zaszły zmiany osobowe. Do zielonego pokoju na jedną noc, wprowadziła się piękna i zmarznięta nieznajoma…
Last Day
Ostatni dzień przygody i pierwszy dzień weekendu rozpoczął się. To był najdłuższy poranek jakie spędziłem w motelu, głownie z powodu pakowania rzeczy. Wymeldowałem się przed dziesiątą i po raz ostatni przeszedłem przez próg Hostelu Lipa. Po niebie było widać, że stolica Czech pozostanie w mojej pamięci słonecznym miastem. Przede mną spokojny dzień i niewygodna noc w autokarze. Z powodu bagaży musiałem zwęzić zasięg zwiedzania. Drugi dzień z rzędu zaszedłem do muzeum i tym razem udało mi się wejść do środka. W szatni zostawiłem swoje toboły i zacząłem zwiedzać. Motywem przewodnim wystawy na parterze była śmierć. Archeologiczne okazy ludzkich szczątek oraz wnęka z równo poustawianymi na półkach czaszkami. Gabinet udekorowany na miejsce zbrodni – biurko z wyłamaną szufladą, stos dokumentów walających się po podłodze, przewrócone krzesło, zakrwawiony młotek ślusarski obok ciała właściciela i otwarta kasetka na środku pomieszczenia. Kryminalne zagadki Pragi a dalej miejsce „pracy” Dextera. Zimna sala ze stołem do autopsji zwłok. Na ścianach rozwieszone biuletyny medyczne. Informacje na plakatach dotyczyły amputacji kończyn, wzbogacone o rysunki ilustrujące prawidłowe wykonanie zabiegu. Pierwsze piętro dotyczyło uzależnień. Największym eksponatem na sali był leżący krzyż. Wnętrze wypełnione było zużytymi paczkami po papierosach i pustych butelkach po alkoholu. Dało mi to do myślenia – czy taki krzyż ma spoczywać na moich barkach? Wymiar krzyża przekraczał rozmiar dorosłego człowieka ale nie jego zachłanność do używek. Ważna lekcja, której nie dało się lepiej pokazać. Na drugim piętrze zbudowano arkę dla zwierzęta, za przykładem Noego. Wystawa była przeciętna ale próba dostania się na górę pełna determinacji. Transport między piętrami umożliwiały jedynie windy. Próbowałem wcisnąć przycisk z dwójką na panelu w windzie ale był nieaktywny. Poczekałem na drugą, w której miałem ten sam problem. Zapytałem o pomoc pracownika z pierwszego piętra. Życzliwy uśmiech na jego twarz wskazywał, że nie zrozumiał nic co do niego powiedziałem. Wróciłem na parter i znalazłem panią, która przekierowała mnie z problemem na górę. Kolejna próby kontaktu z tym samym sympatycznym pracownikiem zakończyła się fiaskiem. Ciekawość rosła z każdym niepowodzeniem. Na dole przycisnąłem do ściany swymi pytaniami anglojęzyczną obsługę Muzeum. Dowiedziałem się o kluczu aktywacyjnym do windy – „Bullseye”. Do trzech razy sztuka – gestykulowałem, mówiłem po polsku i angielsku, aż do skutku! Skorzystali na tym dwaj Niemcy, którzy wsiedli do windy razem zemną. Okazało się, że jeden z nich rozumie polski i mogłem mu opowiedzieć o moich zmaganiach. Potem wytłumaczył wszystko koledze i zaczęliśmy się śmiać. Właśnie tak zapamiętam wizytę w Muzeum Narodowym. Zabrałem swoje klamoty i ruszyłem dalej. A dokładniej w stronę pomniku bezgłowego olbrzyma. Akurat trafiłem na grupkę turystów oraz ich przewodnika, który zapoznał nas z historią żydowskiego pisarza, Franza Kafki. Rzeźba przedstawia garnitur bez zawartości z siedzącym mężczyzną na barkach marynarki. Żar lał się z nieba, więc jak reszta Czechów poszedłem szukać ochłody nad Wełtawą. Kupiłem sobie piwo i usiadłem opierając się o bagaż na brzegu chodnika. Przez dobrą godzinę przeglądałem mapę myśli i wspomnień. Na wpół leżałem ale nikogo z mieszkańców, czy turystów to nie obchodziło. Tylko trzy osoby odwróciły się zaintrygowane – Kobieta, mała dziewczynka i pies. I taka też panowała w tym mieście atmosfera, wolność wyboru bez porównań i oceny. Każdy żył swoim życiem bez fałszywych uśmieszków, czy krzywych spojrzeń. Indywidualny ubiór wygrał ze stereotypową modą. To były moje ostatnie chwile spędzone w Pradze i chciałem je uwiecznić na fotce. Poprosiłem dziewczynę pracującą obok o finałowe zdjęcie. Świętowałem swój sukces - lampkę czerwonego wina zastąpiłem kubeczkiem moczopędnego piwa. Toast za stolice Czech, rozkochała mnie swoimi wdziękami. Pozostawiła lekki niedosyt, który wypełnię przy kolejnych wizytach…
Metaliczne drzwi rozsunęły się bardzo powoli. Z windy wysiadł elegancki mężczyzna w rozpiętej marynarce. Kremowy garnitur silnie kontrastuje z czarną koszulą jaką założył dziś do pracy. Pewnym krokiem przechodził przez firmowe korytarze, przykuwając swoją aparycją uwagę co wstydliwych pracowników. Biznesman niesie w ręku srebrną tabliczkę ze złotym grawerunkiem. Ominąwszy kilka biurek, przy których załoga sprzedawała telefonicznie kolejne produkty biznesowe klientom, zatrzymał się obok największego na tym piętrze gabinetu. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie i zawiesił na drzwiach przyniesioną tabliczkę. Na drewnie pozostało krzywe odbarwienie po poprzednim właścicielu. Pozostawił je jednak widocznym, aby podwładni widzieli różnicę, z jaką osobą mają do czynienia od teraz. Gdy staną przed drzwiami, aby zapukać, ten drobny szczegół wprowadzi ich w zadumę. Nie liczni z nich po powrocie do domu, ściągnął ten obraz z „bazy danych” dzisiejszych myśli i głęboko się zastanowią nad wygenerowanymi pytaniami. A wspólną odpowiedzią będzie - W biznesie chodzi o coś więcej… Do pomieszczenia wdzierało się „poranne słońce”, zaraz po panoramie wielkiego miasta. Betonowy las, który ima się podstawowemu podziałowi doby, na dzień i noc. W gabinecie stało biurko i barek na alkohol, w którym straszył duch odwodnienia. Przez otwarte na oścież drzwi wjechał wózek towarowy, pchany przez zdyszanego, młodego pracownika, który był ewidentnie podekscytowany powierzonym mu zadaniem. Na wózku panował chaos jak po przejściu sztormu, stos segregatorów przelał się na podpierające go aktówki, z których rozlały się dokumenty. Skromne ozdoby mające wprowadzić nastrój do wnętrza, rozłożone umyślnie po brzegach, trzymały w ryzach nadciągającą falę, przed wypadnięciem za burtę. Pod lewą pachą młodego karierowicza spoczywał obraz, widok Nowego Jorku w puzzlach. Biznesman odwrócił się z uśmiechem do „dostawcy” i w pierwszej kolejności wziął od niego cenną ramę. Na samym środku brakowało jednego, idealnie symetrycznego elementu, który spoczywał w wewnętrznej kieszeni marynarki właściciela układanki.. Zanim wypełnił pustą przestrzeń, zapisał krótką notę na jego szarych, tekturowych plecach. Zawiesił obraz na jałowej ścianie i popatrzył na niego z dumą. Opuścił gabinet zostawiając chłopaka lekko zmieszanego. Ciekawość okazał się lekarstwem na jego stan, zapragnął przeczytać ów komentarz. Słowa o mocy tysiąca bomb atomowych, eksplodowały mu w głowie. Skoro sprawdziły się a dowód na nie właśnie wyszedł, pomyślał na chłodno – to w jego przypadku również może się udać. Spojrzał na ten sam widok, tym razem za oknem. Piętrzące się biurowce, jak stopnie schodów, poprowadziły jego wzrok ku niebu. Poczuł obecność marzycieli z całego świata, ich aury skumulowały się. Przełknął żar, który rozpalił trzewia do czerwoności. Oddychał głęboko, podsycając każdym wdechem gnieżdżący się w nim ogień. Zapamięta ten dzień, przełomowy w jego życiu prywatnym oraz zawodowym. Przyłożył otwartą dłoń do obrazu, jak lekarz badający tętno pacjenta, wsłuchiwał się w cele Biznesmana. Przemówiły do niego obrazami. Widział siebie szczęśliwego i spełnionego w przyszłości, wyznaczającego nowe marzenia. Przy gromkich oklaskach wyszedł z pokoju, pewnym krokiem…

W trakcie moich przygotowań do półmaratonu natknąłem się na zwiastun filmu „ze wszystkich sił”. Nie bez powodu o tym wspominam, gdyż tłem fabularnym filmu jest triatlon pod wzniosłą nazwą – „Iron Man”. W wyścigu biorą udział Ojciec i jego niepełnosprawny syn. Nie jest to bynajmniej porównywalne wyzwanie, lecz wspólny mianownik, od którego chciałem zacząć. Naturalnym celem dla sprawnego fizycznie jest pokonanie dystansu, w przypadku Juliena i Paula czeka dodatkowa, priorytetowa nagroda na horyzoncie marzeń. Zapaść w relacjach ojca z synem doprowadziła do przerwania emocjonalnej więzi z całą rodziną. Chwila, w której dowiadujesz się, że twoje dziecko jest chore, podłamuje nogi. Nie inaczej stało się z Paulem, którego życie wypełnione było sportem, co pogłębiło jego smutek i żal. Dla niepełnosprawnego Juliena, wyścig stanowił wielkie niebezpieczeństwo. Gdy przed sobą ma się życie przywiązane do wózka, najbardziej się pragnie wyrwać z jego sideł. Dość przyglądania się jak inni grają w piłkę, jeżdżą na rowerze czy skaczą do wody. Powody mogą być banalne, ale to zaangażowanie, włożony wysiłek i dyscyplina, są miarą sukcesu. Serce się raduje, kiedy widzi się walkę z wiatrakami, które można pokonać, ten jeden raz. Gdy uciekamy od problemów zamiast z nimi walczyć, każda drobnostka urasta do rangi przeszkody i mnoży się. Nie pokonamy największego zagrożenia w nas samych, lęku. Przypominają mi się sceny gdy to piszę, wiem, że zostaną ze mną i będę mógł je odtworzyć w trudnych chwilach. Czym, w takim wypadku, jest przebiegnięcie pół maratonu, skoro każdy może być Iron Manem?.
Locke. Ivan Locke to specjalista od wylewki fundamentu. Poznajemy go w chwili, gdy kończy swój dzień na budowie i wyrusza w banalną podróż, która odmienia jego życie. Niskobudżetowy film jest wysokich lotów dramatem. Rozmowy jakie prowadzi główny bohater ze swojego BMW, pokazują z jaką złożonością ludzkiej natury mamy do czynienia. Pewny siebie i skrupulatny budowlaniec wiedzie poukładany żywot: w domu kochany, a w pracy szanowany . Szczęście na jakie sobie zapracował przez lata, z powodu jedynego błędu na jaki sobie pozwolił, odjeżdża. Jest gotów oczyścić swoje nazwisko i potoczyć się znacznie dalej niż jabłoń z której spadł. Miedzy rozmowami telefonicznymi „prowadzi” dialog wewnętrzny. Wyrzuca z siebie coraz to dłuższe epitety i oskarżenia w stosunku do ojca, zmarłego staruszka, do którego ma wielki żal, z którym się nie pogodził. Na odległość pomaga zastępującemu go koledze w przygotowaniu największego przedsięwzięcia budowlanego w historii Europy, oraz wspiera osamotnioną matkę jego dziecka w oczekiwaniu na przedwczesny poród. Wokół betonu obraca się jego zawodowe życie w którym jest perfekcjonistą. Nosi na sobie odpowiedzialność za każdą budowę i za jej podstawowy element - fundament. Jest świadom jak ważne jest aby „był” mocną podporą pod nowo powstające dzieło. Każde nawet najdrobniejsze pęknięcie lub złe związanie betonu może w przyszłości naruszyć konstrukcję. Dlatego właśnie podjął jedynie słuszną i bolesną dla wielu osób decyzję. Pęknięcie jakiego dokonał w przeszłości jego ojciec naruszyło równowagę emocjonalną. Aby historia nie zatoczyła koła jedzie do szpitala, aby powitać swojego syna i przekazać mu swoje nazwisko. Zadba w ten sposób o solidne fundamenty pod stabilną osobę. Praca zostaje wykonana. Zastanawiając się nad bohaterem i konsekwencjami jego występku należy mu się podziw. Jego decyzja wymagała odwagi, aby przyznać przed innymi, lecz głównie przed sobą, iż popełniło się błąd, ale za ten błąd należy wziąć pełną odpowiedzialność. i to właśnie pokazał Locke -Szczere Brawa.
Wróciłem zmęczony po pracy do domu. Podwójna zmiana nie zdarza się często, a pieniądze za nadgodziny pokryją bieżące wydatki. W progu drzwi nikt się zemną nie wita, wszyscy domownicy dawno już śpią. Jedyne o czym myślałem podczas dwugodzinnej drogi powrotnej, to położyć się obok żony. W tym czasie ciemność rozlała się po mieszkaniu, a ja przedzierałem się przez gęsto rosnący mrok. Łazienka znajdowała się na końcu korytarza, zaledwie dziewięć metrów od wejścia. Prysznic dzielił mnie od upragnionego odpoczynku. Nawet zimna woda niebyła by w stanie rozbudzić mnie. Nie zwracając uwagi na ład w pomieszczeniu, zrzuciłem z siebie ubranie na ziemie a biżuterię odłożyłem na pralkę. Będąc już bardzo zmęczonemu stałem w kabinie, trzymając się kurków dla własnego bezpieczeństwa. Pod gorącym natryskiem poczułem ukojenie. Łazienka zmieniła się w Saunę z powodu kłębiącej się wszędzie pary wodnej, bo jakiś idiota zapomniał zamknąć za sobą drzwi do kabiny. W momencie w którym myłem włosy, przeszły mnie dreszcze. Złapałem się za pierś i nie wyczułem pod palcami srebrnego krzyżyka. Odruchowo otworzyłem oczy a piana która spływała mi po twarzy, dostała się pod powieki. Pieczenie nasilało się gdy w pośpiechu na przemian tarłem i płukałem oczy. Moje myśli stłamsiła ta jedna, która ganiła mnie za zdjęcie świętego znaku. W miejscu w którym zwykle wisiał ręcznik, teraz go zabrakło. Tego dnia zapomniałem go powiesić na drzwiach kabiny prysznicowej. Serce wali bez powodu gdy mokre dłonie służyły mi za oczy. Poszukiwałem czegokolwiek aby móc czym prędzej nie błądzić po omacku we własnej łazience. Podkoszulkiem z ziemi wytarłem wodę i nadmiar piany z twarzy. Oczy dalej łzawiły ale skupiłem się na priorytetowym celu. Mrużąc oczy sięgnąłem nerwowym ruchem w stronę blatu pralki. Strąciłem zegarek na podłogę ale udało mi się wyczuć zimny łańcuszek. Rzucam się w stronę lustra i zapiąłem go na szyi. Oczy nadal mnie bolały a ja starałem się dostrzec cokolwiek przez zaparowane lustro. Przetarłem tafle szkła aby spojrzeć na siebie z ulgą. Zorientowałem się, że brakuje zawieszki gdy chciałem ją pocałować na szczęście. Oprócz krzyżyka w łazience, brakowało czegoś jeszcze. Moje odbicie zniknęło i przyrzekłbym , że widziałem siebie biorącego nadal prysznic. Mogłem to zrzucić na wiele czynników ale odwróciłem się z własnej ciekawości, gotów rozwiąż iluzje optyczną. W kabinie było pełno pary wodnej która zapewne oszukała me zmęczone zmysły. Złapałem oddech i spojrzałem jeszcze raz na lustro, tym razem nikogo nie było w kabinie. Jednak nie wypuściłem powietrza gdy okazało się, że stojąc na wprost brak mojego odbicia zjeżył mi włosy na skórze. Czy to co widzę to rzeczywistość czy może wgląd w najstraszniejsze zakątki mojej duszy? Gdzie ja jestem?
Pewnemu ojcu pewnej nocy w pewnym domu, przyśnił się niezwykły sen. Na pierwszy rzut oka nie różnił się od innych marzeń sennych był pełen rodzinnego ciepła. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych jednak coś złowrogiego czaiło się w mroku. Jako jedyny czuł się zaniepokojony ponieważ wśród jego bliskich brakowało najmłodszej Córki. Zanim zdążył zareagować obrazy z jego podświadomości rozpłynęły się. Ostry zapach rozchodzący się po sypialni, przedziurawił zmysł powonienia. Podniósł ciężką głowę z wygodnej poduszki. Przetarł oczy opuszkami palców a zaraz po tym ziewną oparty dłońmi o krawędź łóżka. Zimne panele dają o sobie znać gdy Ojciec stawia na nich gołe stopy. Jego uwagę skupia smród od którego nie dało się spać. Podszedł do uchylonego okna i jednym ruchem zamknął je na spust. Za szybą nie było widać nic szczególnego a to wywołało rozbudzenie jego wyobraźni. Ojciec starał się za wszelką cenę odpowiedzieć przed samym sobą skąd wziął się swąd. Dopiero wtedy mógł z czystym sumieniem położyć się obok pewnej Kobiety. Autorska wersja łączyła fakty z przypadkiem na tyle skutecznie aby móc w to uwierzyć z rana. Jego nos był piętą Achillesową jednak to on a nie pewna Kobieta spacerował po sypialni w środku nocy. Ojciec uniósł szklankę czystej wody ku wyschniętym wargom kiedy minął kwadrans po trzeciej. Czuł silne pragnienie którego nie zaspokoiła woda z naczynia. Przypomniał sobie senne wydarzenia zanim się obudził. Zadawał sobie w duchu pytania dlaczego Córka była w nim nieobecna. Dla pewności postanowił zajrzeć do jej pokoju i uspokoić się widokiem jej niewinnego snu. Sypialnie dzielił korytarz na piętrze. Prostą drogę pokonał po omacku i stanął przed zamkniętymi drzwiami. Jak zawsze tak i wczorajszego wieczoru zostawił je uchylone. Zanim złapał za klamkę przeszła go myśl. Najwidoczniej starsza siostra zaglądała do niej po jego wyjściu. Przepełniała go duma chociaż nie znał prawdy i tym razem. Przez szparę w drzwiach zobaczył przerażenie wymalowane na buzi dziewczynki. Jedynie oczka błyszczały w blasku księżyca znad kołderki naciągniętej na nosek. Rodzicielski instynkt nie mylił kochającego Ojca który z zatroskaną miną zbliża się do córki. Dzieci w jej wieku chowają się przed tym czego się boją ponieważ uważają, że wzrok czyni zagrożenie realnym. Ojciec kuca obok łóżeczka i pyta co się stało. Dziewczynka odpowiada cichym głosem - Tatusiu sprawdź czy w szafie nie ma potworów. Mężczyzna obdarowuje córkę ciepłym uśmiechem i wstaje. On w jej wieku również bał się ciemności i wszystkiego co ze sobą niesie. Duża szafa naprzeciwko łóżeczka za dnia mieści kolorowe ubranka na małą księżniczkę, a w nocy staje się wrotami do dziecięcych koszmarów. Zwykle słowa nie zaradzą, w ruch muszą pójść zdecydowane czyny. Ojciec chcąc udowodnić, iż szafa zawiera znaną jej zawartość, otwiera szeroko oba skrzydła. Pod wiszącymi ubrankami siedziała skulona istota. To bez wątpienia było dziecko. Roztrzęsioną dziewczynką okazała się jego Córka która zdążyła wydukać - Tatusiu, coś jest w moim łóżeczku...
Wychodzisz z pracy o zwyczajnej porze na autobus którym wracasz każdego dnia z popołudniowej zmiany. Wszyscy twoi współpracownicy skorzystali z nieobecności brygadzisty i wyszli przed końcem pracy na wcześniejszy autobus. Po drodze mijasz wyjeżdżające z parkingu samochody. Wciągu dnia temperatura była przyjemna ale teraz gwałtownie spadła i czujesz odrętwiające zimno. Wychodząc do pracy myślałeś nad zabraniem ze sobą dodatkowego ubrania ale byłeś już wystarczająco obładowany. Otulasz się aby zapobiec nadmiernemu dostawaniu się zimnego powietrza do wnętrza kurtki. Na przystanku nie czekasz długo do przybycia twojego transportu. Wsiadasz, kasujesz bilet i szukasz wolnego miejsca siedzącego daleko od drzwi. W autobusie jest sporo zajętych miejsc a na kolejnych przystankach dojdzie jeszcze więcej pasażerów. Niedaleko kabiny kierowcy jest miejsce dla ciebie z czego szybko korzystasz. Tyłem do kierunku jazdy, siedząc na brzegu masz przed sobą widok na cały autobus. Podczas gwałtownego skrętu w prawo stojący pasażerowie tracą równowagę i wpadają na elementy pojazdu. Choć wygląda to zabawnie nie masz siły aby się uśmiechnąć. Dzień w pracy minął szybko ale odczuwasz zmęczeni i zaniepokojenie. Twoja głowa zwykle wypełniona problemami dnia codziennego teraz wypełnia się kruczą mgłą. Przeczuwasz nieszczęście i twoje całe ciało zaczyna się spinać. Przecierasz pot z chłodnego czoła, przyglądasz mu się gdy nagle światło zaczyna migać a ty odruchowo podnosisz głowę do góry. Nogi masz odrętwiałe a każda próba poruszenia nimi kończy się niepowodzeniem. Wszystko dzieje się w jednej chwili nie pozwalając ci się zastanowić. Dociera do ciebie że nie tylko ty czujesz się przerażony. Inni pasażerowie zaczynają się wiercić na miejscach a niektórzy wciskają na siłę przycisk z napisem stop. Wszystko ustaje gdy kierowca zatrzymuje się na najbliższym przystanku. Drzwi otwierają się normalnie a ci którzy zachowywali się nerwowo, stali teraz trzymając się uchwytów wiszący z rurki nad ich głowami. Ulica jest pusta więc po wyjeździe z zatoczki szybko rozwijamy dopuszczalną prędkość. Twoja logika podpowiada ci, że migająca żarówka oraz mrok i chłód na zewnątrz wywołał masowy niepokój. Jak łatwo poddać się emocjom gdy kilka zewnętrznych czynników spiskuje przeciw tobie. Przebywasz trasę bardzo szybko ponieważ kolejne przystanki zostają pominięte. Gdy przejeżdżacie po sporej dziurze w asfalcie, autobus podskakuje a światło przypomina o swoich migoczących talentach. Tym razem oświetlenie nie wywołuje żadnej reakcji. Siedzisz zapatrzony w brudną szybę licząc mijające was samochody. Powieki zasunęły się bardzo powoli bez oporu z twojej strony. Pozwalasz im na to bo ciepło promieniujące z grzejników wprowadza cię w stan pełnego relaksu. Kolejna dziura jednak nie pozwala zasnąć i z całych sił walczysz aby otworzyć oczy. Jesteś świadom swojego ciała jednak nie powieki ani drgną. Poruszasz głową z góry na dół i na boki jednak to nie pomaga ci się wybudzić z jawy. Podnosisz dłonie do twarzy i po omacku opuszkami palców przesuwasz po niej. Ku twojemu śmiertelnemu przerażeniu oczy masz otwarte a mimo tego nie widzisz. Próbujesz dziecinnych metod szczypania się i bicia po twarzy aby czym prędzej obudzić się przed końcowym przystankiem. Do twoich uszu docierają głosy zdezorientowanych ludzi. Wołania do boga i przekleństwa uświadamiają ci, że obecna sytuacji w jakiej się znalazłeś jest daleka od fikcji. Wzrok można oszukać ale reszta zmysłów podają ci na tacy twarde dowody. Nagle wszystko staje się jasne jakby ktoś włączył z powrotem światło. Rogówka rozszerza się automatycznie pozwalając dostrzec zmiany. Na miejscach siedzących wcześniej pasażerów stoją krasnale ogrodowe. Absurd tego widoku nie pozwala ci zareagować i jedyne co możesz to przyglądać się na porcelanowe uśmiechy i czerwone wypieki. Pragniesz stąd uciec aby nie brać udziału w tym niegustownym żarcie ale twoje ciało jest ci nieposłuszne...
Czy Babadook jest kolejnym straszydłem zamieszkującym dziecięcy pokój? Czy chłopięcy umysł mógł stworzyć potwora w którego wierzy jego matka? Zaskakująco dobrze prezentuje się historia Amelii i jej syna Samuela. Już od pierwszych chwil poznajemy samotną matkę jako Kobietę nieszczęśliwą, nie tylko z powodu straty męża i kochanka ale także mającej problemy z wychowaniem syna o bujnej wyobraźni. I to na jej relacjach z synem i pogrzebanym mężu warto skupić uwagę. Utajony strach, duszenie w sobie gniewu oraz obwinianie Bogu winnego Samuela rozrywa wnętrze Kobiety. Postać z wnętrza książki zaczyna armatami strachu zdobywać pole walki i przechodzić przez fosę królestwa nieszczęśliwej rodziny. Strach narasta w umyśle syna, urzeczywistniając się dla matki pod postacią gniewu. Ta sama forma z otchłani ciemności wzbudza w bohaterach odmienne emocje. Oboje się boją ale na swój sposób oraz ich przerażenie prowadzi do innych skutków. Dziecko obawia się potworów które tworzą się w jego głowie, ten jest wyjątkowo realistyczny, przygotowania do walki z odwiecznym wrogiem okazały się strzałem w dziesiątkę. Matka wystraszona sytuacją w której się znalazła - strata ukochanego, wypalenie zawodowe, wyrzuty ze strony rodziny, nie zrozumienie z synem i obwinianie go tym samym za wszystkie problemy. Narastające trudność przelały czarę goryczy. Nienawiść spłynęła na matkę jak zimny prysznic. Katalizatorem do uwolnienia zwiniętych w kulkę złych odczuć do własnego dziecka, było uwierzenie w bajkę. Czarna zmora pukająca do drzwi umysłu przedstawia zatajone uczucia. Strach ma wielkie oczy a gdy poskromi się emocje przed którą się ucieka, zdobywa się odwagę i spokój ducha. Babadook Dook, Dook, Dook...
Z betonowej wieży wyszła para zwyczajnych ludzi w godzinach lunchu. Elegancka kobieta trzymająca się blisko jak można się domyślić swojego partnera który oderwał ją od pracy na czas przerwy. Mężczyzna przytrzymał kapelusz na swojej głowie gdyż wiatr się nasilił. Powietrze zrobiło się rzadsze a atmosfera pełna napięcia i niepewności. Kobieta spojrzała w górę gdzie szczyty budynków niemal zlewały się ze sobą a słońce swym kształtem przypominało tort z którego ktoś wyciął kilka kawałków. Na tle nieba coś się poruszyło na co kobieta zareagował ekscytacją, podniosła ręką i zwróciła się do mężczyzny. Widziałeś to co ja? To musiał być samolot! Nie latają tak nisko aglomeracji. Skwitował stwierdzenia gasząc euforię goszczącą na twarzy niewiasty. To może pocisk? Jej partner jedynie pokręcił głową i zatrzymał swój wzrok wbity w punk gdzie i on widział ruch. W tej samej chwili coś przeleciał ponownie tym razem w innym kierunku. Kobieta już nie zgadywała, czekała w milczeniu co powie jej partner. To również nie ptak, to był człowiek!!
Te krótkie wprowadzenie jest oczywiście o legendarnym już Supermanie. Po nieudanej próbie wskrzeszenia go w 2006 roku w filmie Superman:Return, nie zaprzestano pracy nad poprawą jego wizerunku. Filmowe kreacje herosa z lat 80 stłamsił serial, Nowe przygody Supermana. Wyprodukowano również dla odbiorców telewizji 10 sezonów serialu młodzieżowego, Tajemnice Smallville. Superman nadal czekał aby pokazać się w pełnej klasie na ekranach kina z wypiętą na klacie literą S. Kolejni komiksowi giganci stawali na wysokości zadania, czy tym razem uda się wykuć filmowy pomnik dla S-mana?
Wczesna godzina seansu wpłynęła na wolne miejsca na sali na której panowała cisza i skupienie. Pozostało mi zwalczyć rozdmuchane oczekiwania co do filmu oraz nieoczekiwanie trójwymiarowe okulary. Pierwsze 10 minut filmu oglądaliśmy z odwrotnie nałożonymi obrazami w stosunku do gogli. Gdy inni szybko zareagowali na błędnie wyświetlany obraz w 3D, ja siedziałem zapatrzony w najjaśniejszy punkt na Sali. Oglądałem początek filmu łącząc rozmazane napisy z angielskimi dialogami aby nic mi nie umknęło. Reszta projekcji przebiega bez przeszkód i mogłem się zanurzyć w fotelu ciekawości.
Planecie Krypton z której pochodzi nasz heros grozi zagłada. Jego rodzice postanawiają poświęcić swoją miłość do dziecka i wysłać je na odległą planetę wraz z Corexem. Żywią nadzieję iż ich jedyny syn przeżyje, ochraniając swój lud przed wyginięciem. Badania genetyczne doprowadziły do rozrodu kontrolowanego, od lat hodowla zastąpiła prokreacje. Kal-El był wyjątkiem dlatego potrzebował schronienia z dala od domu i rodziny. Rodzice którzy poprzez jedyną słuszną decyzję tracą pierworodnego syna symbol ich miłości. W ostatnich chwilach pozostaje z nimi nadzieja która grubymi kreskami rysuje emocje na twarzach jak u matki która bez słów i zbędnej ekspresji okazuje matczyną miłość. I choć zdrajca Zod zostaje pojmany przez pobratymców to los jaki zgotowali jemu i jego ludziom przewrotnie ocalił ich od śmierci. Urządzenie które sterowało czarną dziurą otworzyło drzwi ewakuacyjne przez galaktyki. Szczyty konstrukcji oddalają się od siebie, tworzą pomiędzy sobą powłokę przezroczystej materii. Elektroniczne czułki smagają kadłub jak meduza swoimi paraliżującymi odnóżami. Gdy dochodzi do pokrycia bezbarwnym śluzem aż po kadłub statku, dziura zamyka się. Przypominające włosy na wodzie czułki poruszają się w przestrzeni podążając za statkiem który rozpływa się w czasie pozostawiając za sobą ogon jak za przelatującą kometą. Dziura się zamyka tuż przed wybuchem...
W latach dojrzewania przybrany ojciec był mu autorytetem i ogromnym wsparciem. Jak mantrę powtarzał mu aby wystrzegać się swych zdolności, wierzył w to i oddał w imię tej prawdy swe życie, chroniąc syna przed światem. Klark traci kolejnego ojca już jako dorosły człowiek, jednak nadal boryka się z fundamentalnym pytaniem. Ochrona jakiej potrzebował na Kryptonie i Ziemi miała straszną cenę. Podwójna ofiara Jor-Ela i Jona Kenta nie poszła na darmo, poświęcenie jakim go obdarzyli ukształtowało jego wewnętrzną siłę. Naczynie z kosmosu zostało wypełnione na błękitnej plancie.
Aklimatyzacja wśród ziemian utrudnia altruizm bohatera, gdyż nie potrafi być obojętny, co zmusza go do ucieczki przed pytaniami dotyczącymi jego osoby na które nie zna odpowiedzi, jego drugim celem staje się zatajenie swoich zdolności. Gdy w jego otoczeniu dochodzi do tragedii z której tylko on może ocalić życie ludzkie, rozpływa się w powietrzu. W nadziei odnalezienia podobnego znaku z kosmosu co jego kapsuła ratunkowa, przeczesuje najdalsze zakątki globu. Skuta lodem kraina skrywa pod krystaliczną szatą więcej niż nasz bohater oczekiwał. Pomocna dłoń pojawia się zza światów pod postacią hologramu prawdziwego ojca. W trójwymiarowa postać przekazując mu wiedzę jakiej nie posiadał jego poprzednik. Dowiaduje się o swoich niespotykanych zdolnościach które w kontakcie z młodym słońcem zwielokrotniło moce Kryptonianina. Aby się rozwijać musi przełamywać niemożliwe dla zwykłych śmiertelników granicę, sięgać poza horyzont myśli. Cechą wspólną mieszkańców obu planet jest nadzieja, symbol który pozwala dostrzec pierwiastek dobra w każdej istocie, demonstrujący na dumnie wypiętej klacie najważniejszą wartość bohatera. Gdy w końcu zaczyna mu się układać, do ziemi zbliża się zagłada.
Generał Zod wysyła wiadomość dla ziemian, choć autentycznym adresatem jest jego zakamuflowany pobratymca. Klark nie wie komu ma zaufać gdy zostaje postawiony przed wyborem ujawnienia się. W świątyni nadziei młody ksiądz udziela mu rady która ma pomóc w podjęciu decyzji. Kierując się w pierwszej kolejności wiarą, zaufanie pojawia się samoczynnie. Bohater oddaje inicjatywę ludziom, dając się zamknąć w iluzorycznych kajdanach. Zagrożenie jednak nie wygasa a ziemianom jak nigdy dotąd potrzebna jest siła Supermana. Widowisko od tego momentu nabiera przyspieszenia a spragnieni akcji w końcu dostają to na co przyszli do kina.
Podsumowując film wyłącznie z perspektywy dramatu bohatera z całą pewnością trafił do mnie jego tragizm. Przeznaczenie związało jego los z ziemią choć podświadomość doszukiwała się odpowiedzi na pytania natury jego odmienności. Rozdarty wewnętrznie Kal-El przeżywa trudne chwile co zbliża film w stronę dramatu oddalając tym samym nieco od akcji. Historia która ma sporą dozę dramaturgii mogłaby stać się przebojem lecz posiada zbyt długie korzenie komercyjnej rozrywki. W tym miejscu warto postawić ważne pytanie: Co czyni Supermana Nadczłowiekiem? Oczywistym faktem jest nadludzka siła i kosmiczne moce lecz niech nie przysłania nam to obrazu człowieka, który korzysta z dobrodziejstw swego świata na innej planecie, stając się koalicjantem Boga, nie trwoniąc tego ku swoim zachciankom. Trudno sprecyzować co miało największy wpływ na jego wyjątkowość. Przyglądając się tym wszystkim elementom dochodzę do wniosku, iż układają się w całość! (Pochodzenie; Wychowanie; Osobowość) Kto znalazłby się na jego miejscu, zderzyłby się z olbrzymim dylematem. Odpowiedzialność czy Bezkarność.
"The Grey" wierci mi dziurę w głowię a ponad to ma wiele wspólnego z moim osobistym filmowym arcydziełem. Odkrywam symbolikę tego dzieła, dzięki czemu odradza się jak feniks z kupki popiołu po przeciętnych filmach. Zacznę od tego, iż po wczorajszym seansie przeczytałem wątek na forum poświęcony filmowi Przetrwanie. Forumowicze zastanawiali się co stało się z głównym bohaterem. Pomysły mnożyły się. Wspominałem finałową scenę w trakcie dnia i znalazłem odpowiedź wraz z argumentami. To historia ludzi w bezwzględnej rzeczywistości, zrzucając odpowiedzialność za swoje życie na los, daremnie zwlekając z podjęciem rękawic. Trafili do trzewi białego piekła, trawieni przez pierwotny lęk przetrwania. Wierzyli, że są wybrańcami którzy przeżyli katastrofę lotniczą, iż sam Bóg nad nimi czuwa. Oszukali śmierć na krótko, zaraz po ocaleniu na łowy ruszył mroczny żniwiarz. Wataha wilków zacisnęła szpony na gardłach rozbitków. Jedyną szanse jaką mieli było oddalenie się od legowiska, którego zwierzęta będą bez wytchnienia, zajadle bronić. Z każdym następnym krokiem zbliżali się do niechcianego. Unikali otwartej walki, zaciekle trzymając się złudnych nadziei na przeżycie. Strach kierował najmocniej głównym bohaterem, który przyznał się do tego przy ognisku w lesie. Ucieczka przed walką, to ucieczka przed życiem. Do "jedynej słusznej walki" stanął jako ostatni z potępionych. Spoglądając na zdjęcie ukochanej, przypomniał sobie jej słowa na łożu śmierci Nie obawiaj się. Opuściła go ciałem, zostawiając po sobie wspomnienia. Zadręczając się jej decyzją o poddaniu się, do tego momentu nie rozumiał, że ona już stanęła do ostatniej walki ze śmiercią, która ją/ich/nas trawi od początku. Mógł odejść z tego świata bez lęku w sercu. Portfele poległych kolegów ułożył w prowizoryczny grób, a na jego szczycie leżał ostatni z "nieśmiertelników". W walce o życie ze śmiercią zwycięzca jest tylko jeden. Krew posłużyła jako atrament do napisania ostatniego rozdziału w księdze egzystencji. Nasz strach przed śmiercią i żądza życia są najsilniejszą ludzką słabością.
Życie lubi płatać niespodzianki, po najgorszych ubiegłorocznych urodzinach, w tym roku miałem potrójne Naj: Najlepsi Ludzie, Najlepsze Emocje i Najlepszy Prezent. A wszystko zaczęło się na kilka tygodni przed wyjazdem do Legionowa. Agnieszka zaproponowała mi wyjazd wraz z jej znajomymi na mecz siatkówki. Nie zastanawiałem się długo bo myślenie nad plusami i minusami to strata czasu. Chociaż mogłem powątpiewać po ostatnich niewypałach, ten wyjazd okazał się pewniakiem i dobrze zaplanowanym przedsięwzięciem. Spotkaliśmy się po drugiej w sobotnie, słoneczne popołudnie na parkingu przed kościołem. To tam po raz ostatni tego dnia zmarzłem czekając na transport. Pilot wycieczkowca okazał się wielką niespodzianką przede wszystkim dla Agnieszki. Po przywitaniu się z resztą załogi wypłynęliśmy na asfaltowe morze pełne wyboistych fal . Przeważająca część żeńska uradowała me serce. Odległość do celu mierzyliśmy w piwach i jak się okazało była to dużo precyzyjniejsza skala od znanej mi w kilometrach.
Kierowca popisał się znajomością przepisów i znaków drogowych, bezpiecznie prowadząc samochód po terenie zabudowanym.. reszta trasy to kaskaderka. Z naszej przedniej szyby można było wywnioskować, że bierzemy udział w rajdach terenowych. Wycieraczki nie wyrabiały na zakrętach a ze spryskiwaczy leciało ciurkiem jak z odkręconego kranu. Każdy wymijający nas tir chlapał błotem na nasz wehikuł jak pies znaczący swój teren. Zresztą kto by się przejmował szybą gdy cała tylna rejestracja przykryta była centymetrową kołdrą szlamu. Jeśli ktoś znał język Braillea mógł odczytać drobne wypukłości na tablicy. Odpowiednio gruby brud sam odpada ale na jego widok miałem ochotę zadzwonić po chłopaków ze szpachelkami i zacieraczkami, elewacja na samochodzie to przesadna ekstrawagancja. Grabie sobie u kierowcy a przecież nie było powtórki z misji Apollo 13, dojechaliśmy na miejsce w jednym kawałku i na czas.
Arena w Legionowie rzuca się w oczy swoją modernistyczną kompozycją dwóch nachodzących na siebie brył. Przed wejściem rozdzieliliśmy się na dwie grupy, jedni załatwiali nam wejściówki gdy drudzy ogrzewali się przy szatni. Byliśmy na miejscu ponad godzinę przed rozpoczęciem meczu więc na portierni obsłużyliśmy się sami. W miedzy czasie pojawiły się zawodniczki Polic którym się dokładnie nie przyjrzałem. Miałem to zweryfikować dopiero na parkiecie ale zanim zajęliśmy nasze miejsca, odwiedziliśmy bar z dobrym widokiem na całe boisko. Kibice mnożyli się na trybunach a my w tym czasie jedliśmy tłuste frytki i zdrowe kanapki, popijając czym kto miał. Po lunchu przyszła pora zająć wolne miejsce, tak się złożyło, że moje miejsce było zajęte jedno po drugim i wylądowałem na czwartym z kolei krzesełku, na kilka metrów od trenujących dziewczyn. Podczas przesiadek doznałem olśnienia, drużyna gości składa się z kilku znajomych buzi oraz prawdziwej perły wśród siatkarek Anny Werblińskiej.
Miałem przyjemność oglądać Anie jeszcze za starych czasów gdy w moim pokoju stało 32 calowe okno na sportowy świat. Za jego sprawą podziwiałem jej urzekające piękno i wielki talent. Jej serwis robił na mnie zawsze wielkie wrażenie, posyłała piłki z piekielną siłą co wyróżniało ją na tle polskiej ekstraklasy. Ta sama Ania która teraz odbijała piłkę w parze z najsławniejszą siatkarką spotkania w Legionowie. Poczułem to coś co już kilka razy przedtem podpowiadało mi aby zrobić krok dalej, wyjść poza schemat. Chciałem uczynić z Ani mój wymarzony prezent na 26 urodziny. Niewiedziałem jeszcze jak spełnić swoje marzenie a sędzia dał znak dla dziewczyn aby wprowadziły piłkę do gry. Trybuny głośno kibicowały dla swoich zawodniczek podczas pierwszego zaciętego seta. Drużyny nie odpuszczały gdyż zdawały sobie sprawę z dominującego wpływu przegranego seta. Lider Plus ligi kobiet dopiął swego choć przez większość pierwszej odsłony gonił wynik. W kolejnym secie Chemik obnażył słabości gospodyń i było już po meczu.
Agnieszka pierwsza przetarła drogę przed prawdziwym szturmem na twierdzę Glinkę. Dostała od niej autograf i jakby tego było mało to jeszcze zrobiłem im wspólne zdjęcie. Zamiast dziękować mi na klęczkach, wytyka mi brak profesjonalizmu. Wina leży po obu stronach, autofocus w jej telefonie nie poradził sobie z moimi trzęsącymi się dłońmi. Przedzierając się przez tłum w stronę wyjścia czułem niedosyt ale i nie widziałem realnej możliwości zagadania do zawodniczki w koszulce z numerem jeden. Szansa się jednak pojawiła gdy czekaliśmy na konferencje prasową. Z tego najwyższego punktu było doskonale widać całe boisko na którym jeszcze krążyli jak sępy kibice miejscowej drużyny. Nie wiem czy było to zaplanowane działanie czy przypadek bo nie mieliśmy kluczyków do auta ale poczekaliśmy na trenerów i kapitanów obu drużyn. Arena wyludniała a ostatnie szmery ucichły. Odwróciłem się w kierunku nadchodzącej czwórki wytypowanej do kontaktu z mediami. Przysłowiowy banan pojawił się na mojej buzi gdy zobaczyłem Anie która nieświadomie dała mi realną szanse do bezpośredniego kontaktu. Cała czwórka wypowiedziała się przed kamerą a ja wierciłem się w pierwszym rzędzie z nerwów i podniecenia. Gdy reporterka skończyła zadawać pytania kapitanowi zwycięskiej drużyny, przyszła kolej na menadżera Ani. Te kilka minut podniosło mi adrenalinę i wypełniło mózg morzem endorfin. Czułem się jak małe dziecko które czekało na swoją pierwszą gwiazdkę a zamiast tego spostrzegło spadającą gwiazdę. Wiedziałem, że się zgodzi na wspólne zdjęcie ale nie spodziewałem się, iż w tych niezwykłych okolicznościach zaśpiewa mi Sto lat. Nogi miałem z waty ale utrzymałem pion ponieważ Ania była blisko i mnie trzymała. Menadżer widząc nasze radosne miny zaproponował aby Agnieszka dołączyła do nas. I w ten sposób mam piękną pamiątkę z tego niezwykłego dnia. Nigdy nie zapomnę tego uczucia które mnie przepełniło a następnie rozrywało gdy mogłem się przytulić, zamienić kilka zdań i otrzymać życzenia od samej Anny Barańskiej. Wisienka udekorowała mój urodzinowy tort. Wiele pozytywnych elementów się złożyło na to ogromne szczęście i za wszystkie serdecznie dziękuje.
Nareszcie udało mi się znaleźć żywy mirror filmu Factory Girl. Skąd wzięła się moja fascynacja produkcją której premiera miała miejsce 7 lat temu? Wszystko dzięki teledyskowi do piosenki Lykke Li Until we Bleed. Sentyment do melancholijnego utworu wzbogaconego o filmowe wycinki z odtwórczynią głównej roli Sienną Miller. Zawsze gdy wsłuchiwałem się w ten kawałek miałem w głowie paletę emocji jakie malowały się na słodkiej buzi Edie. Skrawki jakimi karmił mnie teledysk zapowiadał dramat wysokich lotów. Nadszedł więc czas na konfrontacje z moimi oczekiwaniami swoiste starcie Dawida z Goliatem. Urok jakim bohaterka hipnotyzuje wokół siebie nowych wyznawców zniewolił również mnie. Sienna odnalazła się w życiowej roli z wielką łatwością a jej kunszt i urodę ogląda się z przyjemnością. Życie Edie nabiera intensywności od chwili poznania Andyego Warhola. Geniusz swojej epoki przedstawia ją światu i staje się jej wielkim fanem chowając emocje za zdawkową obojętnością. Zejście się tych dwóch wielkich osobowości tworzy czysty artyzm o wysokim kontraście. Jednak doświadczenia Edie z przeszłości które powinny były zrujnować jej psychikę zakorzeniły w niej poczucie kruchości ludzkiego życia. Tragizm związał się z losem postaci w co sama Edie wydaje się wierzyć. Wykorzystana i odtrącona zaczyna spadać na samo dno będąc na szczycie świata. Tak jak inne gwiazdy które przedwcześnie odeszły z tego świata, doczekała się filmowego hołdu.
Wyjmujesz płytę z pudełka i obracasz ją w dłoni sprawdzający czy na błyszczącej stronie nie ma zarysowań. Naciskasz przycisk na pilocie i kieszeń z odtwarzacza wysuwa się w Twoją stronę prosząc o pokarm. Dostarczasz mu go kładąc krążek na języku. Kieszeń się chowa a trójkąt na pilocie nakręca płytę z filmem Eyes Wild Shut. W następnej chwili jesteś w bardzo rzeczywistym śnie twórcy. Dialogi pochłaniają cię bez reszty a każda chwila spędzona z bohaterami jest ciekawsza i pasjonująca. Fabuła prowadzi się jak pierwszy samochód z salonu. Jeszcze przed zakończeniem pierwszej jazdy wiesz, że wsiądziesz do niego ponownie. Skąd ta pewność? Ten film cię porwie Nie zaprowadzi cię przez wszystkie zakamarki trzymając mocno za rękę. Reżyser dał ci swobodę w interpretacji. Nie wszystko zrozumieć od razu, a wiele rzeczy będzie od początku do końca tajemnicą a wtedy wrócisz ze swoimi prostymi pytaniami. Skupiając się na samej Sekcie muszę przyznać, że nigdzie nie widziałem tak świetnie odwzorowanej jak w tym filmie. Jest kusząca dla zwykłego obywatela ale dostępna jedynie dla wyższych sfer. Tajemnica spowita grozą. Wyuzdany i masowy seks przyciąga obie strony. Orgie są tu wabikiem jakiego używają kultyści do pozyskiwania nowych członków. Mroczne rytuały działają na widzów tego niebezpiecznego teatru podniecająco. Skrupulatnie snując mgłę nad swoją organizacją chronią ją za wszelką cenę. Tajemnica spowita grozą. Ciekawostka - Wraz ze sceną obrządku kultystów do naszych uszu dociera wzniosła muzyka. Jak się dowiedziałem jest to Romanian Orthodox Divine-Backward Priest. Liturgiczna muzyka jest jednak puszczona w filmie od tyłu iście demonicznie. Im lovin it.
Nie oparty na faktach, wydarzenia w filmie nigdy się nie zdarzyły Takimi słowami powinna się rozpocząć projekcja filmu Anioły i Demony. Filmu który jest adaptacją głośnej książki Browna. Za scenariusz jednak wziął się jeszcze jeden scenarzysta i w taki sposób AiD przechodzi podwójną metamorfozę. Co wypłynęło z powodu braku tego tekstu? Doczekaliśmy się co najmniej jednego filmu dokumentalnego obalającego ścieżkę iluminatów. Po drugie znacząco wzrósł poziom zainteresowania kościołem i historią a to duży plus dla twórców. Choć nie czytałem książki Browna to rozumiem, że moviemakerzy chcą naukową powieść przenieść do fabularnego filmu w jak najciekawszy sposób. Aktualne wydarzenia z życia uwiarygadniają fabułę - śmierć uwielbianego papieża oraz pokazanie światu wielkiego zderzacza hadronów. Jak za pierwszym razem tak i po kolejnej odsłonie AiD pociąga mnie budową filmu, dramaturgia i tajemnica za murami Watykanu oraz stworzona iluzja którą łyka się jak niemowlę mleko matki.
Piękna kobieta w kremowym pełnym body ćwicząca jogę z piłką w sterylnym, zamkniętym pomieszczeniu. To tyle jeśli chodzi o pierwsze wrażenie. Jej osoba nabiera więcej dramatycznych barw gdy poznajemy zamożnego chirurga plastycznego. Doktor Cruz nie bacząc na prawo transgeniczne połączył ludzkie geny z komórkami macierzystymi świni. Na forum specjalistów krytykuje ignorantów korzyści płynących z przeszczepienia tak zmodyfikowanej skóry ofiarom pożarów. Jego praca sięga znacznie dalej niż fuzja komórkowa. Dowiadujemy się jaki los spotkał jego małżonkę. W wypadku samochodowym ciało Very doznaje silnych oparzeń. Zwęgleniu uległa również twarz dlatego naturalną wydaje się decyzja o zabiegu w celu ulżenia fizycznej oraz psychicznej agonii. Już na tym etapie dramatu można sobie wyobrazić emocje i uczucia jakimi są przepełnieni główni bohaterowie. Gdy to co już wiemy buduje naszą wizję filmu, Pedro Almodovar skrzętnie zaczyna podburzać. Drobne niuanse przeradzają się w bolesną opowieść o wolności. Z boku wydają się parą po przejściach których rany zasklepiają się po kolejnym dramacie, gdy w gruncie rzeczy są dla siebie obcymi osobami.
Lubię sobie pożartować jak każdy. Często słyszymy, że są granice żartów. Nie z każdym pożartujemy tak samo a już na pewno nie narzucimy drugiej osobie reguł naszej zabawy.. czyżby? Gdzie kończą się żarty i gra, a zaczyna rzeczywisty terror? A co jeśli pod zdawkowym uśmiechem na twarzy kryje się śmiertelną powagą i kalkulowany chłód? Zabawa jaką rozpoczynają młodzi ludzie w Funny Games z zamożną rodziną to tylko wstęp przed wystąpieniem dla szerszej publiki. Manipulacji ulegają widzowie którzy zostają wciągnięci do konfrontacji. Bezpośrednie zwroty w stronę kamery i spoufalenia się z widzami jest próbą oddania w nasze ręce fikcyjnych lejc. W gruncie rzeczy jednak nie mamy wpływu na los jaki zgotowali swoim ofiarom, w świadomy i bezczelny sposób zmieniają zakończenie na naszych oczach. Ten wachlarz emocji jakim zawiewa z tego pełnego nerwów obrazu poszerza spektrum dobrego smaku. Okrutny film bez happy endu jest fantastyczną pozycją.
Wszystko zaczęło się od trzeciej edycji konkursu Powiększenie na Filmweb. Przyjąłem sobie za cel wzięcie udziału w tym evencie. Dwa konieczne teksty wykonałem na ostatnich dniach i nocach. Wyniki miały zostać ogłoszone na corocznym zlocie społeczności portalu. I tak w mojej głowie zaświtało, iż to doskonała okazja aby bliżej poznać Warszaw. Pierwszy z dni kolidował z pracą więc postanowiłem odwiedzić stolice w sobotę. Zarezerwowałem bilety autobusowe na 3 tygodnie przed wyjazdem nie dając sobie możliwości na wahania. Wtedy wiedziałem tylko dwie rzeczy: że wyjeżdżam z samego rana a wracam tego samego dnia wieczorem oraz że głównym punktem wycieczki będzie kino Atlantic. Z czasem pojawiały się nowe punkty na mapie do odwiedzenia a miałem na nie 10godzin. Odliczałem dni które małymi kroczkami przybliżały mnie do jednodniowych wakacji.
Nadchodził 28 wrzesień a ja nadal nie miałem wejściówki na Filmweb Offline. Nie potrafię wyjaśnić skąd w mojej głowie była ta pewność, iż jako uczestnik konkursu i zarejestrowany członek portalu mogę się równać z aktywnymi użytkownikami. Brak zrozumienia z czytanego regulaminu sprawił, iż poczułem totalne rozczarowanie. Jednak rzucając wszystko w diabły ze złości zmarnował bym świetną okazję, zyskałem przecież kilka dodatkowych godzin na odwiedzenie ciekawych miejsc w Wawie. Przekułem gorycz w sukces. Z właściwym nastawieniem przystąpiłem do planowania swojej trasy na kilka godzin przed wyjazdem. Krótka noc przed akcją wystarczyła, strach i ciekawość nie opuszczały mnie.
Budzik w telefonie poderwał mnie na nogi, a codzienną drzemkę musiałem przełożyć. Nie wiedziałem jeszcze, że nadejdzie prędzej niż Bolt. Moje przygotowania trwały chwilę, bilety i portfel zapakowałem do wewnętrznej kieszonki kurtki, telefon i klucz zajęły swoje standardowe miejsca w spodniach, aparat niezbędny w takich okazjach zawieszony na szyi oraz soczewki dla wzmocnienia doznań i emocji. Jak zwykle nie miałem powodu do narzekań jeśli chodzi o transport, Polski Bus ma swój przystanek rzut kamieniem ode mnie. Kierowca szybko zerknął w kartkę z numerem biletu który mu podsunąłem i skreślił mnie z listy oczekujących. Na piętrze w autokarze zajęte miejsca w stosunku do pustych foteli przypominały planszę do gry w warcaby, jedynymi wolnymi miejscami były tylnie kanapy z których skorzystałem. Gdy ruszyliśmy w ciemną noc szybko doznałem objawienia, obserwując cały autobus z tyłu zauważyłem wystające koniuszki stóp sennej załogi. Dziewczyna obok mnie bez skrępowania , oddała się snu w opiece wzmagając moje ziewanie i prowokując do papugowania jej zachowania. Następnych 3 godzin nie pamiętam, za wszystkie bardzo przepraszam, proszę o pokute i rozgrzeszenie...
Stolica przywitała się zemną chłodnym powietrzem, a ja dezorientacją w terenie. Z moich ustaleń wejście do metra które pomoże mi się dostać do centrum miało znajdować się w pobliżu. Swoje kroki skierowałem jednak do najbliższego sklepu aby zasięgnąć informacji oraz nabyć zapas łakoci na dalszą drogę. Jako, że metro było dla mnie nowym środkiem transportu, kupowanie biletu nie odbywało się znaną mi drogą. Automat z biletami znajdował się dokładnie w tym samym miejscu o którym mówiła kasjerka ze sklepu. Dopiero po udanym zakupie zauważyłem, że bramka dla VIP-ów była otwarta i inni użytkownicy metra korzystali z niej ze szczerym uśmiechem zaoszczędzonych drobnych. Radością dla mnie było przejście frontowymi drzwiami które aktywowały się po połknięciu i wypluciu mojego biletu. Podziemia kryły elegancką stację na którą ze szwajcarską precyzją zajechał pociąg. Nareszcie mogłem się poczuć jak bohaterowie filmów którzy w pustych przedziałach rozmyślali o swoim wszechświecie. Dopiero dotarcie do śródmieścia uświadomiło mi jak wielu pasażerów upodobało sobie ten przystanek. Zostałem poniesiony przez tłum ku powierzchni gdzie mgła nadgryzła szczyt Pałacu Kultury i Nauki.
Świat piął się do góry a jego betonowe drzewa rosły blisko siebie tworząc ciekawą kompozycję. Dookoła mnie wszyscy się śpieszyli, w mniejszych lub większych grupach ze spuszczonymi nisko głowami, jako jeden z nielicznie stojących zawiesiłem wzrok wysoko. Czekając do otwarcia Złotych Tarasów skorzystałem z chwili aby zapoznać się z najbliższymi ulicami. Punktualnie o dziewiątej garstka czekających przed wejściem ruszyła na sobotni shopping. W moich planach było jak najszybsze ogrzanie się przy filiżance kawy i lekkim śniadaniu. Przygody z obrotowymi drzwiami nie zapomnę długo, lecz będę ją wspominał z uśmiechem. Nieruchome skrzydło drzwi starałem się odblokować przyciskiem którego szukałem z każdej strony. W trakcie moich wygłupów do kabiny weszła Rosjanka podczas żywiołowej rozmowy telefonicznej i odepchnęła blokujące drogę drzwi. Najwidoczniej przyćmiła mnie renoma tak ekskluzywnego miejsca i nie wpadłem na to iż zamiast automatu zastosowano banalny wariant manualny. Po około godzinie spędzonej w przytulnej kawiarence na drugim piętrze wyostrzyłem swoje zmysły. Siedziałem na zewnątrz i obserwowałem pogodę za wielkimi pofalowanymi szybami Złotych Tarasów. Dla rozgrzewki zwiedziłem całą galerie wzdłuż i wszerz przed dłuższym spacerem w stronę stadionu wybudowanego specjalnie na Euro 2012.
Czułem w nogach przebyte kilometry oraz przepracowany tydzień jednak chciałem poruszać się na piechotę aby się nie zgubić ;P W takich chwilach nie myśli się o zmęczeniu a o nowym ciekawym kawałku świata do odkrycia. Wielkie Biało-Czerwone gniazdo zdobiło linię horyzontu Warszawy z kilku kilometrów. Trudno było uwierzyć oczom dla wyrastających z ziemi fundamentom których rozmiary przyspieszały bicie serca. W ten sam weekend kiedy pojawiłem się w stolicy odbywały się wyścigi i konkursy. Stadion był szeroko otwarty na zwiedzających których nie brakowało w pochmurny dzień. Wśród nich, z otwartymi ustami i na bezdechu próbowałem objąć wzrokiem wnętrze stadionu. Nawet intelektualista któremu bliżej do książek niż do sportu odczułby dreszcze na taki widok. Można dyskutować czy aby na pewno dobrym rozwiązaniem jest rozsuwany dach nad basenem ale podobno pierwsze szkice stadionu były tworzone z myślą o kopiących piłkę. A tak na poważnie to w takich miejscach rodzi się wiara, że nasi piłkarze dokonają czegoś niemożliwego.
Z powodu pogarszającej się pogody zrezygnowałem z parku zoologicznego i zawróciłem się na pięcie w stronę znanych mi obrazów. Wiedziałem, że trudno będzie utrzymać emocje na wysokim poziomie na kolejnych przystankach. Spacerowałem po Warszawie która potrafiła urzec starymi budynkami w gąszczu ciasnych uliczek. Poznałem kawałek miasta z punktu widzenia przechodnia, przyszedł więc czas na zmianę perspektywy. Czwartym pod względem wielkości budynkiem w Europie jest Pałac Kultury i Nauki. Jedną z atrakcji tej placówki jest wjazd na 30 piętro skąd widać panoramę miasta. Upchnięci w windzie doznaliśmy przeciążeń rzędu kilku G gdy zostaliśmy wystrzeleni jak z procy. Jestem przyzwyczajony do świat widzianego z góry ale ten widok gromił moje dotychczasowe doświadczenia. Wychylając się za balustrady obserwowałem mniej obcy świat, odnajdywałem miejsca w których byłem i te które chce zobaczyć przed powrotem. Czas bez mej zgody pędził nieubłaganie a przed dalszą podróżą musiałem nabrać sił. Niedaleko wind starsza pani sprzedawała pamiątki. Długo się zastanawiałem porównując figurki, aby wybrać te które lepiej oddadzą unikatowość tego miasta. Uznałem warszawską syrenkę za pokonaną przez małego powstańca. Choć tego dnia nie przechodziłem obok żadnego pomnika to mały chłopiec z przewieszonym przez ramie karabinem i w za dużym hełmie pasował do tych wszystkich kamienic, mostów i zabudowań wojennych które widziałem. Bezimienny obrońca wzbudzający podziw i dumę.
Powrót na ziemie kosztował nas mdłości i zawroty głowy ale test na pilotów myśliwców przeszliśmy celująco. Kilka szybkich wdechów przed większym haustem powietrza pozwoliło opanować karuzele myśli. Nie wiem co mnie strzeliło(rzadkie powietrze z góry czy głód), że w godzinach popołudniowych znajdę miejsce w Złotych Tarasach. Tubylcy zjechali z odległych osiedl tworząc sztuczny tłok na tyle skutecznie, że w knajpach nie było gdzie usiąść. Sąsiadujące z galerią lokale odrzucały zamiast przyciągać klientów. Musiałem jednak coś zjeść i w taki właśnie sposób trafiłem do tureckiej restauracji na posiłek z siódmego kręgu piekła. Danie którego nazwy nie umiem powtórzyć spełniło swoje zadanie przynajmniej na razie. Choć droga do Centrum Nauki Kopernik była prosta to remonty ulic wyprowadziły mnie dokładnie na stare miasto. Niestety brakowało mi czasu na obie atrakcję a ja dokonałem już wyboru .
Przeszła mnie ponura myśl aby darować sobie trudu, wrócić wcześniej i poczekać w spokoju na autobus Uno Momento Kolego!!Nie wycisnąłeś z tego dnia wszystkich soków, wciąż masa atrakcji przed tobą ;) Wierzyłem w siebie a za sprawą prawa przyciągania miało mi się poszczęścić. Czas uciekał ale i tak chciałem tam wejść nawet jeśli miałbym stać w długiej kolejce do kasy oraz podziwiać z daleka wszystkie eksponaty. Drzwi do muzeum rozwarły swe szklane usta a język przygody złapał moje bezbronne ciało w przejściu. Stanąłem za innymi odkrywcami w kolejce po swój szczęśliwy los. Dzieci bawiły się wyśmienicie i zarażały przy tym resztę nowych odkrywców. W pierwszych chwilach trochę nieśmiało podchodziłem do wolnych eksponatów, by za chwilę szybko zapomnieć o otaczającym mnie łańcuszku ludzi. Robiłem rundki miedzy piętrami zatrzymując się tylko wtedy kiedy mogłem coś wypróbować lub gdy inni świetnie się bawili. Kibicowałem w pojedynku przemieszczania piłeczki za pomocą siły woli, odpoczywałem na łóżku z którego wystawały setki gwoździ, próbowałem swoich sił jeżdżąc na wózku inwalidzkim, skrachowałem na mikserze, prowadziłem dochodzenie kierując się pozostawionymi dowodami rzeczowymi, słuchałem muzyki z różnych części świata dzięki przemieszczaniu się fal dźwiękowych po moim ciele a wszystkie te i inne atrakcje przeżyłbym chętnie jeszcze raz . Nie zabrałem ze sobą aparatu który byłby mi kulą u nogi dzięki temu udało mi się zwiedzić większość Centrum Nauki Kopernik.
Zwlekałem do ostatniej godziny jaką sobie pozostawiłem na przebycie drogi z Centrum na Młociny. Dotarłem bez problemów i to przed czasem wszystko dzięki komunikacji podziemnej. Na przystanku autobusowym czekała już pokaźna grupka zmęczonych podróżnych. Późne popołudnie przebrało się w wieczorową suknię tworząc urzekające tło dla rozświetlonej Warszawy. Gdy autobus podjechał miałem tylko nadzieje, że i tym razem mój numer znajdzie się na liście. Zająłem fotel i nic mnie już nie obchodziło. Choć nogi mnie kręciły i miałem ochotę je odciąć, uśmiechałem się w otchłań nocy słuchając nostalgicznych kawałków ze swojej komórki przez resztę podróży. Gdy dojechałem na miejsce miałem co opowiadać najbliższym. Jednak żadne słowa nie oddadzą w pełni emocji towarzyszących tej przygodzie, choćbym się starał przemawiać z wnętrza to i tak jedynie skrawek historii .
Wybrałem się na poranny seans zupełnie sam, sala była niemal pusta. Żadnych śmiechów czy pogadanek w trakcie, jedynie moje skupienie i film na wysokości wzroku. Już na starcie zapoznajemy się z czwórką bohaterów a ich wejścia są poukładane jak karty w talii od Asa do Waleta. To także skala ich umiejętności jakimi mogą się popisać. Daniel Atlas grany przez Jessego Eisenberga, rozpoczyna film sztuczką karcianą. Spełnił w jednej chwili wszystkie moje oczekiwania co do filmu. W myślach widziałem pełną sale widzów którzy najpierw w skupieniu oglądają i wybierają kartę po czym rozglądają się z niedowierzaniem po kinie gdy ich siódemka pojawia się na bloku. Zbiorowa reakcja tłumu zapewne opierała się na salwach śmiechu i zdziwienia.
Wstęp mógł zdominować reakcje widzów ale najważniejsza dla mnie była fabuła która zaczęła raczkować od momentu spotkania się uzdolnionych specjalistów. Połączyli swoje umiejętności i po roku zorganizowali tourne. Nie zostałem zasypany tajemnica i sekretami nad którymi miałem się zastanawiać przez resztę filmu, to co było na pierwszym planie zostało bardzo szybko wyjaśnione przez Thaddeusa. W iluzji jednak najwięcej dzieje się na drugim planie na który w gruncie rzeczy nie patrzymy, głębią filmu jest organizacja która wysłała swojego Jokera aby przetestował nowych rekrutów. Cały rok zajmuje czterem jeźdźcom przygotowanie przedstawienia i pozyskanie sponsora. Ich show składa się z trzech aktów którymi dają lekcję obłudzie, chciwości i zdradzie, przy czym zabawa w Robin Hooda i jego wesołą bandę ściąga na nich uwagę FBI. Podróżują miedzy największymi miasta USA wypełniając ślepo rozkazy Oka. Zawsze są o kilka kroków przed agentami nawet gdy ci śledzą ich dzięki pluskwom. Jedynym który może złapać Iluzjonistów jest Bradley, łowca tajemnic magicznych, który w samej rzeczy jest ofiarą swoich własnych łowów. Za zdradę magii i niszczenie karier, zwłaszcza jednej która pośrednio ma wpływ na śmierć Iluzjonisty, spotyka go zasłużona kara, zostaje oskarżony o kradzież pieniędzy z ostatniego aktu przygotowanego przez jeźdźców. Zostaje wrobiony, a syn tragicznie zmarłego ojca w końcu zaznaje smaku sprawiedliwości.
Główny wątek jest ciekawy za sprawą sztuczek z jakich korzysta czwórka magików do grania na nosach policji. Widowisko jest przednie ale aby odkryć prawdziwą wartość i jak mi się zdaje odsłonić kurtynę tego filmu to docenić ostatnią scenę. Kłódka wisząca na moście skrywa czyjeś modlitwy, prośby lub błagani a klucz do nich zostaje bezpowrotnie wrzucony do rzeki. Tym samym tajemnica która kryje się pod postacią zamkniętej kłódki zostaje ukryta przed światem. Magia w filmie rodzi się w sercach wierzących w czary choć pokazuje im się jedynie iluzję. Klucz trzymają w rękach Iluzjoniści którzy swoją pracą a także pasją potrafią zarażać wyjątkowością życia, pokazując ścieżkę do szczęścia. Tafla wody oddziela prawdę od kłamstwa, fikcję od rzeczywistości lub wiarę od wiedzy, połykając klucz na zawsze grzebiąc w mule sekret ich odróżnienia. Tym samym film zyskuje w moich oczach dobrą notę ponieważ podtrzymuje moją wiarę w ludzkie zdolności do zaskakiwania, neutralizowania problemów i wywoływaniu szczerej radości, w prawdziwą magię.
Zaczęło się na imieninach Ojca Chrzestnego, na których miało mnie nie być. Pogoda była brzydka a ja od rana siedziałem w szkolnej ławce, dodam jeszcze, że to była niedziela. Pojechałem jednak z rodziną w odwietki do brodatego wuja z pustymi rękoma. Gdy goście się zbierali tempo narzucanych tematów rosło a dyskusja przyjmowała charakter wiecznego narzekania. Szybko oddaliliśmy się z kuzynem aby nasze młode umysł nie zatruły się wirusem krytycyzmu gdyż nasze prośby o zrozumienie, życzliwość i pozytywizm do świata nie przynosił zamierzonych efektów. W pokoju rozmawialiśmy z Krzyśkiem na różne tematy, głównie o Kobietach. I choć mógłbym tu pisać o tym całkiem długie i złożone zdania, to mój artykuł winien mieć początki w książce którą pożyczyłem od kuzyna. Chciałem uzyskać dostęp do jego zbiorów popularnonaukowych których jest wielkim fanem. Czas spędzony przy książce powinien rozwijać i uczyć dlatego odstąpił on od powieści różnego gatunku. Na jednej ze swoich półek w staromodnej szafie znalazł dla mnie wydaną w 2006 roku książkę Derrena Browna, Sztuczki Umysłu. Krzysiek nie wiedział nawet jak udanie wybrał dla mnie lekturę, to doskonałe wprowadzenie przed nadchodzącą premierą Now You See Me.
Moja ciekawość nie zna granic i jestem tego świadom co czyni mnie dociekliwym widzem. Jednak nie poświęcę wiary w magię, gdyż straciła by dla mnie smak, odebrała memu życiu coś cennego czego nie umiem nazwać, kosztem jednorazowego zaspokojenia wzburzonych oczekiwań. Jest to dla mnie podróż w głąb swojej duszy, odpowiedzeniem sobie na kilka nurtujących pytań. Przygoda która ma początek i koniec w umyśle artystów.
W świat magii uciekamy myślami trzymając w rękach książkę J.R.R. Tolkiena, gdy czytamy kolejne tomy K. Rowling, nie ma znaczenia w jakim wieku jesteśmy znajdziemy coś dla siebie. Magia otwiera nam wyobraźnię to dzięki niej możemy uruchomić zakurzony od czasów dzieciństwa silnik kreatywności. Dlatego tak wielu polubiło historię młodego czarodzieja którego przeznaczeniem było trafić do renomowanej szkoły adeptów magii. Harry Potter czy grana przez McKellen postać Gandalfa to tylko wierzchołek góry przykładów magicznych bohaterów.
Jednak magia z którą utożsamiam wyżej wymienionych nie pasuje do istniejących postaci i ich zawodu. Atrybutem lub jak kto woli bronią Iluzjonisty jest wynikająca z nazwy, Iluzja. Doświadczamy za jej pomocą namiastki magii oraz dodatkowo możemy mieć z nią bezpośredni kontakt. Iluzjonista wciela się w różne role. Jest daleki od własnego ja, żyje swoim przedstawieniem ponieważ tego wymaga prawdziwa sztuka. Dla widza staje się showmanem który z rękawów oprócz róż którymi obdarowuje asystentki, sypie również dowcipami. Poddaje sugestii wiotkie umysły, wykorzystuje zimny odczyt aby zadziwić zaciągniętą przed jego oblicze kobietę posiadaną wiedzą na temat wstydliwych faktów z jej życia oraz stosując techniki hipnozy zakotwicza w pamięci śniącego na jawie żenujące zachowania których nie odważył by się wykonać świadomie. Jest pewna cecha charakteru która wiążę te wszystkie role w całość, Iluzjonista winien mieć wysoką charyzmę która zapewnia obcym mu osobom w jego otoczeniu rozluźnienie.
Dzięki zdobytym materiałom - książce Derrena Browna; filmom takim jak Prestige i Now You See Me; oraz telewizyjnym programom rozrywkowym Crissa Angela i Zamaskowanego Iluzjonisty - dostrzegłem pewne powtarzające się elementy którymi Iluzjoniści zyskują przewagę a my oddajemy w ich ręce własną wolę. Filmy udzielają nam podpowiedzi na samym początku projekcji, mówią do nas z głośników kin abyśmy patrzyli uważniej, podeszli bliżej aby odszukać kod potrzebny do deszyfracji tajemnic leczy koncentrując się nad tym co przed nami nie dostrzeżemy co dzieje się zboku, na dalszym planie. Swoim zaangażowaniem w sztuczkę dajemy się wodzić za nos, znajdujemy się dokładnie tam gdzie od początku było nasze miejsce. Iluzjonista stara się aby jak najtrudniej przychodziło odtworzenie każdego punktu scenariusza nawet tych prostych sztuczek karcianych. Każdy gest i wypowiedziane słowo jest grą, Iluzjonista w gruncie rzeczy jest aktorem który uczy się swojej roli na pamięć i improwizuje wtedy kiedy plan na to pozwala. Korzysta również z pomocy asystentki która pełni dwie funkcje: po pierwsze skupia na sobie wzrok aby prowadzący miał czas przygotować się (nie)oficjalnie do spektaklu, po drugie to ona pociąga za sznurki gdy widownia ogląda w skupieniu Iluzjonistę.
W moim przekonaniu Iluzja zalicza się do kategorii sztuki teatralne, odbiega od spektaklu scenicznego swoją niezwykła formą i relacjami z publicznością. Jak w miłosnej grze kochanków widownia zostaje uwiedziona przez Iluzjonistę której kulminacją jest prestiż. Nasuwa się porównanie do barwnego ogona pawia. Iluzjonista zachowuje się jak samiec Pawia który używa bogatego w ozdoby ogona do zwrócenia uwagi i zdobycia samicy. Iluzjonista aby wygrać bój, musi zdobyć obie płci, zaimponować Kobietom i wzbudzić zazdrość oraz szacunek wśród mężczyzn. Idąc tropem filmu Nolana można przyjąć etap obietnicy jako pokazaniem wszystkim pawiego ogona jako zwykła rzecz. W Zwrocie zrobienia z nią czegoś niezwykłego, w naszym wypadku będzie to rozłożenie piór w kolorowy wachlarz. Ostatnim i najważniejszym etapem sukcesu scenicznego stanie się wzbudzenie wśród zebranej publiczności entuzjazmu i wywołanie burzy oklasków na stojąco, tzw. Prestiżem. Chemia jaka powstaje miedzy partnerami to cząstka którą nazywam Magią.
Nieuniknione zmiany wyznaczają kierunek rozwoju, twórczość Derrena i Crissa została przeniesiona do mediów a grono odbiorców ich zdolności wzrasta. Szklany ekran staje się oknem przez który zaglądają Iluzjoniści a zarazem kurtyną za którą nie widać reszty pokazu. Oglądany materiał wzbudza naszą ufność gdy widzimy przypadkowych bohaterów którzy zostają włączeni do programu. I tak na naszych oczach rodzi się wiara w magię, religia która powiększa się o nowych wyznawców z każdym odniesionym sukcesem mistrzów . Ich celem jest uwiedzenie intrygą, żartem i strachem wszystkie pokolenia. W Każdym stadzie znajdzie się jednak czarna owca. Bohater grany przez Morgana Freemana, Thaddeuse Bradley nawiązuje do postaci zamaskowanego showmana który odcina kupony z fenomenu jakim stała się Iluzja. Zachowuje się jak urażony mały chłopiec który próbuje zwrócić na siebie uwagę odkrywając jako pierwszy prawdę na tak dużą skalę. W swoim programie demaskuje najpopularniejsze sztuczki krok po kroku wzbudzając we mnie mieszane uczucia. Niedostępny świat magii zawsze był nurtujący i pociągający zarazem, wyzwalał pokusę prawdy. Paradoksalnie pragnę posiadać wiedzę która obnaży ją z wyjątkowości i dalej być nieświadomy widzem który z zaskoczenia wstaje na równe nogi z otwartymi ustami. Jednakże tajemnica która kryje się za każdym numerem jest bezcenna, inni będą ci schlebiać i błagać byś im o niej powiedział ale w momencie zdradzenia sekretu stracą do ciebie szacunek i staniesz się w ich oczach nikim a sztuczka będzie bezużyteczna gdyż liczy się przedstawienie.
Sztuka wymaga poświęceń, artysta musi się liczyć, że w tym fachu trzeba wykonywać brudną robotę. Iluzjonista nie przygotowany na ofiarę nie pozna prawdziwej natury Iluzji. Życie osobiste ponosi największe koszty, gdyż dla dobrej sztuczki przedstawienie rozgrywa się na ulicy po występie, wśród znajomych i rodziny. W filmie Prestiż inżynier magiczny wysyła dwóch asystentów aby siedząc na widowni poznali się na sekrecie chińczyka. Borden znał odpowiedź zanim wybrał się do teatru, przygotowywał o niebo lepszy numer który kosztował go pół życia, miał ponieść straszliwe konsekwencje swojej pasji. Jednak to ręce Angiera granego przez Hugh Jackmana, skąpane były w krwi. Za śmierci żony obwiniał Bordena który nigdy nie przyznał się przed nim którego węzła użył aby nie zdemaskować swojego brata. Obsesja zaprowadziła go przed oblicze naukowca który skonstruował dla niego maszynę dzięki której miał podbić Londyn i raz na zawsze rozstrzygnąć która wersja przeniesionego człowieka jest najlepsza. Ryzyko jakie podejmował na scenie ograniczało się do dwóch możliwości, śmierci przez utonięcie lub przeżycie kolejnego pokazu w roli upragnionego prestiżu. W najnowszej produkcji kinowej znajdziemy bohatera podobnego do opisywanych w tym samym akapicie Iluzjonistów. Jak żonglowanymi piłeczkami, Iluzjoniści popisuje się swoimi zdolnościami zmiany tożsamości by nie dać się złapać. To cena jaką trzeba zapłacić za sztukę.
Pisanie na temat magii i iluzji sprawiło mi wielką przyjemność. Ostatnie dwa miesiące były przesiąknięte jak gąbka tajemnicami. Dzięki nowej wiedzy i wczesnej fascynacji magią mogę spojrzeć na świat z nową głębią. Rozdarcie emocjonalne które mnie nie opuściło jest lepiej kontrolowane, utrzymywane w elastycznych ryzach. W ten sposób zaspokajam pierwotny głód ciekawości przystawkami, zostawiając miejsce na dania głównego. A deser który zostanie zaserwowany na koniec będzie poezją smaku. Składam hołd artystom którzy tak wiele poświęcają aby wydobyć z nas radość życia, wydobyć z nas magię.
W niedalekiej przeszłości dwóch studentów z Chicago zabija 14 letniego chłopca. Znudzeni dokonują zbrodni dla chęci popełnienia morderstwa doskonałego. Nathan i Richard kierują się egoistycznymi pobudkami nie licząc się z ludzkim życiem. W historii kinematografii znajdziemy filmy który porusza tą samą problematykę. Lina słynnego mistrza suspensu jest pierwszym odzwierciedleniem tego dramatu. W filmie Schroedera poznajemy dwóch utalentowanych chłopców wielce odmiennych od siebie lecz złączeni jedną ideą, oboje chcą zabić człowieka gdyż wierzą w swoją wyższość intelektualną nad zwykłymi ludźmi. Dokładnie planują swoje kolejne kroki i teorie przekuwają w praktycznie działania. Detektyw grana przez Bullock podąża za przeczuciem rozbudzonym drobnymi namiastkami swojej przeszłości. Wbrew kapitanowi nie odpuszcza nawet gdy zostaje odsunięta od sprawy. Młodzi przestępcy zostawiają za sobą ślady które mają zrzucić winę na nie całkiem uczciwego dozorcę szkolnego. Twarde dowody choć nieprawdziwe mogą i powinny były pomóc im w uniknięciu kary a tym samym w dokonaniu zbrodni doskonałej. Ślady ich winny są znikome ale doświadczonego detektywa nie wywiodą w pole. To do czego nie potrafili się przygotować zawczasu to zapanowanie nad swoimi emocjami po fakcie. Ich siłą była współpraca która wygasła, cel został zrealizowany a zagrożenie odsunięte dlatego ich drogi się rozeszły. Próżno się doszukiwać znaczenia tytułu w samym filmie, odnosi się on bowiem do piosenki The Police o tym samym tytule w której Sting śpiewa o zbrodni.
Wyobraźmy sobie grę tak rzeczywistą, że po zakończeniu zabawy oczekujący nas świat nie jest bardziej realny niż wirtualny. Zacierają się różnice i nie wiemy już co jest prawdziwe, śmierć człowieka może uwolnić jego duszę lub zakończyć zadanie rozpoczynając następne. Podobnie jak podczas snu w którym możemy dokonać niemożliwego. Jednak kładziemy się do łóżka codziennie i wiemy, że sny nie są prawdziwe to dajemy się zwieść dla naszego umysłu i w trakcie odpoczynku doznajemy poczucia winy, bezsilności, lęku, dumy, spełnienia a nawet przyjemności. W filmie eXistenZ zapoznajemy się z taką właśnie grą. Żywe konsole z sutkami zasilane przez metabolizm gracza. Podłączenie przewodem o wyglądzie jelita cienkiego do bioportu w kręgosłupie, nie tak wysoko jak złącze w Matriksie. Aby odkryć cel gry trzeba wejść do wirtualnego świata. Na którym poziomie uśpienia znajdują się bohaterowie? To kwestia szeroko otwarta.
Gdy noc zapada a niebo pokrywa gwiezdna powłoka jeden z błyszczących punktów na nieboskłonie porusza się w linii prostej. Ktoś tam wysoko w górze przelatuje tysięczną milę w swoim życiu. A są i tacy którzy większość dni w roku spędzają właśnie w podróży, niebyle jakiej bo lotniczej. Czy da się przyzwyczaić do stałej odległości od domu? Ba, da się to nawet polubić! Dla ludzi takich jak postać grana przez Clooneya to naprawdę nic trudnego. Wyznają oni teorię, iż plecak wypełniony przesadną ilością przedmiotów oraz ludzi z którymi jesteśmy związani jest odpowiedzialny za spowolnienie a ruch to życie. Przywiązanie potrafi być czynnikiem rujnującym rozwój człowieka. Mieszkanie na 6 piętrze z widokiem na park centralny w bezpiecznej i eleganckiej dzielnicy jest obcym miejscem z pustymi szafami w białych pokojach. Rodzina i przyjaciele to osoby z którymi nie łączy żadna więź. Przyszłość i przeszłość nie mają znaczenia. Siłę przywiązanie do partnerów biznesowych liczy się w posiadanych kartach członkowskich. Najbliższym towarzyszem podróży jest podręczny bagaż na kółkach a praca jest tam gdzie akurat ktoś potrzebuje ich usług. Zawód w którym bezbronni pracownicy zostają wrzuceni do głębokiej wody bezrobocia i tylko kilka słów bohatera ma pozwolić im utrzymać się napowierzchni a dopłynięcie do najbliższego brzegu ma ułatwić broszura. W to wszystko wkracza młoda dziewczyna na wysokich od ambicji szpilkach. Co się stanie gdy zderzy się z realiami pracy którą chce tak diametralnie przekształcić?
Spontaniczny pomysł na wycieczkę przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wiedziałem, że chce się zabawić na całego bo potrzebowałem tego aby rozpalić swój wewnętrzny ogień na nowo, na stałe. Początkowo Mielno stanowiło cel podróży ale z każdym zbliżającym się dniem urlopu na pierwszy plan wychodził popularniejszy z morskich kurortów. Moja ostatnia wizyta nad morze miała miejsce kiedy byłem jeszcze małym smrodem i chodziłem do podstawówki ale w jednej chwili wszystkie wspomnienia przybrały na sile i uderzyły zmasowanym atakiem w rejony pamięci. Kolonie w Jastrzębiej górze to jedynie wspomnienia jakie posiadam z błękitnego horyzontu który hipnotyzuje jak pokazy Derrena Browna. Tyle długich lat minęło a ja rozdmuchałem swoje pragnienia od ostatniego razu, żywioł który mną zawładną mógł się okazać dziecięcą bajką.
Przygoda wisiała w powietrzu od kiedy wstaliśmy z samego rana po bilety a puszka żubra przetoczyła się w dół kolejki do kasy. Ta jak i następne chwile brałem z uśmiechem na buzi bo wiedziałem, że spoi to całą historię w jednolitą całość. Żyj chwilą, nie odwracaj się za siebie i miej wszystko w dupie to były hasła które napędzały pociąg do gdańska. Elektronika jednak nawaliła i trzeba było przyciągnąć wagony staromodną ciuchcię 500m do gdańskiej stacji nie zepsuło mi to nastroju a skutkiem trzygodzinnego opóźnienia była nowa międzynarodowa znajomość. Wszystko działo się bardzo szybko, brak czasu na zastanowienia wywoływał w nas spontaniczne i impulsywne reakcje. Jeszcze tego samego dnia poznaliśmy dwie atrakcyjne dziewczyny które dotrzymały nam towarzystwa przez kolejne dni. Dwie wisienki na torcie.
Humory w drodze powrotnej były z wiadomych względów odmienne od tych które nam towarzyszyły pierwszego dnia. To był już koniec, o którym każdy z nas wiedział ale jak zawsze w takich sytuacjach rozczarował szybkim nadejściem. Wiedzieliśmy, że w domu czeka nas znajoma rzeczywistość, sprawy i problemy które zostawiliśmy w Białymstoku, na które nie było miejsca w bagażach podróżnych. Te kilka dni pozwoliło mi złapać potrzebną od lata ostrość. Poczułem się pewnie i odnalazłem spontanicznego siebie który chował się przed światem schematów myślowych.